0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja GazetaSlawomir Kaminski / ...

„To był początek tego nieszczęścia” – powiedział 24 marca prof. Wojciech Maksymowicz o decyzji, żeby nie testować osób bezobjawowych. Maksymowicz jest posłem Porozumienia i lekarzem Szpitala Uniwersyteckiego w Olsztynie. Tego dnia w programie Konrada Piaseckiego w TVN24 Maksymowicz ostro oceniał walkę rządu z epidemią. Mówił, że to porażka ministra Niedzielskiego.

O słowa Maksymowicza zapytany został 29 marca wicerzecznik PiS Radosław Fogiel. Początkowo uciekał od oceny słów Maksymowicza, zasłaniając się w absurdalny sposób, że nie dotyczyły kwestii covidowych. W końcu jednak odpowiedział na zarzut profesora, że wielkim błędem było testowanie tylko osób z objawami:

Testowanie w Polsce zawsze odbywało się na podstawie wskazań Światowej Organizacji Zdrowia

"Graffiti", Polsat News,29 marca 2021

Sprawdziliśmy

Jeśli tak, to nie wszystkich. WHO rekomendowała testowanie tak, by nie przekroczyć 10 proc. pozytywnych testów. Przy mutacji brytyjskiej rekomendowała szersze testowanie i sekwencjonowanie mutacji. I co?

Zastępca rzecznika prasowego PiS i poseł tej formacji nie ma racji.

Testować, żeby kontrolować

Jedno z kluczowych wskazań WHO z marca 2020 mówiło: aby móc odpowiednio kontrolować przebieg epidemii, należy utrzymać odsetek pozytywnych testów poniżej 10 proc., a najlepiej, gdy to mniej niż 3 proc. Stoi za tym prosta zasada – im więcej testujemy, tym lepiej wiemy, gdzie dochodzi do zakażeń, tym więcej wykrywamy osób bezobjawowych, które też zarażają. Osoby bezobjawowe można wysłać wtedy na kwarantannę, żeby nie zarażały dalej.

Oczywiście, gdy zakażeń jest bardzo dużo, zejście do poziomu poniżej 10 proc. pozytywnych testów (lub tym bardziej 3 proc.) jest praktycznie niemożliwe. Szerokie testowanie ma służyć temu, żeby do sytuacji, w której np. co drugi lub co trzeci test daje wynik pozytywny. Wówczas wiemy, że wirus jest wszędzie.

Spójrzmy teraz na dane. Jak Polsce idzie trzymanie się tych dwóch wskaźników? Poniżej 3 proc. ostatnio byliśmy w połowie września, poniżej 10 proc. – na początku października (średnia krocząca z 7 dni, za portalem Our World in Data). A to oznacza, że od prawie pół roku epidemia w Polsce jest poza kontrolą.

Dziś odsetek pozytywnych testów jest nieco powyżej 20 proc. Wciąż daleko do celu.

Za późno

A może jednak masowo testowaliśmy osoby bez objawów, ale zdało się to na nic? Niekoniecznie. Do 9 października obowiązywało rozporządzenie, według którego lekarz mógł skierować na test tylko, jeżeli fizykalnie przebadał pacjenta – a tego podczas e-wizyty zrobić nie można – lub gdy pacjent ma gorączkę powyżej 38 stopni. Tego dnia – 9 października – przekroczyliśmy granicę 10 proc. pozytywnych testów (w siedmiotygodniowej średniej). Czyli w momencie, gdy prawo ułatwiło kontrolowanie epidemii za pomocą testów, epidemia spod kontroli się wymknęła. I do dzisiaj nie udało się jej pod tę kontrolę przywrócić.

Czy po zmianie rozporządzenia coś się zmieniło?

„Należy pamiętać, że testowane są głównie osoby z objawami. W naszym kraju nie ma zupełnie systemu testowania osób bezobjawowych, a one, jak wiadomo, mogą być transmiterami wirusa” - mówiła w listopadzie 2020 kierownik Zakładu Neuroonkologii Molekularnej IChB PAN dr hab. Katarzyna Rolle.

Wariant brytyjski - testować i sekwencjonować

W 2021 roku i na wiosnę sytuacja się zmieniła. Wirus przeszedł mutację, a nam obecnie zagraża najbardziej tzw. wariant brytyjski. W wywiadzie dla OKO.press prof. Maria Gańczak, epidemiolożka, kierowniczka Katedry Chorób Zakaźnych Collegium Medicum Uniwersytetu Zielonogórskiego i wiceprezydent Sekcji Kontroli Zakażeń Europejskiego Towarzystwa Zdrowia Publicznego mówiła:

„W obliczu brytyjskiego wariantu SARS-Cov-2 światowi eksperci z ECDC, czy WHO zalecają jeszcze szersze testowanie i sekwencjonowanie genomu wirusa, żeby jak najszybciej wykryć nową mutację.

Im wcześniej wykryjemy osobę zakażoną wariantem B.1.1.7, tym szybciej możemy wyłapać jej kontakty i skierować narażone osoby na kwarantannę, co ograniczy dalszą transmisję. Na początku epidemii, kiedy zakażeń było mało, pracownicy Sanepidu dzwonili do „pozytywnej osoby”, ustalali listę jej kontaktów, potem sprawdzali te kontakty.

Od września 2020 testujemy de facto tylko osoby objawowe, które się zgłoszą do POZ. Testując w ten sposób tracimy możliwość kontroli nad rozwojem epidemii”.

Przeczytaj także:

Nie testujemy, bo hejt

Przypomnijmy, że w grudniu 2020, przed świętami Bożego Narodzenia rząd z dużym opóźnieniem zatrzymał loty z Wielkiej Brytanii na wieść o nowym, bardziej zaraźliwym wariancie wirusa SARS-COV-2. Przylatujący nie mieli obowiązkowych testów.

W piątek 26 marca Stanisław Karczewski, senator PiS, podczas programu w TVN24 zdradził motywy, które stały za grudniowymi decyzjami.

Powiedział, że gdyby testowano przyjeżdżających, to „wylałaby się fala krytyki i hejtu”. I pytał, co mianowicie rząd miałby zrobić z przetestowanymi (i covid-pozytywnymi) Polakami. Rząd nie zrobił więc nic a brytyjska mutacja rozjechała się po Polsce na święta. Mutacja zapewne i tak dostałaby się do Polski, ale rząd od samego początku nawet nie udawał, że zamierza ją kontrolować. O tym, że wśród wykrywanych przypadków mamy teraz 80-90 proc. mutacji brytyjskiej, dowiedzieliśmy się niedawno. Znów w momencie, gdy nic się już z tym nie da zrobić.

W tym kontekście mówienie, że stosujemy się do wszystkich wytycznych WHO to po prostu ignorancja lub kłamstwo.

;

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze