Diagności i fizjoterapeuci wstrzymują protest głodowy, dając ministerstwu zdrowia czas do lipca na wyegzekwowanie od szpitali podwyżek ich płac. Po 5 latach studiów zarabiają dziś średnio 1600 - 1800 zł, dokształcają się z własnej kieszeni. Co, jeśli ministerstwo zawiedzie? Zaostrzą protest jesienią

„Mam 33. urodziny, powinienem być z rodziną i jeść tort”- mówił wczoraj jeden z protestujących diagnostów. Zamiast tortu była butelka wody. Trwał dziesiąty dzień głodówki fizjoterapeutów i diagnostów na podłodze szpitala Szpitala Pediatrycznego w Warszawie przy ulicy Żwirki i Wigury.

Zarabiają dziś ok. 1600 – 1800 na rękę. Jakimś cudem (zwykle pracując na kilku etatach) opłacają do tego studia specjalizacyjne i drogie kursy. Żeby głodować, wzięli w pracy urlopy. Wszystko dla dobra pacjentów.

Protest głodowy rozpoczęli po miesiącach nieudanych negocjacji z Ministerstwem, które obiecało wielu grupom te same podwyżki od 1 marca, a kiedy się o nie upomniano, odpowiedziało – pieniądze przelaliśmy, dogadajcie się z dyrektorami szpitali.

Pieniądze były niewielkie, a szpitale wydały je często na bieżące wydatki (na które też im obiecano). Diagności i fizjoterapeuci utknęli gdzieś pomiędzy tymi dwiema stronami, które zrzucały na siebie nawzajem odpowiedzialność.

Podczas wczorajszego spotkania w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog”, ministerstwu udało się przekonać protestujących, żeby dali im kolejną szansę.

„Komitet protestacyjny podjął decyzję o wstrzymaniu akcji protestacyjnej” – powiedział podczas konferencji prasowej Tomasz Dybek, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pracowników Fizjoterapii.

Dodał, że chodzi tylko o głodówkę, inne formy protestu (spory zbiorowe, strajk włoski), będą kontynuowane.

Co dalej? Okaże się na początku lipca – do tego czasu ministerstwo ma dopilnować, żeby szpitale przyznały pracownikom podwyżki. Z czego? Nie wiadomo. O żadnych nowych pieniądzach nie ma mowy.

Kto i dlaczego protestuje?

Fizjoterapeuci i diagności laboratoryjni to zawody pominięte przy podwyżkach wyrywkowo przyznawanych przez Ministerstwo Zdrowia.

Przy pielęgniarkach i lekarzach są niewielką liczebnie grupą. „Ludzie nie wiedzą, że służba zdrowia to naczynia połączone” – mówiła OKO.press protestująca diagnostka laboratoryjna Lucyna Dziaduch.

To od diagnosty laboratoryjnego pracującego często w stresie i pod ogromną presją czasu zależy diagnoza i dalsze leczenie, a więc i życie pacjentów. Bez wyników badań nie ma operacji, skutecznego ratowania życia ani identyfikacji problemu.

„Jesteśmy trochę, jak pszczoły w ulu – nie widać nas, ale my tam w środku ciężko pracujemy i to pod ogromną presją” – tłumaczyła Dziaduch.

Fizjoterapeuci z kolei bardziej niż o życie pacjentów, walczą o jego jakość. Są potrzebni wszędzie: przy noworodkach i na oddziałach geriatrii. Przywracają ludzi do normalnego funkcjonowania, uczą żyć po operacjach, wylewach, udarach…

Do tego potrzeba jednak ciągłego kształcenia, za które płacą dziś z własnej kieszeni (specjalizacja to nawet 30 tys.). Jak rozwijać się zawodowo za 1600 zł?

„Proszę sobie wyobrazić, że jedna z naszych koleżanek po pracy musi dorabiać w sklepie odzieżowym na pół etatu. I okazuje się, że bardziej jej się opłaca praca w tym sklepie niż w szpitalu” – mówią fizjoterapeuci.

Fizjoterapeuci i diagności laboratoryjni razem domagają się:

  • podwyżki o 1200 zł netto;
  • bezpłatnych szkoleń;
  • adekwatnych wycen świadczeń;
  • szybszego dostępu pacjenta do fizjoterapii oraz szerszego dostępu do badań laboratoryjnych;
  • poprawy wynagrodzeń i warunków pracy dla innych zawodów medycznych i niemedycznych.

Ministerstwo Zdrowia gra w chowanego

Ministerstwo Zdrowia zapowiadało podwyżki od 1 marca 2019. 680 mln zł przeznaczono na realizację obietnic – nie wiadomo tylko których. 21 stycznia 2019 podwyżki obiecano bowiem diagnostom, fizjoterapeutom, psychologom… Szpitale również oczekiwały ministerialnej pomocy dla pokrycia dziur w bieżących wydatkach.

Pieniądze przekazane do szpitali (które ledwo starczyłyby na niewielkie podwyżki dla wszystkich grup) miały być „znaczone”, czyli przeznaczone na konkretny cel – pensje pracowników. Znaczone nie były. Co się z nimi stało? Nie wiadomo. Szpitale zdążyły je już pewnie wydać na bieżące wydatki, rachunki i pokrycie zadłużenia.

Na pytanie: co z obiecanymi podwyżkami, Ministerstwo odpowiadało: daliśmy, szukajcie.

Ministerstwo pułapek i wybiegów

„W szpitalu, w którym pracuję, dyrekcja na początku ucieszyła się ze zwiększonej wyceny, zapowiedzieli, że może uda się przyznać premie” – mówi Agnieszka Gierszon, sekretarz Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Medycznych Laboratoriów Diagnostycznych (KZZPMLD). „Ale kiedy zaczęli liczyć, okazało się, że dostali tak naprawdę pół miliona mniej, a nie więcej. Zarządzeniem prezesa NFZ wycenę pewnych usług podwyższono, ale innych obniżono. Na wybrane zabiegi poszło więc więcej pieniędzy, ale inne na tym ucierpiały. MZ głośno dało dwie rzeczy, a po cichu zabrało dziesięć”.

Ministerstwo oszukało też lekarzy w sprawie przyspieszenia nakładów na publiczną opiekę zdrowotną. Pisaliśmy o tym tutaj:

„Jesteśmy pracownikami, chcemy, żeby płacono nam za pracę! Mam dość bycia zakładnikiem między ministerstwem a dyrektorami placówek” – mówiła Matylda Kłudkowska, wiceprezeska Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych.

Damy szansę

„W ochronie zdrowia pracują na całe szczęście wariaci” – żartuje fizjoterapeuta Marcin Rutkowski, który przyjechał ze Śląska. „Pasjonaci, którzy wszystko zrobią dla pacjenta. Kto inny pracowałby za takie grosze?”. Każde wariactwo ma jednak swoje granice”.

Podczas ostatniego dnia protestu nie zabrakło też łez. Ani szczęścia, ani smutku. Jeden z protestujących płakał ze zmęczenia. „Głodówka wykańcza psychicznie” – tłumaczyli.

„Otrzymaliśmy pismo od Ministerstwa z zapewnieniem, że będziemy szli jedną drogą do wspólnego celu – szybszego dostępu pacjenta do fizjoterapeuty i diagnosty” – informował Dybek podczas konferencji prasowej w szpitalu na Żwirki i Wigury.

„Nie jesteśmy usatysfakcjonowani, jednak przyjmujemy dobrą wolę ministerstwa” – mówiła Dziaduch.

Co obiecało ministerstwo?

„Ministerstwo będzie wspierać rozmowy między szpitalami i organami sprawującymi nadzór – np. pomiędzy dyrektorem a marszałkiem” – mówił Dybek. To związki mają wskazać szpitale, które nie wywiązały się z podwyżek. A co z placówkami, w których nie ma związków?

„Będziemy walczyć o wszystkich” – deklaruje Dziaduch. „Jeśli pracownicy zgłoszą nam taki szpital, o nich też się upomnimy, bez względu na to, czy są w związku”.

Takich miejsc jest dużo, bo określone ustawowo minimum do zawiązania związku to 10 osób. A diagnostów czy fizjoterapeutów jest w wielu szpitalach mniej.

Na początku lipca zgodnie z nową obietnicą, pracownicy mają dostać minimum 500 zł podwyżki. Dybek zapewnia, że związki nie rezygnują z postulatu 1200 zł netto podwyżki, ale są skłonne rozłożyć je w czasie. „Dajemy ministerstwu kredyt zaufania, mamy nadzieję, że się wywiąże” – mówił Dybek.

A jeśli zawiedzie?

„Zaostrzymy protest” – zapowiedziała Dziaduch.

Zawieszenie protestu głodowego obowiązuje do 1 września, wtedy związki zdecydują o całkowitym odstąpieniu od protestu lub jego zaostrzeniu.  Jesień i bez nich będzie dla rządu trudnym okresem. Strajk zapowiedzieli już m.in. psychologowie, pracownicy pomocy społecznej i nauczyciele.

Ministerstwo nie zapowiedziało jednak nowych pieniędzy na podwyżki, nie wiadomo więc, skąd zadłużone szpitale mają je wziąć – prawdopodobnie od samorządów, które już dzisiaj są zrujnowane choćby przez koszty wprowadzonej przez PiS deformy edukacji.

Już w tej chwili wiele gmin jest niebezpiecznie zadłużonych, a 1 stycznia 2019 roku prezydent Andrzej Duda podpisał ustawę, która likwiduje gminę Ostrowice z powodu bankructwa i dzieli jej tereny pomiędzy sąsiednie Drawsko Pomorskie i Złocieniec. Bardzo poważnie też zadłużony jest Rewal, Byczyna czy Wałbrzych, a także wiele mniejszych gmin w całym kraju.

Chodźmy razem

Publiczna ochrona zdrowia zmierza prostą drogą do katastrofy. Ludzie umierają na SOR, które zamiast zajmować się ratowaniem życia zamieniły się w przeludnione przychodnie dla pacjentów, których niewydolny system podstawowej opieki zdrowotnej (najdłuższe kolejki i najmniej lekarzy rodzinnych w Europie) nie jest w stanie przyjąć.

Szpitalom coraz dotkliwiej brakuje personelu, dyrektory odpowiadają mobbingiem i przemocą, co tylko napędza exodus świeżo upieczonych pracowników medycznych z kraju.

Kto przyjdzie po nas? – pytają weterani i weteranki ochrony zdrowia, którzy powoli przechodzą na emerytury. Nie wiadomo. Rząd nie traktuje problemu poważnie. Zareagować musimy także my, pacjenci, bo chodzi o życie i zdrowie nas wszystkich. Dlatego zapraszamy do przyłączenia się do manifestacji lekarzy 1 czerwca w Warszawie (początek o 13:00 przed siedzibą Ministerstwa Zdrowia przy ul. Miodowej 15 w Warszawie, stamtąd przemarsz Traktem Królewskim i ul. Wiejską przed siedzibę Sejmu).


Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym