0:00
Prawa autorskie: Agnieszka Sadowska / Agencja Wyborcza.plAgnieszka Sadowska /...
30 marca 2022

Ekspert: gaz za ruble to zagrywka polityczna. Rosja chce osłabić sankcje [WYWIAD]

23 marca Rosja ogłosiła, że oczekuje zapłaty za gaz w rublach, a nie jak dotychczas - w dolarach i euro. „To żądanie ma charakter polityczny, a nie czysto ekonomiczny" - mówi nam Marcin Klucznik z Polskiego Instytutu Ekonomicznego i tłumaczy, o co w tym zagraniu Rosjan chodzi

Wydrukuj

Jakub Szymczak, OKO.press: Czego żąda Rosja?

Marcin Klucznik, Polski Instytut Ekonomiczny: Rosjanie domagają się tego, by europejskie spółki importujące gaz (ropa na razie została z tego wykluczona) płaciły rosyjskim firmom w rublach, chociaż według wcześniej zawartych kontraktów płatności miały być w euro i dolarze. Rosyjski „Kommiersant" wskazuje, że płatności w rublu mogą domagać się także rosyjscy eksporterzy zbóż.

Jak normalnie wyglądają takie transakcje?

Przebiegają według tego samego schematu, co wszystkie inne transakcje w handlu międzynarodowym. Europejska, np. niemiecka spółka importująca gaz do tej pory miała konto w euro. I ta spółka, kupując gaz, przelewała filii Gazpromu w Niemczech kwotę w unijnej walucie. Większość gazu była kupowana za ceny ustalone w kontraktach długoterminowych. W ostatniej dekadzie kraje Unii zaczęły jednak przechodzić na tzw. spoty, czyli zakup gazu po cenach bieżących.

Jakie mogą być konsekwencje zmiany waluty transakcji na ruble?

To żądanie ma przede wszystkim charakter polityczny, a nie czysto ekonomiczny. Znaczenie czysto ekonomiczne jest o tyle nieduże, że euro i tak były wymieniane ruble – zamiana walut odbędzie się jedynie innym kanałem. Dużo ważniejsze jest znaczenie polityczne – do tej pory to Europa nakładała sankcje na Rosję, głównie na rosyjskie banki i sektor finansowy.

Obecnie dyskutujemy o nakładaniu kolejnych sankcji na Rosję, ale szantaż Rosjan może złamać obecny status quo.

W jaki sposób?

Europejskie spółki importujące gaz musiałyby posiadać na swoich kontach płynne ruble, by móc płacić za import gazu. Dostęp do rubla może być zapewniony tylko przez rosyjskie banki i za zgodą rosyjskiego banku centralnego.

To oznacza, że zachód stoi teraz przed następującym dylematem: możemy eskalować sankcje na rosyjski sektor bankowy, ale to oznacza także, że Rosjanie mogą w każdej chwili odmówić nam dostępu do rubla. W takim wypadku nie będziemy w stanie zapłacić i gaz może przestać płynąć. Od czysto handlowej strony to będzie bolesne dla obu stron.

Europa może się też na zapłatę w rublu zgodzić, ale to podminowałoby sankcje na rosyjski sektor bankowy. Europejskie banki musiałyby zacieśniać współpracę z bankami rosyjskimi i z rosyjskim bankiem centralnym. Europejskie firmy potrzebowałyby dostępu do rubla od rosyjskich banków. To jest coś, czego wcześniej nie było. W warunkach ścisłej współpracy między bankami dużo łatwiej o nieformalne obchodzenie sankcji.

Czy Rosja w ten sposób chce pomóc swojej walucie?

Już teraz widzimy, że rubel się umacnia w reakcji na te wiadomości. Ale musimy rozróżnić dwie kwestie. Czym innym jest poziom kursu walutowego, a czym innym płynność waluty.

Kurs rosyjskiej waluty się umacnia, bo handel z Rosją cały czas się toczy. Ten handel orbituje wokół sektorów wyjętych spod sankcji, jak chociażby właśnie surowców energetycznych.

W innych branżach, np. przypadku dóbr luksusowych, sankcje zakazują zawierania nowych transakcji, pozwalają natomiast na realizacje już zawartych umów – ta część handlu z Rosją może toczyć się jeszcze przez miesiące.

Rosja wprowadziła jednak ograniczenia w przepływie kapitału, np. zakaz sprzedaży aktywów finansowych przez inwestorów zagranicznych. W ich efekcie wymiana rubla na dolary stała się dużo trudniejsza, a skala tej wymiany jest dużo niższa niż przed wojną. Ruch, który proponuje Rosja, oznaczałby zwiększenie wymienialności, więc i zwiększenie płynności rubla jako waluty. Europejskie banki musiałyby zapewnić swoim klientom dostęp rubla. Zabezpieczenie płatności gaz wymagałoby płynnego i bezpiecznego rynku walutowego pomiędzy Unią Europejską a Rosją. W praktyce musielibyśmy znormalizować rubla jako walutę. W perspektywie kilku miesięcy rubel straciłby status toksycznej waluty o bardzo niskiej płynności.

Czy Europa skupuje rubla w tajemnicy przed opinią publiczną, by przygotować się na zakupy gazu w rosyjskiej walucie? Pojawiają się takie komentarze po umocnieniu kursu rubla w ostatnich dniach do poziomów sprzed wojny.

Prawdopodobnie jeszcze nie. Rosyjskie władze zaznaczyły, że wymóg płatności w rublach nie wejdzie w życie natychmiastowo, a władze Unii Europejskiej jak dotąd zdecydowanie odmawiały płatności w rosyjskiej walucie. W takich warunkach zakup rubla mogą niedługo okazać się bardzo nietrafioną inwestycją.

To pytanie wiąże się natomiast z jeszcze jednym wątkiem, czyli monitorowaniem przestrzegania sankcji. Ich respektowanie może wymagać kontrolowania setek banków na całym świecie – także europejskich i amerykańskich. I już teraz rozpoczynają się pierwsze kontrole. Respektowanie sankcji będzie największym wyzwaniem na najbliższe miesiące – w innym wypadku Rosja będzie mogła skutecznie obchodzić już nałożone restrykcje.

Co się może w najbliższych dniach wydarzyć?

Handel surowcami energetycznymi jest – z czysto gospodarczego punktu widzenia - obopólnie korzystny. Szantaż, który stosuje Rosja to rodzaj gry w cykora. Rosja sprawdza, komu pierwszemu wysiądą nerwy i kto pierwszy ustąpi. Rosjanie prawdopodobnie założyli, że UE nie odważy się, by w pełni i natychmiastowo odejść od rosyjskich surowców energetycznych. Czyli zagrała na słabość UE.

Rosja może się przeliczyć, ale będzie to wymagało eskalacji sankcji. Tutaj dochodzimy do sedna - żądanie Rosji na płaszczyźnie politycznej stawia UE przed trudnym dylematem. Jeżeli zgodzimy się na żądania, to ustępujemy w sankcjach finansowych. A jeśli się nie zgodzimy, to bierzemy na siebie ryzyko, że gaz z Rosji przestanie płynąć momentalnie i to będzie bolesne dla obydwu stron.

Załóżmy teraz, że Europa się nie ugina i gaz rzeczywiście przestaje płynąć w ciągu kilku dni. Co to oznacza dla rosyjskiej gospodarki?

Eksport Rosji do Unii Europejskiej to w dużej mierze surowce energetyczne, przede wszystkim ropa naftowa, w drugiej kolejności gaz.

Zablokowanie tych dwóch towarów oznacza praktycznie pełne odcięcie Rosji od europejskich rynków. Koniec napływu dolarów i euro do Rosji, a w konsekwencji osłabienie rubla

Skutkiem będzie pełnoprawny kryzys finansowy w Rosji. Na dłuższą metę gospodarka rosyjska mogłaby przerzucić część tego eksportu do innych krajów. Ale tego nie da się zrobić szybko. Budowa nowych gazociągów zajmie Rosji ponad 5 lat, trochę prostsze jest natomiast znalezienie nowych odbiorców ropy. W krótkiej perspektywie odcięłoby to Rosję od walut obcych.

Główny ekonomista Institute for International Finance Robin Brooks napisał 27 marca na Twitterze, że jego zdaniem zatrzymanie eksportu na surowce energetyczne oznacza 30-40 proc. spadku PKB Rosji w tym roku. Ale Brooks mówi też o ropie. Czy zatrzymanie gazu oznacza automatycznie również koniec handlu ropą?

Teoretycznie nie, ale z powodów politycznych trudno wyobrazić sobie scenariusz, w którym zatrzymujemy gaz, ale handel rosyjską ropą cały czas się toczy. Wstrzymanie dostaw gazu to poważna eskalacja polityczna – jej naturalną konsekwencją byłoby embargo na rosyjską ropę. Unia Europejska może odejść od importu rosyjskiej ropy i gazu – ze względu na obecny miks energetyczny zastąpienie rosyjskiej ropy jest jednak prostsze.

Posłuchaj także:

Jeśli chodzi o szacowanie spadku PKB w przypadku embarga na surowce energetyczne, to dokładne wartości są bardzo trudne do przewidzenia. Rząd wielkości u Robina Brooksa się zgadza, ale czy to będzie 20, czy 40 proc.? Nie jesteśmy w stanie tego w pełni wiarygodnie zaprognozować. Bo nie ma też żadnego dobrego punktu odniesienia w historii – obecna sytuacja jest bezprecedensowa. Dodatkowym problem mogą być same dane statystyczne – rosyjski urząd statystyczny może zafałszować dane o inflacji i spadku PKB.

Mówił Pan, że nie da się tego eksportu przekierować szybko na inne rynki. Jakie Rosja ma tutaj możliwości?

Indie zakontraktowały już 5 mln baryłek rosyjskiej ropy, ale to mała część całego eksportu ropy z Rosji. O ile ropa jest jeszcze możliwa do przekierowania, to eksport gazu będzie wymagać budowy nowych gazociągów – ich budowa będzie trwać lata. Możliwości przekierowania rosyjskiego gazu gdzie indziej są bardzo niskie. Szczególnie w warunkach potencjalnego głębokiego kryzysu finansowego.

W takich warunkach budowanie gazociągu w stronę Chin byłoby ekstremalnie trudne, choćby od tak banalnej strony jak znalezienie finansowania dla tego projektu. W przypadku ropy jest łatwiej, częściej transportuje się ją statkami.

Blokada importu gazu byłaby jednak ruchem Rosjan, a nie sankcją europejską.

Tu pojawia się jeszcze pytanie, czy zachód będzie tak zdeterminowany, by wprowadzać tzw. sankcje wtórne.

Gdy USA nakładały w 2013 roku sankcje na import irańskiej ropy, Amerykanie dodatkowo uderzali też w banki na całym świecie, które obsługiwały handel tą ropą. W konsekwencji eksport ropy z Iranu spadł ponad dwukrotnie. Z Rosją teoretycznie też jest to możliwe, ale byłby to bardzo ostry ruch i wymagałby zgody USA i UE. Ponadto respektowania takich przepisów trzeba będzie wymagać od banków z innych regionów świata – chociażby azjatyckich i afrykańskich.

Popatrzmy teraz z perspektywy europejskiej. Gaz przestaje z Rosji płynąć. Co to dla nas oznacza?

Problem w tym, że obecnie magazyny gazu w UE są na bardzo niskich poziomach. Część krajów odcięcie gazu odczułaby natychmiast, np. Niemcy. Tam duża część energetyki jest oparta o gaz. W 2020 roku to było 12 proc. elektrowni zawodowych. To prawdopodobnie oznaczałoby recesję.

Dużo zależałoby jednak od reakcji na poziomie Unii Europejskiej. Unia może zmniejszyć ciężar ekonomiczny odcięcia się od rosyjskiego gazu, organizując międzyunijną solidarność energetyczną.

To współdzielenie rezerw gazu pomiędzy krajami, bo część państw ma magazyny gazu, inne nie. Polska jest w tym zakresie stosunkowo dobrze zabezpieczona – już teraz posiadamy funkcjonalny gazoport, a jesienią startuje Baltic Pipe, którym popłynie do nas gaz z Norwegii.

Drugi krok to oszczędniejsze używanie gazu przez kilka najbliższych miesięcy. To może być np. obniżanie temperatury w termostatach czy bardziej ekologiczna jazda samochodami. Ten krok byłby jednak jedynie przejściowy.

A po trzecie, na krótką metę, musielibyśmy silnie zmienić miks energetyczny i niestety uzupełniać gaz węglem. Natomiast w dłuższej perspektywie potrzeba zatrzymać odejście od atomu - tutaj najważniejszy krok muszą podjąć Niemcy, które planują odchodzenie zamykanie kolejnych elektrowni.

Czy z takim wyzwaniem poradzą sobie firmy, które importują gaz i go w Europie dystrybuują?

W normalnych warunkach firmy energetyczne wykorzystują instrumenty finansowe do ochrony przed zbyt dużą zmiennością cen surowców. Zabezpieczenie takich operacji wymaga posiadania odpowiednio dużych rezerw płynnościowych, czyli gotówki na koncie.

Mamy dziś bardzo nie tylko wysokie ceny gazu, ale także rekordową zmienność cen. W konsekwencji rezerwy wymagane do przeprowadzenia biznesu przez spółki gazowe w Unii wzrosły od czerwca zeszłego roku sześciokrotnie – innymi słowy spółka gazowa potrzebuje dziś sześciokrotnie więcej gotówki, aby zabezpieczyć transakcję na taką samą ilość gazu. W praktyce oznacza to, że europejskim spółkom gazowym po prostu brakuje gotówki. Gdyby Rosjanie wymagali płatności w rublu, to europejskie banki i spółki gazowe musiałyby na siebie wziąć kolejne ryzyko, związane ze zmiennością rubla, co dodatkowo pogorszyłoby ich sytuację płynnościową. W takich warunkach sytuacja spółek energetycznych w UE będzie bardzo trudna. Możliwe, że Europejski Bank Centralny będzie przejściowo wspierać branże energetyczną.

Czy ktoś na tej gospodarczej wojnie może zyskać?

Będzie to kosztowne dla obu stron, chociaż bardziej dla Rosji. Europa musi się liczyć z tym, że koszty zostaną poniesione przez obydwie strony. Sankcje, które realnie uderzają w Rosję, pośrednio będą dotykać także nas. Niestety nie da się tego obejść i to jest cena, którą musimy zapłacić za wsparcie Ukrainy podczas tej wojny.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne