W ostatnich miesiącach ziemia pali się izraelskiemu premierowi pod nogami. Netanjahu ma zarzuty prokuratorskie, po piętach depcze mu centrowa koalicja, a prawicowi koalicjanci mają go dosyć. Efekt? Deklaracje terytorialne, które grożą setkami, jeśli nie tysiącami ofiar. Kampania wyborcza i żądza utrzymania władzy przez Bibiego zagroziła całemu regionowi.

Aktualizacja: wg sondaży exit poll ogłoszonych po zamknięciu lokali wyborczych poparcie dla dwóch największych partii jest bardzo wyrównane. Średnia sondaży daje niewielką przewagę Biało-Niebieskim nad Likudem. Zarówno Gantz, jak i Netanjahu ogłosili zwycięstwo. Żadna z sił najprawdopodobniej nie będzie mogła samodzielnie sformować rządu – wszystko zależy od wyniku mniejszych partii. Podział mandatów w Knessecie między prawicą, a centrum-lewicą będzie niemal pół na pół.

Dzisiejsze przedterminowe wybory w Izraelu, jeśli do władzy dojdzie opozycja, mogą na dobre zmienić stosunki w regionie i kształt polityki międzynarodowej. Ostatnie sondaże nie dają jej jednak powodów do hurraoptymizmu. Chociaż jeszcze parę tygodni temu szala zwycięstwa przechylała się nieznacznie na korzyść koalicji biało-niebieskich, dziś zdarzyć się może wszystko.

Wiadomo tylko jedno – nikt nie będzie rządził sam. Nacjonalistyczny Likud z Netanjahu na czele musiałby rozstawić koalicyjny układ bardzo ostrożnie, żeby trwale zagrozić centrolewicowemu Gantzowi, który poparcie zyskuje głównie w dużych miastach i wśród osób przed czterdziestym rokiem życia.

Rajd Likudu po jedynkę na podium

Premier Izraela dotychczas tak właśnie postępował w partyjnej polityce  – ostrożnie. Rzadko atakował w mediach inne prawicowe partie i ich liderów, może z wyjątkiem Awigdora Liebermana – przywódcy partii Nasz Dom Izrael – który zrywając rządzącą koalicję i rezygnując ze stanowiska Ministra Obrony w rządzie Netanjahu w atmosferze silnego konfliktu, naraził się na ostrą krytykę z jego strony.

Lieberman nie chciał zaakceptować rozejmu w Strefie Gazy, który zwieńczył ciężkie zamieszki  w listopadzie 2018. Zginęło w nich dwóch Izraelczyków i kilkunastu Palestyńczyków. W sumie w atakach rakietowych i walkach ulicznych rannych zostało blisko 150 osób. Wcześniej, wiosną 2018 doszło do wielotygodniowych palestyńskich protestów na granicy z Izraelem. W Wielkim Marszu Powrotu domagano się umożliwienia palestyńskim uchodźcom i ich potomkom powrotu do miejsc, z których uciekli bądź zostali wygnani w 1948 roku. Protestowano również przeciw przeniesieniu amerykańskiej ambasady do Jerozolimy. Część protestujących próbowała sforsować płot graniczny, na co Izrael odpowiedział ostrzałem. Bilans ofiar śmiertelnych: 183 Palestyńczyków, nikt po stronie izraelskiej.

Po listopadowym rozejmie przywódcy Hamasu ogłosili zwycięstwo polityczne, a na Liebermana posypały się – zwłaszcza ze strony najbardziej zagrożonego przez Hamas południa kraju – oskarżenia o nieudolność, Netanjahu natomiast krytykowano za kapitulanctwo wobec palestyńskich sił oporu. Odchodząc, lider Nowego Domu Izrael, pozostawił Netanyahu w kryzysie gabinetowym, z zaledwie jednym głosem przewagi w 120-osobowym Knesecie. Wcześniej większość i tak była niestabilna. NDI miał w parlamentarnych ławach jedynie 6 członków.

Również Naftali Bennett, przywódca partii Żydowski Dom, niejednokrotnie groził Netanjahu opuszczeniem koalicji. Stosunki między nim i premierem Izraela bywały dość napięte, a partia ma za sobą swój stały elektorat. W ostatniej kadencji reprezentowało ją w Knesecie 8 parlamentarzystów. To sporo. Mogliby okazać się kluczowi na etapie formowania nowego rządu.

Kolejna ciekawa figura po prawicowej stronie izraelskiej sceny to Mosze Kachlon. Niegdyś poseł Likudu. Odszedł z partii Bibiego, żeby założyć własne ugrupowanie – My Wszyscy. Przez chwilę był ministrem środowiska w rządzie Netanjahu, jednak stosunki między politykami nie układały się najlepiej. Dzisiaj Kachlon otwarcie deklaruje, że aktywnie rozważa układ z biało-niebieskimi i że chętnie poprze Gantza, jeśli ten nie będzie forsował na siłę „skrajnie lewicowego” programu. Podobne słowa padają z ust Bennetta.

Bibi ma silne podstawy, by czuć się zagrożony. Nie będzie mu łatwo utrzymać pozycji, pomimo że poparcie dla Likudu nie spada poniżej 30 proc. Ale ma szansę i robi wszystko, żeby ją wykorzystać. Z tego powodu, tuż przed wyborami, ostrożność zaczęła ustępować miejsca ostrzejszym zagraniom.

Netanjahu z Trumpem, Netanjahu z Putinem

Niełatwo jest wygrywać wybory z ciężkimi zarzutami prokuratorskimi. Netanjahu ma właśnie okazję się o tym przekonać. Nie mogąc liczyć na jednoznaczne poparcie swoich dotychczasowych prawicowych satelitów i czując na sobie gigantyczną presję społeczną, musiał pokazać, że jest liczącym się na świecie politykiem, który gwarantuje Izraelowi owocne paktowanie z najsilniejszymi. Z Putinem i Trumpem. Obaj postanowili wesprzeć go wizerunkowo w walce o fotel premiera.

25 marca Trump podpisał w obecności Netanjahu historyczny dekret w sprawie Wzgórz Golan, które Izrael okupuje od 1967 bez akceptacji społeczności międzynarodowej. Amerykański prezydent uznał je formalnie za terytorium Izraela. To rezultat pobytu lidera Likudu w Białym Domu i kolejne świadectwo politycznej solidarności ze strony Trumpa. Prezydent USA podjął tę decyzję wbrew zdecydowanemu stanowisku Rady Bezpieczeństwa ONZ, która wciąż uznaje Wzgórza Golan za obszar sporny i okupowany przez Izrael kosztem Syrii. Pretensje to części tego terytorium zgłasza także Liban.

W Syrii, od razu po podpisaniu dekretu, wybuchły zamieszki, które skłoniły Netanjahu do opuszczenia USA na 3 dni przed planowanym końcem wizyty.

Natychmiastowa była także reakcja pięciu ambasadorów krajów Unii Europejskiej w Izraelu. Polska, Francja, Niemcy, Wielka Brytania i Belgia wydały wspólne oświadczenie, w którym jednoznacznie odrzuciły Trumpowskie postanowienia. Przeciwko opowiedziały się Także Rosja i Turcja. Bibi jednak wprawnie zaprezentował się narodowi jako polityk posiadający w Trumpie lojalnego partnera, który poprze go w każdej sytuacji, nie zważając na kontrowersje.

Wzajemne awanse Trumpa i Netanjahu sięgają samych początków politycznej (tej znaczącej) kariery prezydenta USA. Jesienią 2016 roku Bibi przebywał w Stanach w związku ze „Szczytem ONZ w Sprawie Uchodźców i Migrantów”, który odbył się w Nowym Jorku 19 września. Nie sposób było nie wykorzystać okazji i nie odwiedzić republikańskiego kandydata w Trump Tower. A ten nie omieszkał ogłosić szybko w mediach wyników tych „konsultacji”: Iran jest evil empire („imperium zła”) i przyczyną wszystkich konfliktów w regionie. Nie zatem przeciwko Rosji, a przeciwko Iranowi należy kierować zdecydowane kroki służące piłowaniu nadmiernych mocarstwowych ambicji.

Od tego czasu Trump popiera Netanjahu we wszystkich jego posunięciach dyplomatycznych. Jako jeden z pierwszych przeniósł z entuzjazmem siedzibę swojej ambasady do Jerozolimy, zorganizował w Polsce szczyt antyirański, a w roli amerykańskiego posła wysyła najczęściej do Izraela swojego zaufanego zięcia, męża Ivanki, Jareda Kushnera, który pod koniec lutego zawitał na Bliski Wschód paktować w sprawie planu pokojowego dla konfliktu izraelsko-palestyńskiego.

Putin oczywiście docenił tę wyrachowaną mediację i z uśmiechem przyjął zdjęcie ze swoich barków ciężaru moralnej odpowiedzialności za destabilizację regionu. Wobec Netanjahu pozostał dług wdzięczności. Efekty zobaczyliśmy parę dni temu na Kremlu. Putin podkreślił, że Rosję łączą z Izraelem silne, przyjacielskie stosunki i ma zamiar ramię w ramię z Bibim walczyć o zaprowadzenie pokoju w Syrii. Poparcia dla zajęcia przez Izrael Wzgórz Golan jednak nie udzielił.

W budowaniu wizerunku przywódcy supermocarstwa pomaga Netanjahu także podbój kosmosu. Na 11 kwietnia zaplanowano lądowanie na powierzchni Księżyca izraelskiego lądownika Baresheet. Złośliwi wypominają Likudowi sięganie po argumenty rodem z Zimnej Wojny.

Gantz nie może się pochwalić medialnie takimi przyjaźniami. Zwłaszcza w Izraelu, w którym główne media wciąż sprzyjają aktualnemu premierowi i pomagają mu w ocieplaniu wizerunku, pokazując np. w programach śniadaniowych, jak Netanyahu przygotowuje posiłki dla swojej rodziny. On sam również prowadził ostatnio swój profil na Facebooku pod znakiem rodzinnej atmosfery i smażenia jajecznicy.

Gantz i Biało-Niebiescy na straconej pozycji?

Gantz nie ma po swojej stronie wielkich mocarstwowych sprzymierzeńców. Ma za to sprzymierzeńców wewnętrznych. Sami biało-niebiescy osiągają niekiedy w sondażach wyniki zbliżone do Likudu, a z wypowiedzi przywódców partii konserwatywnych wynika, że zarówno My Wszyscy, jak i Żydowski Dom mogliby potencjalnie poprzeć lidera opozycji do w dążeniach do wymarzonej funkcji szefa rządu.

Postawiony pod ścianą Netanjahu nie miał więc wyboru: przestał być kurtuazyjny w relacjach z przywódcami pozostałych ugrupowań i postawił wszystkie swoje żetony na Likud. Po zwycięstwo musi iść sam. Albo przynajmniej móc dyktować koalicyjne warunki.

Niemal w przeddzień wyborów ogłosił więc hucznie, że jeśli Izraelczycy ponownie powierzą mu funkcję premiera, jego priorytetem będzie przyłączenie na stałe do Izraela Judei i Samarii, czyli Zachodniego Brzegu Jordanu.

Liczy na to, że w ten sposób ostatecznie przekona do siebie nacjonalistycznie zorientowanych wyborców, którzy mogliby potencjalnie oddać głos na jego prawicową konkurencję. Ma za sobą dwa silne argumenty: wspomniany już dekret z 25 marca o Wzgórzach Golan. Jego komunikat jest jasny: „Tak to się robi. I ja to umiem. Mam do tego środki”.

6 kwietnia, w wywiadzie udzielonym Kanałowi 12, Netanjahu rozszerzył swoje obietnice, twierdząc, że będzie podejmował starania, żeby przyłączyć do Izraela wszystkie sporne obszary. I że zrobi wszystko, by uznać suwerenność Izraela wszędzie tam, gdzie jest przynajmniej jedno osiedle żydowskie. Lider Hezbollahu – Sayyed Hassan – zareagował od razu, emitując na YouTube materiał, w którym odgrażał się, że jakiekolwiek próby anektowania przez Izrael Zachodniego Brzegu i Strefy Gazy spotkają się ze zbrojnym oporem.

Bibi zagrał więc, typową dla skrajnej prawicy, kartą polaryzacji nastrojów społecznych. Z jednej strony naraził się na krytykę ze strony centrolewicowych wyborców, na których głosy i tak nie może liczyć.

Z drugiej, w iście Bushowskim stylu podkręcił poczucie zagrożenia, serwując jednocześnie na tacy bezpieczne remedium – siebie.

Prawicowy wyborca ma zatem wybór: albo ryzykować, oddając swój głos na partię, która jeśli nawet wejdzie do parlamentu, pójdzie prawdopodobnie na układ ze zbyt pacyfistycznie zorientowanym Gantzem, albo wrócić pokornie pod skrzydła Likudu, który ma za sobą Stany Zjednoczone i Rosję, gotowe w każdej chwili interweniować na Bliskim Wschodzie w obronie Izraela.

Próg wyborczy w Izraelu wynosi 3,25 proc. Jeśli strategia Bibiego okaże się skuteczna, pod progiem mogą znaleźć się ci, którzy w tym momencie stwarzają dla niego największe zagrożenie: Lieberman, Kachlon i Bennett.

Lądowanie na księżycu, ataki na prawicową konkurencję, kontrowersyjne deklaracje terytorialne, smażenie jajecznicy on-line i dwie znaczące wizyty dyplomatyczne na szczytach geopolityki w ciągu dwóch tygodni. Netanyahu nie odpuszcza do samego końca.

Czy to wystarczy, żeby Izraelczycy wybaczyli mu serię korupcyjnych i dyplomatycznych skandali? Jutro przekonamy się, czy premier zakończy swoją karierę na czterech kadencjach z rzędu, czy – pomimo turbulencji – zostanie wybrany na piątą.

 


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym