Podatek „od mięsa” chciałaby wprowadzić część parlamentarzystów Unii (Zieloni i Socjaldemokraci). Podatek, który sprawiłby, że obecne ceny mięsa praktycznie się podwoją, miałby wejść w życie już za dwa lata - w 2022 roku. Choć szanse, że państwa członkowskie na to przystaną są raczej zerowe, to ograniczanie spożycia mięsa i tak nas czeka

„To, co mamy na talerzu, nie jest naszą prywatną sprawą” – powiedziała europosłanka Sylwia Spurek w czasie debaty „nad mięsem” zorganizowanej przez nią i wiceszefa frakcji Zielonych Basa Eickhouta jednej z sal Parlamentu Europejskiego w środę 5 lutego 2020.

Debatę zorganizowali zieloni i socjaldemokraci z PE pod naciskiem działań organizacji pozarządowej TAPP (True Animal Protein Price, czyli Prawdziwa Cena Białka Zwierzęcego). Debata była burzliwa, ale jej efekty jak na razie mizerne – szansa, by kraje Unii poparły teraz pomysł opodatkowania mięsa wydaje się mało realna.

„Obecna Komisja Europejska takiego podatku nie rozważa i nie zamierza proponować. A przypomnijmy, że to wyłącznie KE ma prawo inicjatywy prawodawczej w Unii (choć może być do tego politycznie popychana m.in. przez europarlament)” – napisał z Brukseli Tomasz Bielecki.

TAPP pokazał raport, z którego wynika, że hodowla zwierząt i produkcja mięsa w znacznym stopniu odpowiada za emisję gazów cieplarnianych (przeczytaj także analizę na portalu Nauka o Klimacie). Aby więc ograniczyć negatywny wpływ produkcji zwierzęcej na środowisko należy tę produkcję opodatkować i to solidnie.

Podatek sprawi, że mięso stanie się towarem luksusowym, tak podrożeje, że będziemy go jedli znacznie mniej niż obecnie. I tak w Polsce za kilogram wołowiny (która z branży mięsnej ma największy wpływ na emisję gazów cieplarnianych i dlatego dostanie największy podatek) płacilibyśmy średnio o 20 zł więcej za kilogram. Za wieprzowinę o 15 zł więcej, a za drób o ok. 7 zł.

Spadek spożycia o połowę

Wzrost cen miałby doprowadzić w Unii w ciągu 10 lat do spadku spożycia drobiu o 30 proc., wieprzowiny o 57 proc. a wołowiny o 67 proc.

Zdaniem dyrektora TAPP Jerooma Remmersa, który w czasie debaty apelował do parlamentarzystów o poparcie pomysłu opodatkowania, Europejczycy już teraz jedzą o 50 proc. więcej mięsa niż wynika z racjonalnej diety. Jeśli więc ograniczymy jego spożycie, to będziemy zdrowsi i spadną koszty opieki zdrowotnej.

Już za 10 lat podatek miałby przynosić rocznie ponad 32 mld euro w budżecie 28 krajów Unii. Wedle TAPP, pieniądze z tego podatku zostałyby przeznaczone przede wszystkim na wspomaganie producentów warzyw i owoców.

I to jest – zdaniem producentów mięsa – przyczyna, dla której atakuje się hodowców i przemysł mięsny. Argumentują, że w Unii hodowla zwierząt odpowiada tylko za 4 proc. emisji gazów, co jest udokumentowane na stronach samego Parlamentu Europejskiego (a cała produkcja rolna daje 8,9 proc. gazów). Dla porównania transport odpowiada za 26 proc. emisji.

„Pomysł poroniony”

Jerzy Wierzbicki, szef organizacji zrzeszającej producentów bydła mięsnego w Polsce, uważa pomysł za „poroniony”. „Jeśli zieloni chcą obniżać emisję gazów, to niech wezmą się za największych trucicieli, czyli transport i producentów energii, a nie za producentów mięsa. W gruncie rzeczy tu chodzi o zmniejszenie spożycia mięsa, czyli wyeliminowanie konkurencji dla produkcji roślinnej. Lepiej jeśli rządy będą się od tego trzymać z daleka. Ja pamiętam jak przy pomocy podatku próbowano w Polsce zahamować import szynek, co skończyło się rozkwitem przemytu mięsa”.

Wedle danych ONZ, na które powołują się zwolennicy wprowadzenia podatku, w Afryce hodowla bydła odpowiada aż za 25 proc. emisji gazów. „To jest manipulacja” – replikuje Wierzbicki. – „W Afryce nie ma praktycznie przemysłu, transport jest słabiutki więc i proporcje są inne niż w krajach rozwiniętych. I tak np. w Stanach hodowla bydła odpowiada za 2 proc. emisji”.

Zdaniem zielonych hodowcy odpowiadają też za wycinanie lasów i ogromnie zużycie wody na potrzeby zwierząt. Druga strona zwraca uwagę, że Puszczę Amazońską wycina się teraz głównie, by zrobić miejsce dla nasadzeń palmy na olej palmowy i drzewa awokado, a nie na pastwiska dla bydła.

Ograniczenie hodowli i spadek spożycia mięsa sprawi, że jeszcze więcej lasów padnie, by zrobić miejsce dla tych roślin.

Prof. Kowalski: Efekt będzie krótkotrwały

Prof. Andrzej Kowalski z SGH, były szef Instytutu Ekonomiki Rolnictwa, uważa pomysł TAPP za próbę interwencjonizmu państwowego, która nigdy nie daje takich skutków jakie zakłada. „Każdy wzrost cen na początku wywołuje efekt mrożący, więc spożycie spadnie. I to spadnie w w rodzinach o niskich dochodach, często wielodzietnych, bo na zamożnych to nie wpłynie. Ale ludzie się z tym wzrostem oswoją i szybko wszystko wróci do poprzedniego stanu. Nie tędy droga, to są jakieś mrzonki. Zanim się coś powie, zanim podejmie decyzję, trzeba przeprowadzić dokładne badania. Jak dotąd takich badań nie widziałem”.

Obecnie rocznie na świecie produkuje się ponad 260 mln ton mięsa. To jest dwa razy więcej niż było w 2000 roku i ta produkcja cały czas rośnie, bo zwiększa się liczba ludności, przybywa też konsumentów mięsa w miarę rozwoju krajów najbiedniejszych.

Faktem jest, że przemysłowa hodowla zwierząt degraduje środowisko, a zwierzęta na wielkich fermach często żyją w skandalicznie trudnych warunkach – w ciasnocie, stłoczone bez możliwości ruchu, w brudzie, nawet bez światła dziennego. Systematycznie rośnie też liczba konsumentów, którzy gotowi są zapłacić więcej za mięso pochodzące z gospodarstw, które produkują je drożej, ale za to zachowując tzw. dobrostan zwierząt.

Jednak kontrowersyjny „podatek mięsny” i brak widoków na jego wprowadzenie w UER, nie oznacza, że Unia nie jest w stanie np. podwyższać kosztów hodowli przemysłowej za pomocą nakładania dodatkowych standardów.

Jak pisze Tomasz Bielecki z Brukseli, na przykład unijny handel zezwoleniami na emisje CO2 (system ETS) powstał zamiast zwykłego podatku węglowego w dużej mierze z racji obaw, że nie będzie jednomyślności krajów Unii wymaganej dla tego podatku. A teraz ETS jest kluczowym instrumentem walki ze zmianami klimatu, który zdaniem części ekspertów jest nawet lepszy od zwykłego podatku.

Niemcy chcą podatkiem mięsnym polepszyć dobrostan zwierząt

W Niemczech też rozważany jest dodatkowy podatek od mięsa, serów, jaj i mleka. Dodatkowy podatek mógłby być wykorzystany jako rekompensata dla rolników za koszty hodowli bardziej przyjaznej zwierzętom. Można by w ten sposób zwrócić 80-90 proc. kosztów – pisze dziennik „Neue Osnabruecker Zeitung”.

Celem jest, aby w 2040 roku wszystkie zwierzęta hodowane były w boksach, które oferują znacznie więcej przestrzeni i przebywały jak najwięcej na zewnątrz.

Ekspert ds. rolnictwa w Greenpeace Martin Hofstetter powiedział agencji prasowej AFP, że podatek od dobrostanu zwierząt w wysokości 40-50 eurocentów za kilogram mięsa ma sens. Może on być końcem nieprawidłowości w produkcji mięsa. Hofstetter odniósł się także do sondaży wskazujących, że przeważająca większość Niemców jest gotowa świadczyć taką dopłatę, której Greenpeace domaga się od pewnego czasu.

Sprawę rozważa gremium ekspertów hodowli zwierząt, które powstało w kwietniu 2019 roku. Doradza ono minister rolnictwa Julii Klöckner. Jak informuje resort rolnictwa, zadaniem tego gremium jest m.in. analiza rozwoju i wyzwań we wszystkich dziedzinach hodowli oraz proponowanie rozwiązań.

OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Komentarze

  1. Przemek Nies

    "przeważająca większość Niemców jest gotowa świadczyć taką dopłatę"
    Co nas to obchodzi? Bardziej interesujące jest dla mnie co myśli o tym przeważająca część Polaków.

  2. Mariusz Was

    Powinno się zakazać niehumanitarnych metod hodowli, od chowu klatkowego po tuczenie siłą, używanie antybiotyków, itp. Co pokazują na filmikach organizacje ekologiczne, jak traktujemy zwierzęta hodowlane, woła o pomstę do nieba.

  3. Empereur de Pologne

    1. Wykorzystywanie systemu podatkowego do inżynierii społecznej – w tym manipulowania rynkiem i popytem na określone towary – jest czymś po prostu obrzydliwym i powinno się spotykać z powszechnym potępieniem.
    2. Z tym wariactwem, że rząd mówi ludziom co im wolno jeść, pić, palić i wciągać do nosa trzeba skończyć raz na zawsze i się przed nim bronić wszelkimi możliwymi środkami.

  4. Lech Słomianowski

    Jeszcze Wielka Brytania na dobre nie domknęła po sobie drzwi a już odezwali się europejscy "przyjaciele" globalizacji. Jeśli zrealizują swoją wizję to od Putina przez Trumpa aż po Johnsona brytola będą zacierać z radości łapki, że UE tak sobie strzela w kolano. Przypomnijmy, że Wielka Brytania chciała lepszego rolnictwa ale przez…..zmniejszenie unijnego budżetu. Zmniejszenie albo nawet zlikwidowanie dopłat dla "rolników" to najlepsza metoda na podniesienie jakości (i pośrednio na zwiększenie cen produktów rolnych. Zwiększenie dopłat to pisowska paranoja na unijną skalę. Unia chce sprzedawać na cały świat a jednocześnie zamyka swoje granice dla produktów (żywnościowych z zewnątrz)???? Coś jakby sojusz kaczki z zandbergiem i to pobłogosławiony przez Kidawę-Błońską!!!!
    Nie mogę uwierzyć w to co czytam (chociaż też chciałbym by Polacy trochę schudli).

Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!