W zeszłym roku, w sylwestrową noc pod barem z kebabem podczas bójki Tunezyjczyk śmiertelnie ranił nożem 21-letniego Polaka. Po tych wydarzeniach na ulicach Ełku wybuchły zamieszki. Wcale mnie one nie zdziwiły; jestem z Ełku

Na koniec roku pozwalamy sobie i naszym autorom na bardziej osobiste wypowiedzi. Kamil Fejfer napisał rok temu w OKO.press o zamieszkach w Ełku. Przez te 12 miesięcy kwestia migrantów, innych, obcych nie schodziła z ust polityków i dziennikarzy, a tamte emocje nie ostygły. Co autor tekstu dziś widzi w Ełku, z którego zresztą pochodzi? Młodzież, która jest uczona, że „najważniejszą walutą w społeczeństwie jest przemoc”.


 Niemal równo rok temu napisałem tekst o jednej z największej tragedii na tle rasowym, jaka wydarzyła się w Polsce w ostatnich latach. Jeżeli wierzyć w słowa domniemanego świadka wydarzeń – ełczanina, wszystko zaczęło się od rasistowskich odzywek ze strony dwóch chłopaków, którzy w sylwestrowy wieczór dłuższy czas siedzieli w barze z kebabem przy ul. Armii Krajowej w Ełku. Według facebookowej relacji mieli mówić do pracowników knajpy: „ciapaku, na kolana i do pana”, „dawaj to jedzenie kurwo”.

Wpis przez autora został usunięty z uwagi na, jak stwierdził, napływ „wiadomości wulgarnych i lekko mówiąc uciążliwych” oraz z powodu manipulacji mediów.

Pytany przeze mnie Wojciech Piktel z ełckiej prokuratury, czy rzeczywiście mogło dojść do rasistowskich zaczepek stwierdził, że prokuratura musi to zweryfikować, ale rzeczywiście mogło tak być.

Przynajmniej jeden z gości baru był znany policji od dawna. 21-letni Daniel miał wyrok za groźbę karalną i dwa rozboje. To właśnie on wziął dwa napoje z baru i wyszedł bez płacenia. Jego kolega został na miejscu. Za Danielem wyszło dwóch mężczyzn – właściciel lokalu, Algierczyk z polskim paszportem oraz Tunezyjczyk. Ten drugi zabrał ze sobą nóż. Po jakimś czasie obaj dopadli Daniela. Wywiązała się szamotanina i kłótnia. Właśnie wtedy Tunezyjczyk dźgnął nożem Polaka. Daniel od odniesionych obrażeń zmarł.

Jego kolega, wychodząc z baru – i nie wiedząc jeszcze co się stało – wrzucił do lokalu petardę.

To był dla mnie bardzo osobisty tekst. Jestem z Ełku, a lokal w którym wszystko się działo mieści się dosłownie 150 metrów w linii prostej od mieszkania mojego przyjaciela. Znam dobrze tamte okolice. Chodziłem setki razy tamtymi ścieżkami, ślizgałem się po błocie na podwórkach i patrzyłem na dzieci, których twarze zdradzały brak przyszłości. Mój przyjaciel przez pewien czas pracował z nimi jako streetworker; uczył je trochę innego życia niż siedzenie przed blokiem i palenie najtańszych fajek. W końcu sam wyjechał do Holandii.

Ełk nie jest zamożnym miastem. W okolicy miejsca, gdzie doszło do tragedii, za odnowionymi od strony ulic fasadami, ukrywa się konwulsyjna egzystencja zwykłych ludzi. To tam spod śmietników znikają stare meble. Część mieszkańców wciąga je do piwnicy i rąbie, żeby mieć drewno na opał. W kamienicach do niedawna wciąż paliło się w kaflowych piecach. Przy większych mrozach w tamtych okolicach zawsze było czuć gryzący dym. Chłopaków tam bardzo często wychowuje ulica oraz filmiki z żółtymi napisami, które mówią o tym, że co drugie dziecko w Europie nazywa się Mohamed.

W 1999 roku, kiedy do Ełku miał przyjechać papież, odnowiono fronty budynków na najważniejszych ulicach. Moja dziewczyna do dzisiaj pamięta słowa, które wtedy, prosto do kamery ogólnopolskiej stacji telewizyjnej, wypowiedział jeden z mieszkańców miasta:

„Kamienice odnowiono tylko z przodu, w podwórkach wciąż jest bardzo brzydko. To tak jakby papieżowi umyć tylko twarz, a plecy zostawić”.

W tej pokracznej metaforze jest nie tylko wiele prawdy o Ełku, ale o bardzo wielu polskich małych miejscowościach. To często ładny widok z daleka, gdzie dużo pieniędzy wpompowano w infrastrukturę, kostkę Bauma oraz nowe latarnie, zapominając często nie tylko o podwórkach, ale również o mieszkańcach. Pozostawiono ich samym sobie, a ich dzieci podwórkom, demotywatorom i filmikom z YouTuba.

Frustracje rodziców z małych miejscowości, miejsc bez większych perspektyw, gdzie jeszcze do niedawna (a często wciąż) ratowało się budżet chwilówkami, przechodziły na dzieci jak choroba.

To te dzieci – teraz już dorosłe –  znające głównie argumenty siły, wyznające zasadę „jeżeli nie my ich, to oni nas”, czego nauczyło ich życie, wierzące, że najważniejszą walutą w społeczeństwie jest przemoc, po tragicznej nocy sylwestrowej i śmierci 21-letniego Daniela wyszły na ulice Ełku domagając się „jebania ciapatych”.

W kilka dni po wydarzeniu policja zatrzymała kilkanaście osób, które wybijały szyby, rzucały petardami. Osobiście w ogóle nie zdziwiła mnie quasi-pogromowa atmosfera. Domyślam się z jakich powodów u tych ludzi zrodziły się agresja, wrogość i frustracja.

Do wydarzeń dodatkowo przyczyniły się narastająca od wielu lat islamofobia, wyolbrzymianie znaczenia ataków terrorystycznych na tle innych zagrożeń. Nie chcę być źle zrozumiany: każdy zamach, który niesie ofiary, jest wielką tragedią. Jednak zabójstw w Europie dokonuje się dziesiątki tysięcy rocznie. Ale na paskach informacji pojawiają się głównie te, które można umieścić w kontekście islamskiego terroryzmu. To nie znaczy, że problem nie istnieje. To znaczy, że problem jest eksponowany ponad realną skalę. Niech za przykład tego mechanizmu posłuży fakt, że w Polsce co roku w sylwestrową noc dochodzi do kilku zabójstw. Ale nigdy następstwem ich nie są kilkusetosobowe grupy żądne wymierzania sprawiedliwości na własną rękę.

Nie bez winy są politycy, którzy czasem z powodu ignorancji i nieuctwa, a czasem zwyczajnie cynicznie wykorzystują antyimigranckie i antyislamskie nastroje do podbijania sobie słupków popularności. Chociaż uczciwie należy dodać, że w przypadku ełckiej tragedii minister Błaszczak, który zazwyczaj jest pierwszy do walenia na oślep w „multi kulti” oraz migrantów, odpowiedzialnie mówił o „nieszczęśliwym wypadku” i wyraźnie tonował nastroje.

Jednocześnie jestem pewien, że poza pijanymi zadymiarzami, którzy szukali w te styczniowe dni łatwej rozrywki, spora część osób brała udział w zdarzeniach wierząc święcie w słuszność swoich intencji. Że to nie byli źli ludzie, tylko osoby, którym głęboko zależało na dobru lokalnej społeczności. To byli też ludzie, którzy się po prostu bali, a strach nie musi być racjonalny. Nie można takich pobudek lekceważyć ani się na nie obrażać.

Prokuratura początkowo postawiła obu obcokrajowcom zarzuty zabójstwa. Ale 5 grudnia 2017 roku, po zebraniu dowodów, w tym po przeprowadzeniu wizji lokalnych, Algierczykowi, właścicielowi baru, zmieniono zarzuty na łagodniejsze – udziału w bójce i nieudzielenie pomocy poszkodowanemu. Tunezyjczyk jest oskarżany o udział w bójce i działanie umyślne z zamiarem bezpośrednim pozbawienia życia.

Niektóre komentarze spośród nieco ponad trzydziestu z portalu Niezależna.pl, pod artykułem o zmianie zarzutów dla Tunezyjczyka:

„Nawet średnio zorientowany może się zorientować, ze to było zabójstwo z zimna krwia. Pchneli gościa w nerke i w serce – żeby nie było zadnych szans. TO WLASNIE SIE STANIE GDY DOPUSCI SIE DO ROZPLENIENIA SIE TU MUZULMANOW Z AFRYKI.” – realista

„”Tunezyjczyk” jaki Tunezyjczyk? zwykły Arab idiota nawiedzony jakimś alalachem, którego nigdy nie było, nie ma i nie będzie”. Jak rozpoznać Tunezyjczyka od Libijczyka skoro mówią tym samym językiem? To sa ARABY. Basta.” – anonim

„Jak widać w Polsce dzieje się to samo, co w Niemczech i w Belgii. Muzułmanie sa bezkarni, są pod ochroną… Polacy w Polsce mają mniejsze prawa niż oni.” – Kolonia

„Niestety ! jeszcze rządzą sędziowie z wyboru poprawności politycznej.” – Dizel

Analityk nierówności społecznych i rynku pracy związany z Fundacją Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych, prekariusz, autor poczytnego magazynu na portalu Facebook, który jest adresowany do tych, którym nie wyszło, czyli prawie do wszystkich.
W OKO.press pisze o polityce społecznej i pracy.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym