0:00
12 marca 2020

Dziurawy system testów sprzyja epidemii. Szumowski zapowiada zmianę, ale stara instrukcja wisi

Na stronach ministerstwa zdrowia wciąż wisi instrukcja, która przewiduje, że osoby, które miały kontakt z wirusem mają czekać w domu dopóki nie dostaną "ostrej infekcji z temperaturą ponad 38 stopni". Dopiero wtedy trafią do szpitala i przejdą test. Taka strategia musiała pomóc koronawirusowi . Minister Szumowski zapowiada zmianę

Wydrukuj

Osobie poważnie zagrożonej koronawirusem, test przeprowadza się dopiero wtedy, gdy ma "objawy ostrej infekcji dróg oddechowych (gorączka >38 stopni C z kaszlem i/lub dusznością)". System diagnostyczny jest niebezpiecznie dziurawy. Minister Szumowski dopiero zapowiada, że go uszczelni.

Ministrowie: testujemy jak trzeba

TVN24 zapytał w czwartek 12 marca 2020 Łukasza Szumowskiego, dlaczego w Polsce robimy tak mało testów na koronawirusa. Minister twierdził, że liczba testów odpowiada nasileniu epidemii i że np. Włosi robią testów więcej, bo mają więcej przypadków.

Szumowski trzymał się linii rządu, który podkreśla, że jest świetnie przygotowany do epidemii. We wtorek minister Michał Dworczyk w "Faktach po faktach" TVN argumentował w podobny sposób:

"Dotychczas wykonano około 2 tysięcy testów na obecność koronawirusa, testy wykonywane są - nie tylko w Polsce, ale w innych krajach również - tylko tym osobom, które mają konkretne wskazanie".

W chwili gdy Dworczyk mówił te słowa, testów było 1630, czyli pomylił się o 23 proc., czego nie powinien robić. Co gorsza, wprowadził też w błąd opinię publiczną, bo nie jest prawdą, że takie jak w Polsce kryteria wykonywania testów są powszechnie stosowane na świecie (porównania między krajami - patrz dalej).

Kryteria na stronie ministerstwa. Testy tylko dla zagrożonych wirusem z ostrą infekcją

Na stronie ministerstwa wciąż wisi instrukcja dla służby zdrowia, która opisuje trzy ścieżki postępowania z osobą zagrożoną koronawirusem, czyli - cytujmy dokładnie - taką która:

"spełnia KRYTERIA EPIDEMIOLOGICZNE, tj.: w okresie ostatnich 14 dni:

1. przebywała w kraju, gdzie występuje transmisja koronawirusa SARS CoV-2 LUB

2. miała bliski kontakt z osobą zakażoną".

Wydawałoby się, że zwłaszcza osoba, która miała "bliski kontakt", powinna zostać poddana badaniu, ale tak nie jest.

Należy najpierw ocenić stan zdrowia tej osoby:

  • jeżeli nie występują żadne objawy, osoba zagrożona ma "przez 14 dni od potencjalnego zarażenia się obserwować swoje zdrowie i mierzyć temperaturę". Lekarze mają też "poinformować pacjenta o konieczności częstego mycia rąk". Poza tym pacjent żyje normalnie;
  • gdy wystąpią objawy chorobowe (katar, stan podgorączkowy, objawy przeziębieniowe) pacjent ma zostać w domu i unikać kontaktów (dostanie też zwolnienie z pracy). Lekarz powinien go poinformować o częstym myciu rąk i o "higienie kaszlu". Powiatowy inspektor sanitarny może podjąć decyzję o nadzorze epidemiologicznym, co sprowadza się do dwóch rozmów telefonicznych z pacjentem dziennie;
  • inspektor sanitarny może też wydać decyzję (administracyjną) o kwarantannie (zwykle w miejscu zamieszkania). Pod karą grzywny nie wolno wtedy opuszczać miejsca pobytu, z nikim się kontaktować itp. Nie ma jasnych kryteriów, jak bliski musi być kontakt z osobą zakażoną, by obowiązywała kwarantanna;
  • dopiero gdy wystąpią "objawy ostrej infekcji dróg oddechowych (gorączka >38 stopni C z kaszlem i/lub dusznością)", lekarz ma zamówić transport do szpitala zakaźnego i tam zostanie przeprowadzony test. Pacjent zostaje w szpitalu lub zostaje objęty kwarantanną w domu.

Trudno powiedzieć, by było to rygorystyczne podejście nastawione na wczesne wychwytywanie osób zakażonych i uniemożliwienie dalszego zakażania koronawirusem.

Ile przeprowadzamy testów? Maksymalnie 15 proc. osób zagrożonych

W czwartek w południe ministerstwo podało aktualne dane o liczbie przeprowadzonych do tej pory testów: 2234.

Jak widać na wykresie poniżej, liczba pobranych do badania próbek nie rośnie w zbyt szybkim tempie. Ministerstwo nie uaktualniło jeszcze informacji o liczbie osób hospitalizowanych, objętych kwarantanną i nadzorem epidemiologicznym, więc podajemy dane z środy 11 marca.

Koronawirus hospitalizacje i próbki. Wykres aktualizowany
Koronawirus hospitalizacje i próbki. Wykres aktualizowany
Koronawirus kwarantanna i nadzór. Wykres aktualizowany
Koronawirus kwarantanna i nadzór. Wykres aktualizowany

Na wykresach widać, że liczba osób przebadanych (do 11 marca 2020) to niewielka część osób, które zostały poddane kwarantannie lub nadzorowi epidemiologicznemu. Tych pierwszych było 7 marca 1548, potem ich liczba spadła (co trudno wytłumaczyć, bo nie minęły dwa tygodnie!), tych drugich - 11 524 osoby. Razem około 13 000 osób, a testów (do 11 marca) 2024.

Oznacza to, że do 11 marca:

testy zostały przeprowadzone jedynie wśród 15 proc. osób poddanych kwarantannie lub nadzorowi epidemiologicznemu. A przecież do tych dwóch kategorii nie wchodziły wszystkie osoby ze wskazaniem epidemiologicznym.

Konkretne przykłady: nie robimy testów i czym to grozi

Czwartkowa "Wyborcza" (z 12 marca) opisuje przykład zakażenia koronawirusem 53-letniego mieszkańca podlubelskiej wsi. Zaraził się od syna, który 24 lutego wrócił z Mediolanu z wyjazdu piłkarskiego. Syn sam odezwał się do Sanepidu, który - zgodnie z instrukcją (patrz wyżej) - wypytał go o objawy i poinformował, że skoro ich nie ma, to może normalnie żyć. Co chłopak robił, m.in. trenując z kolegami itp.

Gdy zadzwonił powtórnie, że ma lekki kaszel, usłyszał, że objawy zakażenia to mocny katar, kaszel, wysoka gorączka. Matka chłopaka chciała przez znajomości w szpitalu załatwić test na obecność koronawirusa, ale się nie udało, więc dała spokój.

Ojciec chłopaka rozchorował się, ale był leczony w przychodni jak na zwykłą grypę i dopiero gdy jego stan się pogorszył, trafił do szpitala, gdzie przeprowadzono testy. Teraz jest w ciężkim stanie, utrzymywany w śpiączce farmakologicznej.

Jest wysoce prawdopodobne, że przeprowadzenie testu chłopakowi, który wrócił z Włoch, dałoby wynik pozytywny. Mogłoby to uchronić od zakażenia ojca, a także - potencjalnie - wielu znajomych.

Rzeszowskie "Nowiny" opublikowały list lekarki z Rybnika, która twierdzi, że chorych na koronawirusa musi być w Polsce znacznie więcej niż podają oficjalne statystyki, bo "po prostu ich nie diagnozujemy. Dlaczego? Bo nie mamy testów". Lekarka pisze, że w jej szpitalu "nie było wczoraj [11 marca - red.] ANI JEDNEGO ZESTAWU do pobrania badań w kierunku wirusa".

"Koronawirus – na chwilę obecną mamy 31 POTWIERDZONYCH przypadków w Polsce. Pacjenci są w różnym stanie – począwszy od dobrego stanu, który wymaga tylko obserwacji, po pacjentów z niewydolnością oddechową wymagających respiratora. Gwarantuję Wam, że chorych w Polsce jest więcej, po prostu ich nie diagnozujemy. Dlaczego? Bo nie mamy testów. W moim szpitalu ustawiono namiot, ogłoszono że tam będą mogli udać się ludzie podejrzani o koronawirusa.

W dniu wczorajszym nie było ANI JEDNEGO ZESTAWU do pobrania badań w kierunku wirusa. Powtarzam ANI JEDNEGO!!! W chwili obecnej, WHO zmieniła status naszego kraju na tzw. »local transmission«, co to oznacza w praktyce? Nie jest dla nas argumentem to, że nie wróciłeś właśnie z Włoch, Chin itd. Nie jest dla nas argumentem to, że Twój syn/mąż/dziadek/kochanek wrócił z tych krajów. Jesteśmy uznani za kraj, w którym wirus JEST. W mojej opinii w RYBNIKU jest tym bardziej (5 potwierdzonych przypadków wśród Rybniczan)".

Szumowski: rozszerzamy testy na osoby z kwarantanny

"Rozszerzamy teraz grupę osób, którą testujemy na wszystkie osoby z kontaktu, z kwarantanny. I w związku z tym również będziemy zwiększali bazę laboratoriów" - powiedział minister Szumowski, w cytowanym już wywiadzie. Nie podał szczegółów. Nie odniósł się też do zarzutów, że testów było za mało. Kwarantanna może być zarządzona przez inspektora Sanepidu, gdy oceni on, że ryzyko zakażenia jest szczególnie duże.

Także czwartkowa konferencja wojewody podkarpackiej Ewy Leniart wskazywała na zmianę strategii. Mowa była o przebadaniu testem na koronawirusa kilkudziesięciu osób związanych z osobą chorą z tego województwa. Bez czekania, aż wystąpią objawy.

Jednym z powodów dotychczasowej strategii "oszczędzania na testach" był zapewne brak przygotowanej bazy. OKO.press już przy pierwszym przypadku leczonym w Zielonej Górze, podkreślało, że "od przyjęcia pacjenta [2 marca] na oddział do podania informacji o zakażeniu minęły aż 44 godziny". Między innymi dlatego, że działały wtedy tylko cztery (!) laboratoria, z tego dwa w Warszawie. Próbki musiały jechać do stolicy.

Rząd stopniowo zwiększył liczbę laboratoriów do 14, minister Szumowski zapowiada następne. Ale nie jest jasne, dlaczego nie można było tego zrobić z kilkutygodniowym wyprzedzeniem i przygotować się na większą liczbę testów, choć było oczywiste, że wirus dotrze także do Polski. Pierwsze przypadki w Europie pojawiły się 23 stycznia, a 20 lutego epidemia szalała już we Włoszech.

Polskie testy. Kilkadziesiąt, kilkanaście razy mniej, rzadziej niż Czechy i Węgry

Ministrowie Szumowski i Dworczyk powtarzali, że liczba wykonywanych w Polsce testów jest adekwatna do potrzeb, a kryteria ich wykonywania są podobne we wszystkich krajach. Nie jest to prawda.

Korzystając z zestawień na stronie worldometer porównujemy liczbę wykonanych testów (stan na 9 marca). W liczbach bezwzględnych wygląda to tak:

Oczywiście uczciwie jest uwzględnić wielkość kraju:

Okazuje się, że Polska przeprowadziła 28 razy mniej testów (na milion mieszkańców) niż Włochy, 16 razy mniej niż Szwajcaria i Austria (zwłaszcza Austria ostro postawiła na prewencyjne badania), 11 razy mniej niż Wielka Brytania, 5 razy mniej niż Francja, a także 2,5 raza mniej niż Czechy i 1,5 raza mniej niż Węgry, gdzie do czwartku było tylko 16 osób zakażonych.

Na powyższych wykresach pominęliśmy Koreę Południową, która przeprowadziła rekordowa liczbę 210 144 testów, czyli aż 4099 na milion mieszkańców (114 razy więcej niż Polska). Umieszczenie Korei sprawiłoby, że pozostałe różnice przestałyby być dostrzegalne.

Worldometer nie podaje aktualnych danych z Niemiec, ale wiadomo, że na wielką skalę testują one osoby zagrożone. Władze sanitarne zaczęły też wprowadzać stacje drive-through do pobierania próbek na testy antywirusowe. Pierwszą otwarto 10 marca w Esslingen. Na dużą skalę robiła to wcześniej Korea.

Testowanie a izolowanie

Specjaliści zwracają uwagę, że jedynym skutecznym sposobem ograniczenia rozprzestrzeniania epidemii jest social distancing - wprowadzanie ograniczeń w kontaktach między ludźmi. Każdy dzień zwłoki w momencie gdy epidemia nabiera rozpędu powoduje, że wzrost liczby przypadków staje się dramatycznie szybki.

Taką strategię wybrał polski rząd wprowadzając drastyczne zakazy i ograniczenia już we wczesnym etapie rozwoju epidemii, gdy wzrost liczby przypadków dopiero zaczyna przyspieszać. W czwartek popołudniu ministerstwo zdrowia poinformowało, że tego dnia jest już 20 nowych przypadków zachorowań w Polsce, razem - 51.

Koronawirus liczba zakażonych suma. Wykres aktualizowany
Koronawirus liczba zakażonych suma. Wykres aktualizowany

Zamykanie szkół, uczelni, kin i innych miejsc, gdzie ludzie się mogą wymieniać zarazkami i wirusami, powinno osłabić tempo wzrostu epidemii. Jednocześnie wydaje się, że nieszczelny system kontroli osób narażonych na ryzyko zarażenia, mógł przepuścić więcej niż powinien nosicieli wirusa. Sprzyjał rozwojowi epidemii. Dopóki nie zostanie radykalnie zmieniony będzie jej sprzyjał nadal.

Niektóre kraje zachodnie (Niemcy, Wielka Brytania) postawiły raczej na kontrolę przy pomocy testów, w mniejszym stopniu ograniczając aktywność obywateli i życie społeczne.

Udostępnij:

Piotr Pacewicz

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne