0:00
Prawa autorskie: Getty Images via AFPGetty Images via AFP
14 sierpnia 2022

Franciszek w Kanadzie – nie wystarczy uderzyć się w piersi [OBIREK]

Kościół katolicki jest winny grzechu kulturowego ludobójstwa na nawracanych narodach i anihilacji religii innych niż chrześcijaństwo. Wizyta papieża w Kanadzie pokazała jednak, że nie jest gotowy na rachunek sumienia - analizuje w OKO.press Stanisław Obirek

Wydrukuj

Dwie uwagi wstępne: pierwsza dotyczy papieża Franciszka, a druga nawiązuje do problemu sekularyzacji. Nie milkną echa wizyty Franciszka w Kanadzie (24-30 lipca 2022), która była z jednej strony wielkim sukcesem (papież wielokrotnie przepraszał rdzenną ludność za przymusową asymilację, którą uprawiał Kościół katolicki), ale też odsłoniła skandaliczny brak przygotowania do niej.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

Ta druga sprawa wyszła na jaw czasie konferencji prasowej na pokładzie samolotu, gdy papież na dwa pierwsze pytania dziennikarzy nie był w stanie odpowiedzieć – jak student, który nie przygotował się do egzaminu. Pytania dotyczyły spraw, o których w kontekście działalności misjonarskiej Kościoła dyskutuje się od lat. Chodzi o kwestię ludobójstwa kulturowego [czyli planowego zniszczenia odrębności kulturowej i etnicznej danej grupy - red.] i o tzw. doktrynę odkrycia [mającą swoje początki w bullach papieskich autoryzujących podbijanie i kolonizowanie niechrześcijańskich ziem i utrwaloną w orzeczeniach Sądu Najwyższego USA z 1. połowy XIX wieku. W skrócie stanowiła ona, że chrześcijańskie rządy mają prawo do danego terytorium, ponieważ go „odkryły" - red.]

Ten brak przygotowania świadczy o braku świadomości wielkiego przełomu religijnego i kulturowego, jaki się dokonał na naszych oczach, kiedy to chrześcijaństwo nie tylko straciło monopol cywilizacyjny, ale też zostało postawione w stan oskarżenia, z którego tylko nieliczni zdają sobie sprawę.

Sam Franciszek wprawdzie podejmuje wyzwania, przed jakimi stanął katolicyzm (otwarcie na uchodźców, imigrantów i na wyznawców innych religii), ale w jego otoczeniu ciągle pokutuje przeświadczenie, że wystarczy uderzyć się w piersi, by zadowolić oskarżycieli. Podróż do Kanady pokazała, że to nie tylko nie wystarczy, ale konieczne jest radykalne przemyślenie roli chrześcijaństwa w historii.

Im wcześniej się to stanie, tym łatwiej będzie uniknąć takich wpadek, jak ta zaliczona przez Franciszka w czasie rozmowy z dziennikarzami gdy tłumaczył, że „nie wie, o co chodzi”, lub, że mu „to nie przyszło do głowy”.

Nie chodzi o to, by papieżowi czy Watykanowi coś zarzucać, ale raczej o uzmysłowienie chrześcijanom, że ich apologetyczna narracja się wyczerpała, a nawet skompromitowała. Powinni więc zrobić wszystko, by ja w końcu odrzucić i uznać jej cywilizacyjną szkodliwość.

Na początek jeszcze raz wrócę do tekstu o sekularyzacji, jaki przed kilku tygodniami opublikowałem w OKO.press.

Znajoma socjolożka, której książki są dla mnie istotnym punktem odniesienia w rozumieniu dzisiejszych przemian społecznych, napisała mi, że pozostawił w niej poczucie niedosytu wynikającego z braku dookreślenia kluczowych pojęć w nim użytych.

Chodziło o „dobrze rozumianą sekularyzację” (czyli jak?), o „postsekularyzm jako szansę dla wierzących i niewierzących” (czyli na co?) oraz o „o pojawienie się nowych koncepcji wskazujących na obszary do tej pory niespenetrowane”' (czyli jakie?).

Te trzy pytania nie dają mi spokoju i mam nadzieję, że poniższe uwagi będą choćby częściowo udaną próbą dookreślenia tych trzech problemów.

Po pierwsze chodzi o to, by w sekularyzacji nie widzieć ani zagrożenia dla religii, ani ostatecznego triumfu ateizmu, a więc o rezygnację z jej instrumentalnego traktowania. To raczej opis stanu rzeczy niż program ideowy. Tak więc nie chodzi o to, by jednostronnie analizować fakty i wybierać tylko te, które potwierdzają z góry przyjętą tezę: religia jest zła i należy ją odrzucić, albo ateizm jest zły i należy z nim walczyć.

Po drugie, postsekularyzm stwarza ramy porozumienia dla ludzi o różnych światopoglądach bez konieczności rezygnacji z własnej wizji rzeczywistości, ale jednocześnie zakłada gotowość zmiany pod wpływem mocnych argumentów. Oznacza to nie tylko krytyczne spojrzenie na konkurencyjne światopoglądy, ale i na swój własny.

Tutaj widzę szczególną rolę historyków, którzy nie służą zleceniodawcom ideologicznym, ale starają się dotrzeć do tego „jak to naprawdę było” (znana zasada niemieckiego historyka Leopolda von Rankego, który jako pierwszy krytycznie badał źródła i uczył obiektywizmu w badaniach historycznych).

Po trzecie wreszcie, nowe obszary, o których pisałem, oznaczają zgodę na akceptację możliwości rozwiązań, których wcześniej nie tylko nie braliśmy pod uwagę, ale nawet nie przewidywaliśmy ich istnienia. W dużym stopniu ma to związek nie tylko ze wspomnianą gotowością do krytycznego spojrzenia na historię, w tym historię własnego światopoglądu/religii/tradycji, ale również z akceptacją ciemnych, a nawet zbrodniczych kart własnej historii.

A teraz przechodzę do nowego zagadnienia, dla którego „dobrze rozumiana sekularyzacja” jest istotnym punktem odniesienia.

Ludobójstwo i anihilacja mają wiele twarzy

Tytułowe pojęcia pojawiają się zwykle w kontekście XX-wiecznych totalitaryzmów, faszyzmu (zwłaszcza w wersji hitlerowskiego nazizmu) i komunizmu (zwłaszcza w formie sowieckiego stalinizmu). Ten pierwszy ubóstwił naród, a ten drugi klasę społeczną. Jeden i drugi ostatecznie się skompromitowały i nawiązują do nich tylko jedynie oderwani od rzeczywistości fantaści jak Putin czy Kim Dzong Un. Niestety ich toporna ideologia odnosi sukces (to samo trzeba powiedzieć o Orbánie, Erdoğanie, Trumpie czy Kaczyńskim), podobnie jak to się działo w czasach, gdy wspomniane ideologie zdominowały wiele krajów. Nie czyni ich to jednak bardziej wiarygodnymi, choć unaocznia ich niewyczerpaną żywotność.

Czy godzi się umieszczać w tym kompromitującym towarzystwie Kościół katolicki? Jeszcze do wczoraj wydało się to niemożliwe, a śmiałkowi mógł grozić proces (zwłaszcza w Polsce) o obrazę uczuć religijnych. Jednak po użyciu tego terminu najpierw w raporcie kanadyjskiej Komisji Prawdy i Pojednania z 2015 roku na temat przymusowej asymilacji rdzennych dzieci w szkołach rezydencjalnych, w 60 procentach prowadzonych przez Kościół katolicki, a następnie przez papieża Franciszka w czasie powrotu z Kanady do Rzymu, sprawa wydaje się mniej absurdalna.

A pewno zasługuje na poważny namysł, również w świetle fatalnej roli odgrywanej przez Kościół katolicki w Polsce po roku 1989. Dotyczy to zwłaszcza obecności tej instytucji w szkołach państwowych przez wprowadzenie bez społecznych konsultacji lekcji religii, a dokładnie rzecz ujmując – tępej katolickiej indoktrynacji.

To samo dotyczy wykorzystywania sprzyjającej Kościołowi władzy politycznej do narzucania rozwiązań legislacyjnych, które budzą powszechny opór społeczny (liczne manifestacje uliczne organizowane przez Strajk Kobiet po absurdalnym zaostrzeniu prawa aborcyjnego przez Trybunał Julii Przyłębskiej 20 października 2020).

Chodzi o przekonanie niektórych przynajmniej przedstawicieli tej instytucji, że Kościół katolicki ma prawo, a nawet obowiązek narzucania społeczeństwu swojej własnej ideologii. Uporczywość tego przekonania nie świadczy o jego zasadności, tylko o zakorzenieniu w historycznym rozwoju chrześcijaństwa.

Sprawa jest na tyle nabrzmiała, że zasługuje na systematyczny namysł również ze względu na coraz bardziej bezwzględną kampanię wyborczą, w której odniesienia do katolicyzmu są ciągle żywe. Nie brak w nich instrumentalnego podejścia do religii i to zarówno w retoryce walczących o utrzymanie się przy władzy przedstawicieli PiS-u, jak i ze strony partii opozycyjnych.

Historyczne spojrzenie na rolę odegraną przez chrześcijaństwo może pomóc w wyrobieniu sobie zdania na ten temat.

Skromne początki żydowskiej sekty

Zacząć wypada od oczywistości, która jednak nie dla wszystkich chrześcijan taką oczywistością jest: otóż ani Jezus z Nazaretu, ani Paweł z Tarsu nie zakładali nowej religii, tylko byli częścią ruchu reformatorskiego wewnątrz judaizmu.

Nawet po śmierci Jezusa i po powstaniu tekstów, które dzisiaj są znane jako Nowy Testament, wyznawcy Jezusa byli postrzegani jako sekta żydowska, a nie jako przedstawiciele nowej religii.

Wspomniany Nowy Testament został napisany przez Żydów i jest w pełni zrozumiały tylko jako jeden z głosów niezwykle dynamicznie zmieniającego się judaizmu, zwłaszcza po zburzeniu świątyni jerozolimskiej. To wtedy właśnie zamiera kult świątynny i rodzi się judaizm rabiniczny z jednej strony i ruch Jezusa z drugiej.

Ten moment rozejścia się tych dwóch wspólnot został już dokładnie opisany zarówno przez historyków żydowskich, jak i chrześcijańskich. Ulegający wpływom kultury hellenistycznej judaizm przejmował coraz więcej elementów z filozofii greckiej i kultury łacińskiej. Przykładem pisma Filona z Aleksandrii, żyjącego na przełomie er od roku 10 p.n.e. do 40 n.e.).

Zresztą, jak dobitnie pokazują liczne publikacje Daniela Boyarina i Israela Knohla, w ruchu Jezusa nie było żadnych nowych elementów w porównaniu z ówczesnym judaizmem. Krótko mówiąc, Jezus i jego uczniowie byli Żydami i tylko przez Żydów byli zrozumiani. Dotyczyło to nawet koncepcji mesjańskiej odwołującej się do obrazu cierpiącego sługi Jahwe z pism proroka Izajasza.

W nielicznych wzmiankach historyków i polityków rzymskich na temat chrześcijan przekonanie, że mamy do czynienia z kolejną sektą żydowską jest oczywiste. Dopiero z upływem lat i w związku z nasilającym się konfliktem między wyznawcami Jezusa i tymi, którzy odrzucali jego mesjańską godność doszło do radykalnej polaryzacji i wzajemnego wykluczenia.

Dobitnym zapisem tego procesu jest z jednej strony Nowy Testament, a z drugiej pierwszy normatywny tekst judaizmu rabinicznego, Miszna. Oba zresztą powstały w tym samym czasie.

Późniejsze wieki przyniosły z jednej strony traktaty przeciwko Żydom, a z drugiej zdecydowanie przemilczenie kluczowych dla powstania chrześcijaństwa postaci jak Jezus właśnie. Były to jednak dyskusje „w rodzinie” i w grę wchodziły różne interpretacje tych samych tekstów biblijnych.

Szczególnym zapisem tych wewnątrzżydowskich debat są odkryte dopiero w XX wieku pisma powstałe w kręgu wspólnoty esseńczyków, znane jako zwoje znad Morza Martwego z Qumran. Jednak nic nie wskazywało, że to właśnie chrześcijaństwo będzie główną religią Cesarstwa Rzymskiego, i to już w IV wieku. Stało się to w wyniku decyzji czysto politycznej i nie ma żadnego związku z religią.

Zwrot konstantyński

Wszystko zmieniło się z chwilą, gdy cesarz Konstantyn zdecydował o legalizacji kultu chrześcijańskiego w 312 roku. Z chrześcijaństwem stało się to, co spotkało każdy ruch religijny, gdy otoczono go polityczną tarczą. Oto mało znacząca grupa egzotycznych wyznawców mało znanego proroka żydowskiego zaczęła z powodzeniem przejmować coraz ważniejsze pozycje wychowawcze i polityczne w Cesarstwie.

Jej pontifexem, czyli papieżem, był ciągle cesarz, który zmusił biskupów do ustalenia podstawowego zestawu wierzeń chrześcijańskich na soborze w Nicei w 325 roku. To właśnie w IV wieku doszło do przejęcia przez chrześcijaństwo religijnej i kulturowej dominacji w Cesarstwie Rzymskim. Jej skutki były opłakane dla dziedzictwa cywilizacji greckiej, a nawet łacińskiej. Mało o tym wiemy, bo ślady tego zniszczenia zostały starannie wymazane.

Niezwykle plastycznie przedstawiła ten proces Catherine Nixey w książce „Ciemniejący wiek. O niszczeniu klasycznego świata przez chrześcijan", która niebawem ukaże się w polskim tłumaczeniu.

Autorka proponuje w niej ćwiczenie z wyobraźni kulturowej i religijnej roztaczając przed czytelnikami obraz chrześcijańskiego barbarzyństwa niszczącego świat klasyczny. Lektura tej książki dla wielu chrześcijan jest prawdziwym szokiem, przede wszystkim dlatego, że świadomość, jak wiele chrześcijaństwo zrobiło, by przechować skarby starożytności jest powszechna, ale jak wiele zniszczyło – o tym nie wie prawie nikt.

Nixey nie moralizuje, nie gorszy się. Pozwala mówić kolejnym obrazom zniszczenia, których poznajemy całą galerię poczynając od „niewidzialnej armii” mnichów, którzy w 385 roku dokonują dzieła zniszczenia kolejnych świątyń w Palmirze.

Podobnie będzie działać zdyscyplinowana zgraja razem z biskupem Teofilem, w okamgnieniu w 392 roku niszcząc jeden z cudów starożytnego świata, świątynię Serapejonu w Aleksandrii. Również w Aleksandrii ci sami barbarzyńcy, już za następcy Teofila, biskupa Cyryla, dokonali w 415 roku wstrząsającego mordu na wybitnej filozofce i matematyczce Hypatii

No cóż, można powiedzieć, że to najbardziej spektakularne akty chrześcijańskiego wandalizmu i wcale nie przekreślają istotnej kulturotwórczej roli chrześcijaństwa. I to jest prawda.

Problem polega na tym, że o tej kulturotwórczej roli napisano już całe biblioteki, natomiast na temat ciemnej strony tej religii ciągle panuje zagadkowa zmowa milczenia. Nie należy bowiem zapominać, że mniej spektakularny, ale może jeszcze bardziej brzemienny w skutkach był powolny, ale systematyczny sposób rugowania z pamięci kulturowej Zachodu ogromnego dziedzictwa filozoficznego i religijnego starożytnego świata.

Tytułem przykładu przywołam znakomitą książkę Stephena Greenblatta, „Zwrot. Jak zaczął się renesans", w której mowa jest o niezwykłej historii odnalezienia w 1417 roku jednego z najważniejszych dzieł filozoficznych starożytnego Rzymu „O rzeczywistości" (De rerum natura) Lukrecjusza.

Jego przetrwanie zawdzięczamy właściwie przypadkowi. A dokładniej rzecz ujmując, pasji zbieraczej toskańskiego humanisty Poggia Braccioliniego. To właśnie ten sekretarz kilku papieży, korzystając z chwilowego bezrobocia (jego pracodawca właśnie został pozbawiony urzędu i aresztowany w Heidelbergu) udał się do Fuldy, benedyktyńskiego opactwa założonego w VIII wieku i znanego z przechowywania licznych starożytnych manuskryptów. Tam odnalazł cudem zachowany rękopis dzieła Lukrecjusza. Dzięki temu odkryciu, jak twierdzi Greenblatt, dzieje Europy potoczyły się nowym torem… Nie sposób uwolnić się od refleksji, ile takich cudów nie zaistniało. Ile dzieł starożytnych bezpowrotnie zaginęło tylko dlatego, że chrześcijanie uznali, że ich treść nie odpowiada nauce Jezusa i należy je zniszczyć.

Tak więc od IV do połowy XX wieku chrześcijaństwo, w tym również katolicyzm, robiło wszystko, by zdominować świat religijnie i kulturowo.

Dokonywało się to równie brutalnie, jak to miało miejsce w pierwszych wiekach, gdy na gruzach Imperium Rzymskiego powstawały kraje chrześcijańskie szczycące się tym, że udało im się niemal z korzeniami wyrugować wcześniejsze religie i kultury. Dotyczy to również naszej części Europy. Ten długi okres był zdominowany przez mentalność wykluczającą, a w przypadku oporu i sprzeciwu, niszczącą innego. Tak stało się na przykład w przypadku bałtyckiego ludu Prusów.

Nieudany powrót do początków

Sobór watykański drugi (1962-1965) był próbą powrotu do początków. Niestety próbą chybioną. Przyzwyczajenia związane z mentalnością konstantyńską tak głęboko naznaczyły mentalność chrześcijan, że wszelkie próby odejścia czy przezwyciężenia hegemonicznego myślenia traktowane są jako zdrada „wartości chrześcijańskich”. Jednak nieliczni śmiałkowie próbowali zaproponować nowe rozwiązania, które nawiązywały do początków ruchu Jezusa. Myśl jest prosta. Chrześcijaństwo jest religią synkretyczną, powstałą z połączenia judaizmu i religii obecnych w ówczesnym Imperium Rzymskim. W związku z tym niektórzy wypracowali pozytywną teologię synkretyzmu religijnego, a wobec tradycyjnych form przekazu chrześcijaństwa w krajach misyjnych używają terminu „pauperyzacji antropologicznej” (kameruński jezuita Engelbert Mveng) czyli wykorzenienia Afrykanów z ich rodzimego kontekstu kulturowego.

Najciekawszą propozycję przedstawił amerykański jezuita Carl F. Starkloff, który spędził dziesiątki lat wśród rodzimych plemion amerykańskich. Jego książka „Teologia pomiędzy. Wartość procesu synkretycznego" (A Theology of the in-Between. The Value of Syncretic Process) jest zapisem fascynacji rodzimymi religiami ludów zamieszkujących kontynent amerykański „od zawsze”. Wieki chrześcijańskiej dominacji redukowały ich religie do „egzotyki”.

Dostrzegam to nowe spojrzenie w pozytywnej ocenie historycznych eksperymentów inkulturacyjnych podejmowanych przez jezuitów w pierwszym okresie ich działalności od XVI do XVIII wieku. To zapewne duchowemu doświadczeniu jezuitów należy przypisać ich odwagę i śmiałość w wytyczaniu nowych szlaków teologicznych. Zaciekawiają ich spotkania z wielkimi religiami Azji, umiejętność nawiązania kulturowej wspólnoty z ludami Ameryki Łacińskiej. Werbista Piotr Nawrot, od lat pracujący w Ameryce Łacińskiej, odnajduje olśniewające owoce tego spotkania w muzyce. Otrzymał w 2011 roku prestiżową nagrodę Reina Sofia za „gromadzenie, zachowanie oraz rozpowszechnianie muzyki misyjnej Indian Chiquito i Moxo, jak również za rekonstrukcję partytur muzycznych Archiwum Misyjnego Indian Chiquito”. Podobnie powrót filozofii Konfucjusza do dzisiejszych Chin każe z na nowo przemyśleć zaniechany w XVIII wieku dialog z duchową tradycją największego kraju świata.

Gdyby Matteo Ricci [włoski misjonarz żyjący w latach 1552-1610, zafascynowany filozofią konfucjanizmu - red.], jeden z pionierów inkulturacji chrześcijaństwa do starożytnych kultur Azji, znalazł godnych następców, gdyby jego praca nie została zniszczona przez watykańską biurokrację, może nie musielibyśmy dzisiaj z taką nadzieją myśleć o możliwości przezwyciężenia cywilizacyjnych napięć, bo ich by po prostu nie było. Niestety melodie rodzimej kreatywności w Ameryce Łacińskiej musiały oczekiwać na polskiego odkrywcę aż końca XX wieku, a pozytywne podejście do starożytnego dziedzictwa hinduizmu, buddyzmu i konfucjanizmu dopiero dzisiaj jest dostrzegane przez katolickich teologów.

Przeprosiny to za mało

Dopiero w tym kontekście staje się zrozumiałe, dlaczego wizyta papieża Franciszka w Kanadzie pozostawiła poczucie niedosytu nie tyle z powodu tego, co powiedział, ile raczej wobec wyraźnego nienadążania za przemianami w samym katolicyzmie. To prawda, że Franciszek uznał w końcu przemocowe próby asymilacji ludności rdzennej za kulturowe ludobójstwo (chodziło o zmuszanie rdzennej ludności do zaprzestania używania własnego języka, zapominania własnej kultury, o religii nie wspominając). Ale stało się to dopiero wtedy, gdy dziennikarka Brittany Hobson z Canadian Press uświadomiła mu, że tego tego wyrażenia użyła kanadyjska Komisja Prawdy i Pojednania. Oto zadziwiająca odpowiedź Franciszka: „To prawda, nie użyłem tego słowa, bo nie przyszło mi do głowy, ale opisałem ludobójstwo i prosiłem o wybaczenie za ten proceder, którego nie można określić inaczej niż ludobójstwem. Na przykład to też potępiam: odbieranie rodzicom dzieci, destrukcję kultury, sztuczne modyfikacje tradycji i całej kultury. Tak, to techniczne słowo – ludobójstwo – ale nie użyłem go, bo nie przyszło mi do głowy. Ale opisałem, że to prawda, tak, to było ludobójstwo, tak. Spokojnie możecie mówić, że powiedziałem, iż było to ludobójstwo”.

Jeszcze bardziej kompromitująca jest reakcja papieża na pytanie Jessiki Ka’Nhehsíio DEER, kanadyjskiej dziennikarki pochodzenia innuickiego, która zapytała o odrzucenie „doktryny odkrycia”. Reakcja Franciszka musi budzić konsternację: „nie rozumiem problemu”. Dziennikarka cierpliwie więc tłumaczy: „Polega on na tym, że ludność rodzima jest nadal pozbawiona ziemi i władzy na mocy tych bulli papieskich i koncepcji doktryny odkrycia. Kiedy rozmawiam z rdzennymi mieszkańcami, mówią, że gdy ludzie przybyli kolonizować obie Ameryki, istniała ta doktryna odkrycia, która w jakiś sposób nadała moc idei, że rdzenni mieszkańcy nowych krajów byli gorsi od katolików. W ten sposób Kanada i Stany Zjednoczone stały się »państwami«”. Dopiero po tym wyjaśnieniu pojawia się rytualne „dziękuję za pytanie”, a po nim dość nieudolne próby odpowiedzi.

Moim zdaniem Franciszek nie jest w stanie wejść w głęboki i autentyczny dialog, w rozumieniu postsekularnym, z tego prostego powodu, że sam jest częścią systemu, który należy zmienić, a nawet odrzucić.

Możemy pójść krok dalej i powiedzieć, że przez wieki chrześcijaństwo uprawiało nie tylko kulturowe ludobójstwo wobec zastanych kultur i ludów, ale również religijną anihilację wobec wszystkich innych religii. Jak wiadomo, od wielkiego triumfu w IV wieku aż do połowy XX wieku chrześcijański walec niszczył zastane tradycje i religie wszelkimi sposobami. Chrześcijańscy misjonarze ten okrutny proceder nazywali ewangelizacją lub chrystianizacją. Dzisiaj już wiemy, że nie miało to już wspólnego ani z Ewangelią, ani z życiowymi wskazaniami Jezusa z Nazaretu. Wreszcie chrześcijanie dojrzeli do tego, by w innych kulturach i religiach dostrzec partnerów i szansę na wzbogacenie własnej religii i kultury. Być może przyszedł czas, by mogli już na zawsze pożegnać się ze swoją ciemną stroną. Jednak trzeba im o niej nieustannie przypominać.

Udostępnij:

Stanisław Obirek

Teolog, historyk, antropolog kultury, profesor nauk humanistycznych, profesor zwyczajny Uniwersytetu Warszawskiego, były jezuita, wyświęcony w 1983 roku. Opuścił stan duchowny w 2005 roku, wcześniej wielokrotnie dyscyplinowany i uciszany za krytyczne wypowiedzi o Kościele, Watykanie. Interesuje się miejscem religii we współczesnej kulturze, dialogiem międzyreligijnym, konsekwencjami Holocaustu i możliwościami przezwyciężenia konfliktów religijnych, cywilizacyjnych i kulturowych.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne