Z okazji „Dnia pamięci żołnierzy wyklętych” politycy partii rządzącej opowiadali na ich temat niestworzone rzeczy. Zebraliśmy je dla Was. Nie powiedzieli najważniejszej: „wyklęci” nie byli ani głównym, ani najgroźniejszym przeciwnikiem komunistów po wojnie

O „wyklętych” 1 marca 2019 mówili wszyscy: prezydent Andrzej Duda, premier Mateusz Morawiecki, wicepremier Beata Szydło, ministrowie i politycy partii rządzącej.

Wszyscy składali im bezwarunkowy hołd. Prezydent Duda złożył wieniec pod pomnikiem upamiętniającym kpt. Kazimierza Kamieńskiego, ps. Huzar, i jego żołnierzy w Wysokiem Mazowieckiem.

Premier Morawiecki i wicepremier Piotr Gliński brali udział w uroczystościach w Ostrołęce.

Przy okazji politycy partii rządzącej mówili różne rzeczy o „wyklętych” – w dużej części nieprawdziwe. Manipulacja, której się dopuszczali, nie polegała wyłącznie na mówieniu nieprawdy, ale także na przemilczaniu — zarówno ofiar cywilnych, które zginęły z ręki „wyklętych”, (a były ich tysiące), jak i faktu, że nie byli oni najgroźniejszym politycznym przeciwnikiem komunistów po wojnie. 

Do tych przemilczeń wrócimy na koniec: zacznijmy od sprostowania najczęściej powtarzanych przez polityków półprawd i fałszów.

Fałsz 1: Bez „wyklętych” nie byłoby wolnej Polski

Mówił o tym m.in. premier Morawiecki w klipie nagranym z okazji święta przez Kancelarię Premiera.

„Bez żołnierzy wyklętych nie byłoby oporu społecznego, jaki miał miejsce w kolejnych latach PRL, nie byłoby wielkiego ruchu »Solidarność«, dzięki któremu mamy wolną i niepodległą Polskę” – powiedział Morawiecki.  

Mówił o tym także podczas uroczystości na warszawskich Powązkach b. minister obrony Antoni Macierewicz. Według niego „żołnierze wyklęci” walczyli aż do pojawienia się swoich następców: robotników, młodzieży, „Solidarności”.

Zdanie premiera Morawieckiego potraktowane dosłownie jest jednoznacznie fałszywe. PRL upadł nie dzięki powstaniu z bronią w ręku, tylko w wyniku negocjacji władz komunistycznych z „Solidarnością” przy Okrągłym Stole. „Solidarność” była masowym ruchem społecznym, który świadomie i programowo wyrzekał się przemocy — jak uważają niektórzy historycy, m.in. ze względu na doświadczenie przegranego Powstania Warszawskiego.

Ta zasada w ruchu „S” była święta. „Solidarność” strajkowała i negocjowała, ale nigdy nie walczyła z bronią w ręku! Do tradycji „wyklętych” nie nawiązywała ani ona, ani opozycja demokratyczna lat 70. 

„S” nie traktowała też komunistów jako okupantów, przeciwnie, rozmawiała z nimi — żeby użyć sławnych słów, które zostały wypowiedziane podczas podpisywania porozumień w Stoczni Gdańskiej w sierpniu 1980 roku — „jak Polak z Polakiem”.

W jakim sensie bez „wyklętych” nie byłoby wolnej Polski? To już tajemnica polityków PiS.

Fałsz 2: Zrównywanie okupacji niemieckiej i PRL

W klipie Kancelarii Premiera Morawiecki mówił:

„Okupację niemiecką zastąpiła okupacja sowiecka. Żołnierze wolnej Polski przeciwstawili się jej z bronią w ręku”.

Mówił o tym także Andrzej Duda w Ostrołęce:

„Bo jeden okupant przepędził drugiego. A oni wiedzieli, co to znaczy sowiecka Rosja i co to znaczy komunizm. I doskonale widzieli, że wolnej Polski nie ma, że prawdziwej niepodległości nie ma i prawdziwej suwerenności nie ma”.

Zrównywanie okupacji niemieckiej z PRL (a nawet z okresem początkowym  okresem, kiedy w Polsce stacjonowały dziesiątki tysięcy frontowych żołnierzy Armii Czerwonej) jest monstrualnym nadużyciem. Politycy PiS robią to często. 

Przypomnijmy krótko niektóre kluczowe różnice. 

Hitlerowskie Niemcy:

  • dążyły do biologicznego wyniszczenia narodu polskiego i zamordowały ponad 5 mln obywateli RP, w tym niemal wszystkich polskich Żydów;
  • zlikwidowały polskie instytucje edukacyjne i kulturalne;
  • zlikwidowały polskie państwo i większość jego instytucji;

Tymczasem w PRL:

  • w początkowym okresie (1944-1950) zostało zamordowanych przez władze od 20 do 50 tys. osób;
  • państwo polskie było niesuwerenne i niedemokratyczne, ale istniało i było uznawane na arenie międzynarodowej także przez USA i inne kraje Zachodu za legalne państwo polskie;
  • istniały polskie instytucje, administracja i wojsko;
  • władze cieszyły się autentycznym poparciem części obywateli, którzy uznawali Polskę Ludową za własne państwo; 
  • za własne państwo uznawała PRL także opozycja demokratyczna, z „Solidarnością” włącznie.  

Fałsz 3: Było to powstanie

Morawiecki mówił w Ostrołęce: 

„Warto zdać sobie sprawę z tego, że to było ostatnie zbrojne polskie powstanie niepodległościowe, powstanie z bronią w ręku, powstanie, które (…) było najbardziej beznadziejne ze wszystkich naszych powstań”.

To nieprawda. Na tę tezę odpowiedział prof. Rafał Wnuk, historyk i badacz podziemia powojennego, w wywiadzie dla „Wyborczej” w 2011 roku. Zacytujmy więc eksperta:

„Żadnego powstania nie było. Mieliśmy do czynienia z odruchem zbrojnej samoobrony. Twierdzenie, iż w latach 1945-56 liderzy polskiego podziemia wywołali czy choćby chcieli doprowadzić do ogólnonarodowej insurekcji, to absurd.

W 1945 roku Armia Czerwona świętowała zwycięstwo nad Trzecią Rzeszą i Japonią. Stalin władał obszarem od Łaby po Mandżurię, posiadał świetnie wyposażoną, najliczniejszą armię w Europie. Wywoływanie powstania w takich warunkach byłoby głupotą i samobójstwem. (…) Owszem, myślano o powstaniu, ale warunkiem koniecznym jego rozpoczęcia był wybuch trzeciej wojny światowej”.

Fałsz 4: Wygrali

Morawiecki w klipie Kancelarii Premiera:

„Chociaż ponieśli najwyższe ofiary, nie zostali zwyciężeni, bo dali świadectwo niezłomności”.

Jest to nieprawda. „Wyklęci” nie wygrali w żadnym sensie tego słowa: władze komunistyczne rządziły Polską przez następne 40 lat z okładem. 

Nie zostali też wymordowani, ale w ogromnej większości wyszli z lasu i z podziemia. Po sfałszowanych wyborach w styczniu 1947 roku władze ogłosiły amnestię. Ujawniło się wtedy 53 tys. osób.

W lasach został tysiąc. „Ci ludzie nie stanowili już realnego zagrożenia dla rządzących krajem komunistów. Starają się przetrwać, a funkcjonariusze bezpieczeństwa ich systematycznie »dostrzeliwują«” – mówił prof. Wnuk w cytowanym wcześniej wywiadzie.

Fałsz 5: Byli świętymi

Mówił tak o „wyklętych” na cmentarzu powązkowskim Jan Józef Kasprzyk,  szef Urzędu ds. Kombatantów i Osób Represjonowanych. 

Nazwał ich „rycerzami dobra w walce dobra ze złem” i „ziarnem, na którym wzrasta współczesna Polska”. „Są oni dla nas punktem odniesienia, a ich słowa, ich czyny są cały czas dla nas testamentem i wskazaniem” (cytujemy za relacją „Wyborczej”).

Są to bardzo dziwne rycerskie ideały. Jak mówi w wywiadzie dla „Krytyki Politycznej” badający zbrodnie „wyklętych” — w szczególności popełnione na Żydach — historyk dr hab. August Grabski, mieli oni na sumieniu tysiące niewinnych cywilnych ofiar.

„Osobiście antysemickie zbrodnie podziemia antykomunistycznego szacowałbym na ponad 200 zabitych Żydów. (…) Trzeba dodać, że ofiar byłoby jeszcze więcej, gdyby nie środki obronne podjęte przez polskich Żydów: przenoszenie się do większych miast oraz powołanie żydowskiej zbrojnej samoobrony współpracującej z MO, UB i ORMO.

Rekordzistą, jeśli chodzi o liczbę zabitych Żydów, był gloryfikowany dziś przez prawicę dowódca Józef Kuraś, ps. Ogień. Jego oddział zabił ponad 30 Żydów, w tym kobiety i dzieci”.

Wielka manipulacja: „wyklęci” nie byli najważniejszymi przeciwnikami komunistów

Tego władza nie mówi: „wyklętych” było niewielu. W 1945 roku było ich pewnie ok. kilkunastu tysięcy. Po amnestii 1947 — ok. tysiąca. 

Główną siłą opozycji antykomunistycznej był w pierwszych latach po wojnie PSL Stanisława Mikołajczyka — działająca legalnie, chociaż prześladowana przez władze, partia opozycyjna. To PSL zdobył najprawdopodobniej w wyborach 1947 roku większość głosów (pełnych wyników nigdy nie poznamy).

Działacze PSL byli prześladowani przez UB i mordowani, a władze podjęły ogromny wysiłek organizacyjny — angażujący dziesiątki tysięcy funkcjonariuszy w całym kraju — żeby sfałszować wybory, które musieli przeprowadzić ze względu na międzynarodowe zobowiązania podjęte wobec zachodnich aliantów.

O ile „wyklęci” nigdy nie mogli obalić rządów komunistycznych, to PSL był dla komunistów realnym zagrożeniem. „Wyklęci” wywodzili się także często z przedwojennej skrajnej prawicy; PSL reprezentowało demokratyczne centrum.

Działacze PSL walczyli jednak słowem i kartką wyborczą, a nie z bronią w ręku — dlatego o nich od polityków PiS nie usłyszymy ani słowa.


Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017). W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym