Bartłomiej Misiewicz miał informować media o działalności ministerstwa obrony. W rzeczywistości, wspierający jego działania Oddział Mediów Centrum Operacyjnego MON to jednostka specjalizująca się w odpieraniu dziennikarzy. Z odpowiedziami zwleka miesiącami, na pytania odpowiada pytaniami, a przyciśnięty - zleca sprawdzenie „statusu prawnego” redakcji

Od początku istnienia OKO.press, Ministerstwo Obrony Narodowej toczy z nami wciąż kolejne boje, by nie udzielić odpowiedzi na rozmaite pytania.

Zgodnie z prawem, jako urząd państwowy, finansowany z publicznych pieniędzy, MON ma obowiązek udzielania mediom i zainteresowanym obywatelom informacji dotyczących jego działalności, wydatków i polityki personalnej.

Prawo prasowe i ustawa o dostępie do informacji publicznej – na którą się zwykle powołujemy w korespondencji z resortem, dają mu 14 dni na udzielenie odpowiedzi. W wyjątkowych przypadkach, gdy odpowiedź wymaga zgromadzenia obszernych danych, ten termin może być wydłużony – maksymalnie do 2 miesięcy.

Na niektóre odpowiedzi OKO.press czeka już ponad pół roku!

Oddział Mediów Centrum Operacyjnego MON – czyli komórka wspierająca działania Bartłomieja Misiewicza, pełniąca funkcję biura prasowego resortu, wykazuje się niezwykłą inwencją w wymyślaniu forteli, jak nie odpowiedzieć na nasze pytania.



Fortel pierwszy: gra na czas

Metodą stosowaną przez MON właściwie w prawie każdym przypadku, gdy występowaliśmy do niego z pytaniami, jest gra na czas, przetrzymanie i zniechęcenie dziennikarzy.

Nieco komicznym przykładem takiego działania była sprawa wypowiedzi Antoniego Macierewicza dotyczącej francuskich okrętów Mistral. Zostały wybudowane na zlecenie Rosji, ale po aneksji Krymu Francja wycofała się z kontraktu i sprzedała okręty Egiptowi.

W październiku 2016 roku minister Macierewicz ogłosił w mediach, że „jest prawdą, że mistrale zostały sprzedane do Egiptu. I jest prawdą, że w ostatnich dniach zostały de facto przekazane Federacji Rosyjskiej za jednego dolara”.

OKO.press zapytało wówczas MON o źródło tej informacji. Zależało nam na pilnej reakcji resortu, bo wypowiedź Macierewicza odbiła się szerokim echem nie tylko w Polsce, ale i za granicą.

Odpowiedź dostaliśmy dwa i pół miesiąca później. Było to jedno zdanie: „Informacje pochodziły z niejawnych źródeł”.

W międzyczasie okazało się, że wiadomość była fejkiem rozpowszechnianym przez rosyjskie portale.

Podobna sytuacja wydarzyła się, gdy we wrześniu pisaliśmy o rekrutacji do Wojsk Obrony Terytorialnej. Dziennikarz OKO.press pytał ministerstwo m.in. o podstawy prawne rekrutacji (nie było jeszcze wówczas ustawy o WOT).

Po pięciu miesiącach Bartłomiej Misiewicz osobiście wysłał nam odpowiedź – kilka linków do stron internetowych MON.



Również we wrześniu 2016 r. chcieliśmy zweryfikować informację, że powołana przez Antoniego Macierewicza komisja ds. katastrofy smoleńskiej chce kupić od Czechów samolot TU-154.

Członkowie rodzin ofiar katastrofy przekazali nam, że komisja planuje zderzyć samolot z brzozą przymocowaną do pędzącego z naprzeciwka samochodu, by w ten sposób zbadać siły jakie działały na TU-154 podczas katastrofy smoleńskiej .

Odpowiedź przyszła po dwóch miesiącach – gdy informacja o planowanym zakupie została już ujawniona i wyśmiana przez media. „Pytania są bezzasadne, gdyż MON nigdy nie zakupywało żadnego  samolotu pasażerskiego do dyspozycji Podkomisji ds. Katastrofy Smoleńskiej”

– napisała pełniąca wówczas obowiązki rzecznika prasowego MON, Katarzyna Szymańska- Jakubowska.

Fortel drugi: po co dziennikarzowi informacje?

Katarzyna Szymańska-Jakubowska przetarła szlak w stosowaniu innej metody zbywania dziennikarzy: odpowiadania pytaniem na pytanie.

Gdy w październiku 2016 roku zapytaliśmy MON czy Szymańska- Jakubowska, zatrudniona formalnie jako doradczyni z gabinecie politycznym ministra Macierewicza, ma tytuł magistra i czy wiążą ją więzi rodzinne z wieloletnim, bliskim współpracownikiem Macierewicza, dostaliśmy odpowiedź podpisaną przez… nią samą.

„W celu właściwego ustosunkowania się do Państwa pytań, uprzejmie proszę o przedstawienie tematu publikacji, którą Państwo zamierzacie napisać” – napisała.

Resort dotąd nie odpowiedział nam na pytania.



Tego samego fortelu użyło ministerstwo w ostatnich dniach. 16 stycznia 2017 r. OKO. press przesłało do resortu pytania związane z tematem, nad którym pracujemy obecnie. Po dwóch tygodniach zamiast odpowiedzi MON odesłał nam swoje pytania.

„Uprzejmie prosimy o: 1. wskazanie podstawy prawnej, na jakiej wnioskuje Pan o odpowiedź na przesłane pytania, 2. informację w jakim celu chce Pan wykorzystać pozyskane informacje” – napisał resort.

Fortel trzeci: sprawdzamy status prawny redakcji 

W lipcu 2016 roku wysłaliśmy do MON pytania dotyczące odszkodowań dla rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej. Po dwóch tygodniach, Beata Kozerawska, szefowa Wydziału Informacji Publicznej MON, przekazała nam, że odpowiedź przygotowuje dla nas rzecznik prasowy resortu. A biuro prasowe zapewniło, że „pytania znajdują się w realizacji”. Prosiło o więcej czasu na zgromadzenie danych i „o zrozumienie”.

Później kilkakrotnie upominaliśmy się o odpowiedź. Otrzymaliśmy ją we wrześniu.

„Jesteśmy w trakcie sprawdzania statusu prawnego Państwa instytucji. Do momentu uzyskania wiążącej opinii prawnej, nie możemy udzielić Państwu odpowiedzi. Niemniej jednak jak tylko uzyskamy wiążącą opinię prawną, niezwłocznie poinformujemy Państwa o zajętym stanowisku”

– napisali w mailu do nas pracownicy Oddziału Mediów Centrum Operacyjnego MON.

OKO.press jest legalnie działającym, zarejestrowanym w sądzie tytułem prasowym – gazetą w Internecie. Wydawcą portalu jest fundacja Ośrodek Kontroli Obywatelskiej OKO, założona przez znanych ludzi mediów. Informacje znaleźć można na naszej stronie internetowej i w rejestrach sądowych. Każdy, a zwłaszcza instytucja państwowa, może sprawdzić nasz „status prawny” w ciągu jednego dnia.

Pełnej odpowiedzi na pytania dotyczące odszkodowań smoleńskich nie otrzymaliśmy do dzisiaj.



Fortel czwarty: odpowiedź wymaga zbyt dużej pracy

Także od lipca ubiegłego roku toczymy z MON boje o udostępnienie rejestru umów zawartych przez resort z zewnętrznymi wykonawcami. Wielokrotnie kierowaliśmy w tej sprawie przypomnienia i monity. W końcu w grudniu dostaliśmy informację, że nasz „wniosek wymaga: 1. przeglądu bardzo dużych ilości posiadanych materiałów finansowych, 2. dokonania oceny i wyodrębnienia informacji niezbędnych do przekazania informacji, 3. szczegółowej analizy setek dokumentów, a także teczek akt, w których ww. dokumenty są przechowywane pod kątem wnioskowanej informacji (…)”

„Czynności te wiążą się z dużą czasochłonnością, dużym nakładem pracy oraz zaangażowaniem pracowników tutejszego urzędu” – poinformowało nas ministerstwo.

Wyjaśniało także, że rejestr, o którego udostępnienie wnioskowaliśmy, jest „informacją przetworzoną”. I zażądało byśmy w ciągu 7 dni wykazali „szczególny interes publiczny” jaki przyświeca nam „w pozyskaniu tych informacji”.



Fortel piąty: udokumentujcie, że jesteście dziennikarzami

Korzystając ze wsparcia prawników z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska, skierowaliśmy wówczas do MON pismo, w którym wykazywaliśmy, że rejestr umów nie jest „informacją przetworzoną” – bo resort ma go w swoich komputerach.

A nawet gdyby był „informacją przetworzoną”, media mają prawo domagać się jej od ministerstwa, ze względu na swoją kontrolną rolę – zapisaną w Konstytucji i Prawie prasowym.

Pracownicy resortu wymyślili więc inny fortel. Zażądali udokumentowania, że dziennikarka OKO. press, która wystąpiła z wnioskiem o udostępnienie rejestru, „występuje w tej sprawie w charakterze dziennikarza” i „posiada umocowanie do reprezentowania redakcji”.

W tej sprawie OKO. press skieruje przeciwko MON – kolejny już – pozew do sądu i zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa polegającego na nieudzieleniu informacji publicznej.

Jak dotąd jedynymi chyba pytaniami, na które MON odpowiedziało nam niemal od ręki, były te dotyczące relacji Antoniego Macierewicza i podlegającej mu spółki Polska Grupa Zbrojeniowa z amerykańskim lobbystą Alfonse D’Amato.

***

Dziś nazwisko Bartłomieja Misiewicza zniknęło ze strony internetowej MON. Po południu resort poinformował na Twitterze, że „przebywa (on) na urlopie”, a obowiązki szefa babinetu politycznego pełni Krzysztof Łączyński. Nie wiadomo, czy przejmie on również funkcję rzecznika prasowego ministra. Internauci komentują jednak, że Misiewicz może już nie wrócić do ministerstwa.

Kilka miesięcy temu minister Antoni Macierewicz odznaczył Misiewicza złotym medalem Za Zasługi dla Obronności Kraju. W uznaniu dla jego zasług dla MON, wnioskujemy o przyznanie mu Brylantowej Broszki za Odpieranie Pytań Mediów.

Dziennikarz "Superwizjera" TVN


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym

Wiesz więcej? Skontaktuj się z zespołem śledczym OKO.press i przekaż nam swoje informacje [email protected]