21 marca 2021

Energia z wiatru zamrożona. PiS obiecuje dopuścić wiatraki 500 m od domów. To nie wystarczy

Ustawa sprzed pięciu lat praktycznie zablokowała powstawanie nowych farm wiatrowych. Od dwóch lat rząd zapowiada zmiany w przepisach. Dziś pojawiają się zapowiedzi, że zostaną wprowadzone w tym roku. Tania i czysta energia czeka, a czas do wypełnienia celów klimatycznych ucieka 

W ubiegłym roku w Polsce przybyło 700 MW energii z wiatru. O wiele więcej niż w 2019 roku, kiedy wytworzono jedynie 53 MW - tak wynika z danych organizacji Wind Europe. W sumie - jak informuje resort klimatu i środowiska w mailu przesłanym do OKO.press - moc zainstalowana lądowej energetyki wiatrowej to 6,4 GW (stan na grudzień 2020), co stanowi połowę mocy zainstalowanej OZE w Polsce.

To jednak wciąż za mało.

Polityka energetyczna Polski do 2040 roku (PEP2040) zakłada osiągnięcie 32 proc. udziału OZE - w tym przede wszystkim energii wiatrowej i słonecznej - w elektroenergetyce i 28 proc. w ciepłownictwie do 2030 roku. Udział samych farm wiatrowych na lądzie w wytwarzaniu energii w ciągu 20 lat powinien wzrosnąć do 11 proc. - tak przewiduje ministerstwo klimatu.

W całym PEP2040 farmom wiatrowym onshore (czyli właśnie na lądzie) nie poświęca się zbyt wiele uwagi. Możemy przeczytać, że „wzrost udziału tej technologii w bilansie energetycznym będzie mniej dynamiczny w porównaniu do poprzednich lat”, oraz że „istotnym utrudnieniem w wykorzystywaniu energetyki wiatrowej jest brak zależności między ich pracą a zapotrzebowaniem na energię”.

Dalej jest mowa o tym, że budowa farm na lądzie może spotkać się z brakiem akceptacji społecznej. „Dlatego w celu ograniczenia potencjalnych konfliktów społecznych wprowadzono tzw. zasadę 10H” - czytamy w PEP2040.

Zasada 10 wysokości

To właśnie zasada 10H, zawarta w przyjętej w maju 2016 roku „ustawie antywiatrakowej”, jest obecnie głównym problemem w budowaniu nowych farm wiatrowych. Według niej wiatraki można budować w odległości równej 10-krotności ich wysokości od budynków mieszkalnych i terenów cennych przyrodniczo.

To w praktyce oznacza mniej więcej 1,5 km do nawet 2 km. Zasady nie obowiązują mikroinstalacji (do 40 kW) i farm offshore - czyli tych na morzu.

Takich jednak jeszcze w Polsce nie mamy, choć plany ich budowy są ambitne. Według PEP, do 2030 roku farmy wiatrowe na morzu mają mieć 5,9 GW mocy zainstalowanej, a do 2040 – 11 GW. Dla porównania: obecnie moc zainstalowana elektrowni na węgiel kamienny wynosi 24,9 GW.

W PEP2040 odnotowano jednak, że zasada 10H może zostać zmieniona. Potwierdza to ministerstwo rozwoju, pracy i technologii (MRPiT), które zajmuje się ustawą dotyczącą wiatraków. W mailu przesłanym do OKO.press informuje, że trwają prace nad nowelą, która jest „obecnie na początku procesu legislacyjnego”.

Zmiany na drugim planie

„Na przełomie lat 2015 i 2016 do resortu środowiska i Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska napływało bardzo wiele skarg i petycji, w których domagano się zmiany przepisów dotyczących elektrowni wiatrowych lub proszono o interwencje w konkretnych przypadkach. Po uchwaleniu liczba takich protestów i petycji znacząco spadła” – tak w 2017 roku ustawy antywiatrakowej bronił Andrzej Kaźmierski, były dyrektor departamentu energii odnawialnej w nieistniejącym już ministerstwie energii.

W podobnym tonie wypowiadała się była minister rozwoju Jadwiga Emilewicz, tłumacząc, że 10H miało przeszkodzić w budowie wiatraków w bezpośrednim sąsiedztwie domów.

Przyznała jednak, że zmiany w przepisach są niezbędne. „Będziemy zajmować się też nowelizacją ustawy wiatrowej - tzw. 10H, odległościowej - która ułatwi inwestycje wiatrowe na lądzie, przy jednoczesnym uwzględnieniu interesów wspólnot lokalnych” – mówiła w grudniu 2019. Zapowiedziała, że projekt nowelizacji powinien być gotowy do końca 2020 roku.

We wrześniu jednak odeszła z urzędu. Na stanowisku ministra rozwoju zastąpił ją Jarosław Gowin.

„Zmiany w rządzie przeciągnęły prace nad nowelizacją. Co więcej, ministerstwo rozwoju było zaangażowane w tworzenie tarcz antykryzysowych, więc kwestie dotyczące wiatraków naturalnie odeszły na drugi plan” - mówi Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Wiatraki tylko na 3 proc. Polski

Największa polska elektrownia wiatrowa została otwarta pod koniec ubiegłego roku na granicy województw pomorskiego i zachodniopomorskiego. Farma wiatrowa Potęgowo to 81 turbin o łącznej mocy 219 MW.

Drugą co do wielkości elektrownią jest ta zlokalizowana w Margoninie w Wielkopolsce, gdzie działa 60 wiatraków o łącznej mocy 120 MW, co pozwala zaspokoić potrzeby energetyczne 90 tys. gospodarstw domowych.

Jednak wszystkie większe farmy wiatrowe, które powstały w ostatnich latach, to te, które otrzymały pozwolenie na budowę jeszcze przed wprowadzeniem zasady 10H. Ustanowienie tych przepisów praktycznie zablokowało inwestowanie w energię z wiatru.

Paweł Czyżak, analityk z Fundacji Instrat, sprawdził, na jakiej powierzchni naszego kraju dałoby się wybudować wiatraki. Z jego wyliczeń wynika, że warunki zgodne z zasadą 10H spełnia zaledwie 3 proc. powierzchni Polski, z czego tylko ułamek charakteryzuje się wystarczająco dużą wietrznością.

Gdyby zasada 10H została zliberalizowana i pozwoliła na budowę wiatraków bliżej budynków mieszkalnych, farmy mogłyby powstawać na ponad 12 procentach powierzchni kraju. Jeśli minimalna odległość od obszarów chronionych (parków narodowych, rezerwatów itd.) zostałaby zredukowana do 500 m, powierzchnia, na której mogłyby powstawać farmy, zwiększyłaby się ośmiokrotnie i wyniosła 26,4 proc.

„To ewenement w skali Europy, że centralnie przyjęta regulacja praktycznie blokuje powstawanie nowych inwestycji” - mówi Janusz Gajowiecki. „To pozbawiło nas możliwości realizacji projektów przy zastosowaniu najnowszych technologii dla systemu energetycznego. Taka blokada nie ma uzasadnienia w przypadku wiatraków, które są najtańszym źródłem energii elektrycznej w naszych warunkach klimatycznych.

Tania energia z wiatru łagodziłaby duże wzrosty cen energii, z jakimi mamy i będziemy mieć do czynienia. Byłaby też paliwem do rozwoju gospodarki w czasie kryzysu” - dodaje.

Jego zdaniem energia wiatrowa mogłaby stanowić nawet 25 proc. całkowitego miksu energetycznego Polski. Z kolei według wyliczeń Fundacji Instrat, mogłoby to być nawet powyżej 30 proc. „Tracimy potencjał. A mamy doskonałe warunki wietrzności i duży udział obszarów rolnych, dających nam ogromne możliwości rozwoju energetyki wiatrowej. Nie każdy kraj może się tym pochwalić” - wyjaśnia Gajowiecki.

Ustawa antywiatrakowa to problem dla gmin

„Moim zdaniem powinniśmy wrócić do takich zapisów, jakie obowiązywały przed 2016 rokiem” - komentuje Leszek Kuliński, wójt gminy Kobylnica (woj. pomorskie) i przewodniczący Stowarzyszenia Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej.

W Kobylnicy działają obecnie dwie farmy wiatrowe, w sumie 50 siłowni wiatrowych o łącznej mocy 100 MW. „Mogłaby powstać jeszcze jedna elektrownia z około 40 siłowniami. Mielibyśmy więc 220 MW energii z wiatru, produkowanej w naszej gminie” - tłumaczy wójt.

Sam jest zwolennikiem ustalania odległości od zabudowań na podstawie badań natężenia hałasu. Jak zaznacza, nowe wiatraki są tak zaprojektowane, żeby działać jak najciszej. „Znam ludzi, którzy zdążyli się wybudować blisko wiatraków, bo ten widok i dźwięk ich uspokaja” - uśmiecha się Kuliński, dodając, że gmina reaguje na każde zgłoszenie mieszkańców o incydentach, kiedy wiatraki są zbyt głośne.

„Na pewno nie wszyscy mieszkańcy naszej gminy są zwolennikami wiatraków, ale już się z nimi oswoili. W Kobylnicy, gdzie farmy wiatrowe funkcjonują od 2008 roku, mieszkańcy już wiedzą, jak to działa” - mówi wójt.

Jakie problemy spowodowała zasada 10H?

„Największym problemem dla gmin jest ograniczenie inwestycyjne. Nie możemy mieć nowych farm wiatrowych i nie możemy niczego budować w pobliżu już istniejących. Co więcej, zasada 10H powoduje też pozornie błahe kłopoty - ostatnio miałem taką sytuację, że mieszkaniec złożył wniosek o zmianę sposobu użytkowania poddasza. Powiększyła mu się rodzina, uznał, że na poddaszu wybuduje dodatkowe mieszkanie. Ale według przepisów nie może tego zrobić, bo jego dom stoi zbyt blisko wiatraków” - opowiada Leszek Kuliński.

Według przepisów przyjętych w 2016 roku, zmiana miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego jest dziś koniecznością do wybudowania elektrowni wiatrowej. Wcześniej wystarczyła decyzja o warunkach zabudowy. „Niemałe koszty tworzenia nowych planów zostały przerzucone na gminy” - dodaje wójt.

W lutym 2021 roku razem ze Stowarzyszeniem Gmin Przyjaznych Energii Odnawialnej napisał petycję do premiera Mateusza Morawieckiego. Podkreśla w niej, że samorządy od 2019 roku czekają na zmiany w prawie.

Możliwe, że wreszcie się tego doczekają - ministerstwo rozwoju chce, by nowe przepisy zostały wprowadzone w III kwartale 2021 roku.

Wiatraki 500 metrów od domów

Resort informuje, że po serii rozmów ze stroną społeczną i samorządami, przygotował projekt zmian.

„Projekt uzyskał wstępną pozytywną ocenę Centrum Analiz Strategicznych KPRM, ale musimy doprecyzować kilka informacji o skutkach proponowanej nowelizacji. Planujemy przekazać dodatkowe wyjaśnienia i uzyskać ww. wpis w ciągu kilkunastu najbliższych dni” - piszą przedstawiciele resortu w mailu do OKO.press.

Pełna wersja projektu ma być publicznie dostępna w ciągu kilku tygodni. Ministerstwo jednak już teraz przedstawia główne założenia noweli - zaznaczając, że niektóre zapisy mogą się jeszcze zmienić.

Jednak droga do uzyskania pozwolenia na budowę farmy wiatrowej - według projektu noweli ustawy „antywiatrakowej” - nie będzie łatwa.

Gmina przed wydaniem zgody na budowę elektrowni będzie musiała przeprowadzić ekspertyzy oddziaływania na środowisko, zatwierdzane przez Regionalnego Dyrektora Ochrony Środowiska.

Nowe elektrownie będą musiały być wprowadzone do miejscowego planu zagospodarowania przestrzennego (MPZP) - tak, jak było to w przepisach z 2016 roku. Zachowana jest również zasada 10H, ale z tą różnicą, że rada gminy może w MPZP ustalić mniejszą odległość od zabudowań lub terenów cennych przyrodniczo. Musi ona wynieść przynajmniej 500 metrów.

„Gminy, w których już zostały zlokalizowane elektrownie wiatrowe, będą mogły lokować w jej otoczeniu budynki mieszkalne pod warunkiem spełnienia bezwzględnej minimalnej odległości, lub większej, wynikającej z przyjętych stref ochronnych” - pisze MRPiT.

Nowela ma wprowadzić również obowiązek zorganizowania dodatkowych dyskusji publicznych nad możliwymi lokalizacjami wiatraków i kolejnych spotkań z mieszkańcami po opracowaniu nowego MPZP.

„W projekcie znalazł się także zapis, według którego zaopiniować budowę farmy wiatrowej mogą również sąsiednie gminy” - dodaje Paweł Czyżak z Instratu. „Cały proces administracyjny się wydłuży, ale autorzy nowelizacji tłumaczą, że to pomoże uniknąć ewentualnych protestów przeciwko wiatrakom” - podkreśla.

MRPiT chce także wprowadzić dodatkowe obowiązki związane z serwisowaniem wiatraków, żeby zniwelować „ryzyko powstania wypadków spowodowanych niewłaściwą eksploatacją elementów technicznych elektrowni wiatrowej”.

Konsultacje społeczne to podstawa

„Jako branża uważamy, że utrzymywanie jakichkolwiek określonych odległości farm wiatrowych od zabudowań nie jest uzasadnione. Nie ma uniwersalnej granicy dla wszystkich typu inwestycji. Czasami oddziaływanie akustyczne farmy ma zasięg 300 metrów, a czasami jest 500 metrów. Dlatego rozsądniej jest podchodzić indywidualnie do oceny każdego projektu” - komentuje Gajowiecki.

„Ważnym elementem, którego zabrakło w planowanej nowelizacji, jest krótka ścieżka uzyskania pozwoleń. Unijna dyrektywa dotycząca energii odnawialnej stanowi o tym, że całą dokumentację powinno się załatwiać w jednym okienku. U nas to jest szereg pozwoleń i decyzji, z różnych urzędów.

Przez to, nawet jeśli zasada 10H będzie poluzowana, będziemy musieli czekać od 5 do nawet 7 lat na nowe farmy wiatrowe.

Gdyby ścieżka uzyskania pozwoleń byłaby uproszczona, energia z wiatru mogłaby płynąć znacznie szybciej, zbliżając nas do celów neutralności klimatycznej” - tłumaczy.

Zgadza się z tym Paweł Czyżak, który zaznacza, że musimy wypełnić cele klimatyczne wyznaczone na 2030 rok. „Jeśli zakładanie elektrowni zajmie kilka lat, to może się okazać, że w 2027 roku dalej nie będziemy mieć ani jednej nowej farmy wiatrowej” - komentuje, dodając, że mimo wszystko nowelizacja ustawy antywiatrakowej jest krokiem w dobrą stronę.

„Przede wszystkim oddanie samorządom decyzji w sprawie umiejscowienia wiatraków dopuszcza możliwość przygotowania nowych projektów. Takiej możliwości, przy obecnym restrykcyjnym prawie, po prostu nie ma. Być może to jest dopiero pierwsza wersja noweli, która będzie jeszcze zmieniana, jeśli okaże się, że poluzowanie zasady 10H nie wystarczy. A tak się niestety może zdarzyć” - dodaje.

Pozytywnym elementem propozycji MRPiT jest, zdaniem Janusza Gajowieckiego, utrzymanie obowiązku lokalizowania nowych elektrowni wiatrowych na podstawie miejscowych planów zagospodarowania przestrzennego.

„To zwiększa udział społeczności lokalnych w podjęciu decyzji o lokalizacji takiej inwestycji w ramach uchwalania czy zmiany miejscowego planu. Dzięki temu społeczność jest angażowana na bardzo wczesnym etapie planowania inwestycji, co zwiększa zaufanie i akceptację dla niej. Dlatego udział społeczeństwa i samorządów w decydowaniu, gdzie można wybudować farmę wiatrową, jest niezwykle ważny. Mieszkańcy muszą jak najwcześniej dostać informacje o inwestycji i jej oddziaływaniach, ale też korzyściach dla swojej gminy jeszcze na etapie wydawania pozwoleń. Ten element znalazł się także w Kodeksie Dobrych Praktyk energetyki wiatrowej, który wypracowała branża” - zaznacza.

Dobra, bo polska

MRPiT przewiduje, że dzięki noweli do 2025 roku powstaną kolejne 3-4 GW energii wiatrowej. „Planujemy, aby w wyniku projektu w ciągu 10 lat po przyjęciu nowelizacji powstało od 6 GW do 10GW nowych mocy” - informują urzędnicy, zaznaczając jednocześnie, że budowa farm wiatrowych może być „impulsem dla rozwoju gospodarczego”.

„Energetyka wiatrowa na lądzie odznacza się wysokim wskaźnikiem udziału krajowych dostawców i poddostawców (tzw. local content) w cyklu życia instalacji, zarówno na etapie inwestycji, jak i eksploatacji. Obecnie wskaźnik ten wynosi co najmniej 40-50 proc.” - czytamy w informacji przesłanej przez resort.

Urzędnicy przekonują, że nowe inwestycje to więcej pracy dla mieszkańców. Jak wyliczają, ma to być nawet 42 tys. miejsc pracy w 2040 roku, z których 31 tys. stanowi zatrudnienie pośrednie, a 11 tys. - bezpośrednie.

„Wiemy na razie, że jest projekt” - komentuje Paweł Czyżak i dodaje: „Pytanie, jaka jest polityczna wola, żeby go podpisać”.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne