0:00
07 kwietnia 2022

Dlaczego papież Franciszek nie potępia Rosji?

"Papież, który nabiera wody w usta i nie nazywa agresora – dokonującego właściwie ludobójstwa – agresorem, traci legitymację moralną. Nie spełnia misji proroka, który musi nazwać prawdę prawdą, a fałsz fałszem" - mówi prof. Arkadiusz Stempin. A Watykan? Liczy na przejęcie roli mediatora

Wydrukuj

O milczeniu papieża Franciszka rozmawiamy z prof. Arkadiuszem Stempinem*, historykiem i watykanistą. Według niego:

  • Franciszek konsekwentnie neguje ideę wojny sprawiedliwej – nawet, jeśli jest to wojna obronna. Potępia każdą wojnę rozumianą jako zamach na wartość, jaką jest ludzkie życie;
  • nie nazywając i nie potępiając Rosji i Putina z imienia, papież w oczach sporej części wiernych traci legitymację moralną. Nie spełnia misji proroka, który musi nazwać prawdę prawdą, a fałsz fałszem;
  • inna jest motywacja milczenia Franciszka, inna Watykanu. Polityka kurii rzymskiej to de facto przedłużenie działań papieża Piusa XII z okresu II wojny światowej. Niezależnie od Franciszka Watykan forsuje ideę neutralności za wszelką cenę, by wprosić się lub zarekomendować siebie jako mediatora w wojnie.

Sebastian Klauziński, OKO.press: Mamy 43. dzień rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Do tej pory papież Franciszek nie powiedział, kto w tej wojnie jest agresorem, nie potępił publicznie Władimira Putina ani Rosji. Dlaczego?

Prof. Arkadiusz Stempin: Żeby odpowiedzieć na to pytanie musimy sięgnąć do encykliki papieża "Fratelli tutti” z 2020 roku. Franciszek zanegował w niej ideę wojny sprawiedliwej. Postrzega każdą wojnę - także wojnę obronną - jako zło, abstrakcyjne nieszczęście.

Franciszek od początku pontyfikatu reprezentuje antropologiczną wizję człowieka. Nie boski ołtarz skryty za dymem kadzidła jest dla niego najważniejszy, tylko człowiek. A szczególnie człowiek na samym dole, któremu - to już ja dopowiadam - wojny wyrządzają największą krzywdę.

Ból matek zabitych żołnierzy ukraińskich i rosyjskich – zdaje się mówić Franciszek – jest ten sam. Jedne płaczą i drugie płaczą. Wojna nie zyskuje legitymacji moralnej dlatego, że w przypadku Ukrainy jest wojną obronną.

Postawę wobec wojny Franciszek zaprezentował już wcześniej krytykując zwiększanie przez kraje natowskie wydatków militarnych w budżetach narodowych do 2 procent, co w przekazach medialnych zostało pominięte. Jest więc papież w jakimś sensie w swojej polityce konsekwentny.

Na razie ta konsekwencja ściąga na niego niezrozumienie i oburzenie wiernych.

Podejrzewam, że Franciszek sam gryzie się w język, tylko konsekwencje tego wywołują konfuzję w sprawiedliwym postrzeganiu dobra i zła w szeregach jego wyznawców lub szerzej – wśród ludzi Zachodu. Dla nich atak na Ukrainę to szatański bandytyzm.

Franciszek potępia grzech, a nie człowieka. „Nie możemy rzucać kamieniem w grzesznika”, mówił wielokrotnie. Ale ta jego konsekwencja akurat w tym przypadku budzi oburzenie.

Papież, który nabiera wody w usta i nie nazywa agresora – dokonującego właściwie ludobójstwa – agresorem, traci legitymację moralną. Nie spełnia misji proroka, który musi nazwać prawdę prawdą, a fałsz fałszem.

Franciszek naraził się wiernym po raz kolejny, kiedy 4 kwietnia na jego oficjalnym koncie na Twitterze pojawił się komentarz dotyczący wojny zakończony stwierdzeniem: „Wszyscy jesteśmy winni!”.

Skoro Franciszek ściąga z wojny powłokę nacjonalizmu - bo walczą ze sobą dwie nacje - to okazuje się, że walczy nie Rosjanin z Ukraińcem, tylko człowiek z człowiekiem. I to jest zło samo w sobie. To jest dla niego podstawa wykładni wobec wojny. Jako teolog zwrócony w kierunku antropologii, kieruje się dobrem całego rodzaju ludzkiego i na tym poziomie chce dostrzegać cierpienie.

View post on Twitter

Papież nie posługuje się naszym oświeceniowym myśleniem przyczynowo-skutkowym, w którym Rosjanie napadli i to oni mordują. Jego myślenie za podstawę bierze wartość życia ludzkiego, a wojna jest na niego zamachem.

Tylko że taka wykładnia jest niezrozumiała dla wiernych, burzy naturalny kompas moralny, jaki mamy w sobie. Papież jest zbyt abstrakcyjny w tej swojej antropologii.

Do tego Franciszek spotkał się z patriarchą Moskwy Cyrylem. W oficjalnym komunikacie po spotkaniu można było przeczytać m.in., że zdaniem papieża „rachunek za wojnę płacą ludzie, są to żołnierze rosyjscy i ludzie, którzy są bombardowani i giną” oraz „zgadzając się z patriarchą, Franciszek stwierdził: Wojny są zawsze niesprawiedliwe. Bo tym, kto za nie płaci jest lud Boży”. Przecież Franciszek zdaje sobie sprawę, że Cyryl stoi w jednym szeregu z Putinem, wręcz święci karabiny rosyjskich żołnierzy.

To prawda, Cyryl jest akolitą Putina. Nie ustawia się, jak Franciszek, po stronie antropologii człowieka, tylko maszeruje pod sztandarem Putina, inkarnacji zła. Nie ma więc równowagi między Cyrylem i papieżem. Należą do innego porządku polityczno-aksjologicznego.

Cyryl idzie w krucjacie Putina wymierzonej przecież nie tylko w Ukrainę, ale generalnie w cywilizację Zachodu, łącznie z jego aksjologią. Cyryl i Putin walczą nie tylko z NATO i demokracją, ale też przeciwko liberalizmowi i szeroko pojętej wolności.

Papież także jest przez nich uważany jako część tej cywilizacji zła. Mało tego, dla Putina papież jest kontynuatorem przedsięwzięcia Jana Pawła II, który śmiał w Rosji - matce prawosławia - zaimplantować katolicką organizację kościelną. Do tego jeszcze pod wodzą duchownego polskiego pochodzenia, abp. Tadeusza Kondrusiewicza [dzięki niemu odbudowywano i rozbudowywano struktury Kościoła Rzymskokatolickiego w Rosji po upadku ZSRR - red.].

Franciszek pomimo tego, że naraża się wiernym, próbuje za wszelką cenę trzymać się swojej wykładni wobec wojny: nie ma w niej ani etniczności, ani granic, ani politycznego poloru. Jest upadek człowieka.

Typowa, znana od dziesięcioleci, postawa Watykanu - wzrusza ramionami wielu komentatorów.

Watykan to inna sprawa! Chciałbym to mocno podkreślić, bo moim zdaniem to istotne rozróżnienie - Franciszek i kuria rzymska kierują się inną motywacją w swoim milczeniu, nie nazywając po imieniu odpowiedzialnych za wojnę.

Watykan w konfliktach militarnych zachowuje neutralną pozycję i od lat I wojny światowej próbuje przejąć światowy arbitraż w swoje ręce.

Wystarczy przypomnieć papieża Piusa XII i jego postawę podczas II wojny światowej. Holokaustu nie nazwał holokaustem, wobec ataku Hitlera na Polskę również wypowiadał się nader eufemistycznie. Pius XII utrzymywał, że jego oficjalne potępienie Hitlera sprowadzi na Żydów jeszcze większą eksterminację, co pośrednio potwierdziło się w Holandii, więc wolał skryć się za oficjalną neutralnością Watykanu.

To co robi teraz Watykan, to de facto przedłużenie działań Piusa XII. To kuria rzymska niezależnie od Franciszka forsuje ideę neutralności Watykanu za wszelką cenę, by wprosić się lub zarekomendować siebie jako mediatora w wojnie.

Z odmiennych pobudek mamy więc tę samą zachowawczą postawę kurii watykańskiej i Franciszka.

Warto wspomnieć tutaj Jana Pawła II. W Polsce wznosi się mu pomnik z kremówki, a jedno z jego największych dokonań jest zupełnie przemilczane. Chodzi o jego sprzeciw wobec wojny w Iraku w 2003 roku wywołanej przez prezydenta Stanów Zjednoczonych George’a W. Busha.

Papież uskuteczniał wtedy zakulisową dyplomację i próbował realnie tej wojnie przeciwdziałać. Niestety, wobec krucjaty Busha okazał się politycznie bezradny.

Liberalno-lewicowe zachodnie media, zwykle krytykujące polskiego papieża za jego konserwatywną politykę wobec seksualności czy etyki małżeńskiej, honorowały jego sprzeciw i mówiły nawet o "lwie Watykanu”.

Wracając do Franciszka. Rosyjska inwazja nie skończy się ani za tydzień, ani za miesiąc. Sądzi pan, że papież, mimo oburzenia wiernych, nie potępi Rosji?

Gdyby Franciszek pojechał do Ukrainy, wziął na siebie to niebezpieczeństwo i fizyczny ciężar podróży, to być może - mówiąc kolokwialnie - uratowałby skórę u tych wiernych, dla których jego obecna postawa jest wątpliwa moralnie.

W podobny sposób znalazł się w 2015 roku w Republice Środkowoafrykańskiej, która co prawda nie była zagrożona przez atomowe mocarstwo, ale była wtedy terenem równie niespokojnym i niebezpiecznym dla życia.

Byłoby moralnie najlepszym rozwiązaniem, gdyby te same słowa o wojnie, jakie padły jego ust w Watykanie, wypowiedział w Kijowie. Zyskałyby inny wymiar.

Możliwe iż pewnym moralnym zadośćuczynieniem wobec Ukrainy było wczorajsze pocałowanie przez niego umęczonej krwią z Buczy flagi ukraińskiej.

*Prof. Arkadiusz Stempin - historyk, politolog, watykanista. Wykładowca Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie oraz Uniwersytetu we Fryburgu.

Udostępnij:

Sebastian Klauziński

Dziennikarz zespołu śledczego. Pracował w „Gazecie Wyborczej” i „Newsweeku”. Od 2018 roku w OKO.press. Finalista Nagrody Radia ZET oraz Nagrody im. Dariusza Fikusa za cykl tekstów o “Układzie wrocławskim”. Trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne