"Obywatelom, niezależnie od ich sytuacji materialnej, władze publiczne zapewniają równy dostęp do świadczeń opieki zdrowotnej finansowanej ze środków publicznych" – stanowi art. 68 ustęp 2 Konstytucji RP. Jednocześnie w Polsce jest ok. 2,5 miliona osób bez prawa do bezpłatnej służby zdrowia

Wbrew obiegowym opiniom większość nieubezpieczonych to osoby, które stały się ofiarami niesprzyjających okoliczności oraz pewna grupa osób niezaradnych życiowo. Cwaniacy natomiast funkcjonują inaczej. Po pierwsze, umieją zapewnić sobie tanie ubezpieczenie. Przede wszystkim – zaniżają wysokość składek.



Ile osób płaci, ile osób korzysta

Liczbę osób bez ubezpieczenia zdrowotnego w Polsce można tylko oszacować. Wiadomo, że ludność Polski to 38,4 miliona osób, a uprawnienia do świadczeń medycznych ma ok. 33,7 mln Polek i Polaków (najnowsze dane pochodzą z pierwszego półrocza 2015 roku). Spośród nich składki ma opłacane – przez pracodawców, państwo, samodzielnie – 25,6 miliona osób (niektórzy są ubezpieczeni kilkukrotnie, dzięki czemu średnia miesięczna liczba tytułów do ubezpieczenia zdrowotnego w ZUS wynosi 28,2 mln), a kolejne 8 milionów to „dopisani” do ubezpieczenia zdrowotnego (najczęściej członkowie rodziny).

Pozostałych 4,7 miliona osób nie ma w systemie. Niejako „naokoło” uprawnienia do świadczeń zdrowotnych zdobywają jednak kolejne dwa miliony Polek i Polaków, którzy wahadłowo lub długoterminowo przebywają zagranicą i są ubezpieczeni w systemach ochrony zdrowia krajów stałego pobytu. To uprawnia ich – najczęściej po spełnieniu wymagań biurokratycznych – do dostępu do polskiej służby zdrowia. Z drugiej strony, liczbę niemających ubezpieczenia Polaków zaniża ok. 140 tysięcy obcokrajowców, którzy nie są wliczane do ludności Polski, a pojawiają się w statystykach ZUS i NFZ.

W ten sposób dochodzi się do liczby ok. 2,5 miliona osób żyjących w Polsce i niemających uprawnień do bezpłatnych świadczeń zdrowotnych. O takiej liczbie nieubezpieczonych mówi również minister zdrowia, Konstanty Radziwiłł.

Warto jednak pamiętać, że ta liczba to zgrubny szacunek. Nie istnieje rejestr nieubezpieczonych, a grupa ta cały czas się zmienia. Niektórzy nie mają ubezpieczenia przez wiele lat, ale bardzo wielu traci i odzyskuje uprawnienia wielokrotnie w ciągu życia – między wyjazdami do pracy za granicą, między jedną umową zleceniem a drugą, po przerwaniu edukacji i rozpoczęciu pracy, po rejestracji w urzędzie pracy, etc.



System z dziurami

6,5 proc. nieubezpieczonych obywateli i obywatelek to duży problem. Poza wątpliwościami, czy takie rozwiązanie jest zgodne z polską konstytucją, tworzy ono szereg problemów.

Przede wszystkim, mimo braku ubezpieczenia w NFZ blisko pół miliona osób korzysta co roku z publicznej służby zdrowia. Otrzymują od szpitali rachunki – niekiedy bardzo wysokie, mogące wpędzić nawet dobrze sytuowanych w bardzo poważne kłopoty finansowe lub wręcz doprowadzić do bankructwa.

Lekarze mają – to cywilizacyjny standard – obowiązek ratowania życia bez względu na sytuację finansową pacjenta. Problem polega na tym, że w obecnym systemie koszty leczenia osób, które nie mają ubezpieczenia i nie są w stanie zapłacić za leczenie, spadają na szpitale. Gdy leczony nie jest w stanie zapłacić rachunku, a NFZ odmówi zapłaty za świadczenia nieubezpieczonego, szpital zostaje z długiem, który musi jakoś pokryć – kredytem, dochodem z odpłatnych świadczeń lub podniesieniem wyceny świadczeń opłacanych przez NFZ.

Osoby bez ubezpieczenia – wyłączając samozatrudnionych, którzy zalegają ze składkami, oraz pracowników, których składek nie opłaca pracodawca – to trzy główne grupy:

  • osoby pracujące wyłącznie na umowy o dzieło (wg GUS ok. 600 tys.);
  • osoby pracujące na czarno (wg GUS ok. 700 tys. osób);
  • osoby niepracujące, niezarejestrowane w urzędach pracy (może być ich nawet milion).

Umowa o dzieło nie jest obciążona składkami – pracodawca odprowadza od niej jedynie zaliczkę na podatek dochodowy. Głównym problemem jest to, że umowy o dzieło są często zawierane, choć rzeczywiste warunki zatrudnienia wypełniają prawne kryteria stosunku pracy (to przede wszystkim określony czas i miejsce wykonywania pracy oraz możliwość wskazania przełożonego).

W sprawozdaniu Państwowej Inspekcji Pracy z 2015 roku napisano, że 27 proc. z 44 tys. pracowników, pracujących na podstawie umowy cywilnoprawnej powinno zatrudnione na podstawie umowy o pracę. W tej statystyce nie wyróżniono jednak, w jakim stopniu problem dotyczy umów o dzieło.

Na to zjawisko nakłada się drugie – brak składek ZUS powoduje, że część umów o dzieło (z badań wynika, że może ich być nawet połowa) jest de facto wymuszana przez pracodawców.

Po trzecie, OPZZ szacuje, że nawet cztery miliony Polek i Polaków pracuje na podstawie umowy o pracę albo połączonej z umową cywilnoprawną, albo część pieniędzy otrzymując bez żadnej umowy, „pod stołem”. Straty NFZ z tytułu tych oszustw liczone są w miliardach złotych.



Czarna dziura w szarej strefie

Urzędy Pracy szacują, że pośród bezrobotnych ponad jedna trzecia znajduje się w rejestrach wyłącznie po to, by mieć ubezpieczenie. To ponad 430 tys. osób, z których istotna część pracuje na czarno. Natomiast połowa zatrudnionych w szarej strefie (ok. 350 tys. osób) nie ma ubezpieczenia zdrowotnego.

Szczególnie uderza to w osoby chorujące na depresję. Cierpi na nią nawet ok. 1/3 osób faktycznie bezrobotnych; duża część choruje poważnie lub bardzo poważnie – bez profesjonalnej pomocy nie są w stanie nawet zarejestrować się w urzędzie pracy. Wpadają oni w błędne koło, ponieważ brak ubezpieczenia uniemożliwia im leczenie choroby w polskiej służbie zdrowia, a choroba – uzyskanie uprawnień do leczenia i podjęcie pracy.

Obok osób w depresji, pośród niepracujących i niezarejestrowanych można także wyróżnić osoby bezdomne (znikomy odsetek bezdomnych ma legalną pracę i ubezpieczenie). Ich liczba nie jest znana. Na początku 2015 roku liczbę bezdomnych w kraju spisano; miało ich być 36,1 tys., ale eksperci kwestionują wyniki tego spisu, oceniając, że ta liczba prędzej dotyczy samej Warszawy, a w skali kraju może być wielokrotnie większa – choć oczywiście są różne stadia bezdomności.

Cwaniactwem jest zaniżanie składek

Istnieje wiele sposobów na ominięcie braku ubezpieczenia. Po pierwsze, można ubezpieczyć się już po zdarzeniu, które zmusza do skorzystania z opieki medycznej – pracodawca ma 7 dni na zgłoszenie osoby zatrudnionej do ZUS, więc mając w perspektywie wielotysięczne wydatki osoby potrzebujące leczenia znajdują pracodawcę, który wystawia im umowę.

Po drugie, dostęp do bezpłatnych usług zdrowotnych uzyskują osoby zapisujące się na studia, których nigdy nie mają zamiaru kończyć oraz pracownicy szarej strefy, którzy często przez wiele lat rejestrują się jako bezrobotni.

Natomiast największa grupa osób, które uszczuplają budżet NFZ to ci, którzy zaniżają składki. Złożone polskie prawo daje tu wiele możliwości. Zgodny z przepisami jest wybór umowy cywilnoprawnej kosztem umowy o pracę (umowy zlecenia są oskładkowane obowiązkowo do sumy zleceń składających się na wynagrodzenie minimalne). Tylko od perswazji pracodawcy zależy, czy uda się przekonać lub zmusić pracowników do założenia firmy i przejścia na samozatrudnienie. Niektórzy zostali „rolnikami” – kupili skrawek ziemi i płacą niższe składki w KRUS.

Powszechną praktyką jest zaniżanie legalnych wynagrodzeń, co automatycznie obniża składkę zdrowotną – reszta pensji trafia do pracownika „pod stołem”.

W kasie NFZ pieniędzy brakuje z jeszcze jednego powodu – zalegania ze składkami. Problem obejmuje ok. 10 proc. zobowiązań. Nawet jedna trzecia spośród 2,4 mln podmiotów (firm i samozatrudnionych), którzy według planu na 2016 rok mieli uiścić składki zdrowotne ma z tym problem – od akcydentalnych, trwających kilka dni, po metodyczne, wielomiesięczne unikanie płacenia składek.


Autor jest redaktorem portalu rynekpracy.org i ekspertem rynku pracy w Fundacji Inicjatyw Społeczno-Ekonomicznych.
Tytuł i śródtytuły pochodzą od redakcji.


  • Dobrowolni, KRUS, beneficjenci

    Objętych ubezpieczeniem dzielimy również na tych, którzy mogą liczyć na bezpłatne świadczenia medyczne w publicznej służbie zdrowia za sprawą składek płaconych obowiązkowo, oraz tych, którzy te składki płacą dobrowolnie.  Ta druga grupa jest niezwykle mała – od przeszło dekady oscyluje wokół liczby 20 tys. osób płacących składki. Oznacza to, że stanowią oni 0,8 promila wszystkich płatników.

    Wśród odprowadzających składki wyróżnić można grupę KRUS-owców i ZUS-owców. Ta pierwsza to osoby przynajmniej formalnie zajmujące się produkcją rolną (bywa z tym różnie) – 1,4 mln płacących wyraźnie niższe składki plus świadczeniobiorcy, czyli emeryci i renciści rolniczy (1,2 mln) – razem 2,7 mln (dane NFZ). KRUS-owcy stanowią więc ok. 10,7% wszystkich płatników, których składki trafiają wspomnianymi dwiema drogami do NFZ, oraz ok. 12% osób mających prawo do korzystania z darmowej służby zdrowia.

    W Polsce składki ubezpieczenia zdrowotnego potrącane są automatycznie świadczeniobiorcom ZUS i KRUS, do których należą przede wszystkim emeryci, renciści, beneficjenci rent rodzinnych, pobierający zasiłek przedemerytalny lub świadczenie przedemerytalne. Państwo zabezpiecza przebywających na urlopach macierzyńskim (kobiety), rodzicielskim (kobiety i mężczyźni), wychowawczym (kobiety i mężczyźni) oraz ojcowskim (mężczyźni). Łącznie takich osób jest 9,8 mln (29% mających prawo do bezpłatnej opieki medycznej), przy czym część emerytów i rencistów dorabia, płacąc składkę zdrowotną (o ile zatrudnienie odbywa się w ramach stosunku pracy – w pozostałych przypadkach sprawa staje się bardziej zawiła i nie ma tu miejsca, by się nad tym rozwodzić).


Abonament na wolność słowa


Masz cynk?