0:00
Prawa autorskie: Slawomir Sierzputowski / Agencja GazetaSlawomir Sierzputows...
21 listopada 2020

Skąd pobłażliwość Jana Pawła II wobec seksualnych drapieżców? Wolał walczyć z „cywilizacją śmierci”

Przestępca seksualny i założyciel Legionów Chrystusa Maciel Degollado był ważny dla Jana Pawła II, bo produkował w Ameryce Południowej zawodowe kadry duchownych, przeciwstawiające się teologii wyzwolenia. Rozmawiamy z watykanistą i historykiem prof. Arkadiuszem Stempinem

Wydrukuj

O pontyfikacie Jana Pawła II w kontekście przestępstw seksualnych, mechanizmach rządzących w Watykanie oraz różnicach między Kościołem w Polsce i na świecie rozmawiamy z prof. Arkadiuszem Stempinem, historykiem i watykanistą.

Wnioski:

  • w ostatnich latach życia Jana Pawła II realną władzę w Watykanie przejmuje czterech kardynałów oraz tzw. dworska rodzina papieża, na czele ze Stanisławem Dziwiszem. To wtedy dochodzi do największych skandali seksualnych;
  • zarówno Jan Paweł II jak i Benedykt XVI realizowali ideę "nowej ewangelizacji", która miała walczyć z "cywilizacją śmierci". Awangardą tej idei były oprócz Opus Dei na wpół sekciarskie formacje parazakonne jak Legioniści Chrystusa, Sodalicja Christianae Vitae, czy francuska wspólnota apostolska św. Jana dominikanina Marie-Dominique'a Philippe'a. Wszystkie one okazały się wylęgarniami przestępstw seksualnych;
  • W polskim Kościele mamy do czynienia z aktywnością krucjatową w obronie zagrożonego katolicyzmu, co uosabia husaria w fioletach, pokroju biskupów Marka Jędraszewskiego, Sławoja Leszka Głodzia, Henryka Hosera, Wiesława Meringa czy Wacława Depo. Tymczasem po drugiej stronie Europy nie wywija się szablą z ambony. Wyróżnikami polskiego Kościoła jest też popularność egzorcyzmów i różnych aberracji, w stylu Tadeusza Rydzyka czy ks. Piotra Natanka.

Poniżej cała rozmowa.

Sebastian Klauziński, OKO.press: 10 listopada Watykan opublikował 450-stronicowy raport w sprawie byłego kardynała Theodore’a McCarricka, wydalonego z Kościoła w 2019 roku za przestępstwa seksualne. Raport miał pokazać rolę Jana Pawła II i jego otoczenia – w tym Stanisława Dziwisza – w tuszowaniu tej sprawy. Wynika z niego, że papież chronił, a potem awansował McCarricka, bo nie uwierzył w zarzuty dotyczące molestowania. Czy raport pokazał nam, że papież Polak tuszował pedofilię w Kościele?

Prof. Arkadiusz Stempin*: Raport jako materiał źródłowy ilustruje linię postępowania papieża wobec nadużyć seksualnych duchownych. Opierała się na trzech filarach. Po pierwsze, nadrzędna jest ochrona dobrego imienia Kościoła, po drugie, podrzędność lub nawet brak uwzględniania perspektywy ofiary i po trzecie – sekretność postępowania.

Chciałbym jednak zwrócić uwagę na coś, co umyka w mediach, czyli czas, kiedy się to wszystko dzieje. Sprawa McCarricka opisana w raporcie to 2000 rok. To jest już okres, kiedy choroba i utrata sił uniemożliwiają papieżowi zarządzanie Kurią Rzymską, czyli kilkutysięczną centralą Kościoła oraz 4100 biskupami na całym świecie.

Kto chce, może zapoznać się z obrazami filmowymi z pielgrzymki na Ukrainę w 2001 roku. Podczas pielgrzymki w Bułgarii w maju 2002 roku papież nie mógł już o własnych siłach wejść na pokład samolotu, jego artykulacja stała się mało zrozumiała.

Jak zawsze, kiedy głowę Kościoła, absolutnego monarchę, dopada uwiąd sił, Watykan wchodzi w okres zwany interregnum. Wtedy papież traci realną władzę.

Podczas interregnum władza przechodzi do poszczególnych koterii. Nie oznacza to oczywiście, że są one wrogo nastawione do papieża, jednak – kierowane własnymi interesami – ustawiają się już w blokach startowych przed zbliżającym się wyborem nowego papieża.

To kto w takim razie sprawuje realną władzę w Kościele w ostatnich latach życia Jana Pawła II?

Najbardziej wzrasta rola czterech kardynałów. Najpotężniejszym jest Angelo Sodano, sekretarz stanu, de facto premier Watykanu. Kolejni to Giovanni Batista Re (prefekt Kongregacji ds. Biskupów), Carlo Ruini (ordynariusz diecezji rzymskiej, zarazem szef włoskiego episkopatu) oraz Josef Ratzinger (prefekt Kongregacji Nauki Wiary). Te nazwiska przewijają się zresztą w raporcie dotyczącym McCarricka.

W okresie interregnum wzrasta też znaczenie papieskiej rodziny dworskiej, tzw. „appartamento”. Na jej szczycie za pontyfikatu polskiego papieża stał biskup Dziwisz. Od kiedy Dziwisz awansuje na arcybiskupa w 2003 roku, rośnie też rola drugiego osobistego sekretarza papieża, prałata Mieczysława Mokrzyckiego, i trzeciego w tym gremium, szefa polskiej sekcji Sekretariatu Stanu ks. Pawła Ptasznika.

Rola Dziwisza jest jednak nie do przecenienia.

Z jednej strony

blokuje on dostęp do papieża, bo skoro papież fizycznie słabnie, to go Dziwisz „oszczędza”, także kiedy petenci zjawialiby się ze zbyt skomplikowanymi dylematami.

W efekcie na brak dostępu do papieża skarży się, także w kontekście skandalu ojca Maciela Degollado, nawet kard. Ratzinger - było nie było, numer trzy w watykańskiej hierarchii.

Z drugiej strony, skoro osłabiony papież nie trzyma już kurii w garści, Dziwisz przedkłada podejmującym decyzje kardynałom „wolę Ojca Świętego”, by ich decyzje zostały podjęte zgodnie z zamysłem papieskim. W skandalu ojca Degollado sojusznikiem Dziwisza jest kardynał Sodano. Ale nie tylko on. Trzecim ze szczytów watykańskiej centrali, który rozwiera parasol ochronny nad seksualnym drapieżcą, jest prefekt Kongregacji ds. Instytutów Życia Konsekrowanego słoweński kardynał Franc Rode.

Zresztą tym między innymi różnił się koniec pontyfikatu Jana Pawła II i Benedykta XVI. Wbrew koncepcji poprzednika, że „z krzyża się nie schodzi”, Benedykt XVI ustąpił z tronu. Jedną z przyczyn abdykacji była wola uniknięcia powtórki bezkrólewia i walki frakcji, która rozgorzała za plecami Jana Pawła II, kiedy stracił on kontrolę nad Kurią Rzymską. A ta podzieliła się ponadto na zwolenników i przeciwników abdykacji polskiego papieża. I to na ten okres przypada największa impertynencja księdza Degollado.

Zatrzymajmy się przy Degollado, bo to chyba sprawa, która budzi największe emocje i pojawia się zawsze, kiedy mowa o roli Jana Pawła II w tuszowaniu przestępstw seksualnych w Kościele. Założyciel potężnego meksykańskiego zakonu Legionów Chrystusa miał przez kilkadziesiąt lat wykorzystywać kleryków oraz małoletnich, w tym także własne dzieci. Mimo tego, że Watykan od lat 40. dostawał niepokojące informacje na jego temat, nic z tym nie robiono. Szczególną sympatią darzył go do końca swojego życia Jan Paweł II. Powszechnie uważa się, że troska, którą otaczany był Degollado wynikała z tego, że wysyłał do Watykanu ogromne sumy pieniędzy. Miał także opłacać watykańskich hierarchów, w tym Sodano i Dziwisza.

W przypadku Degollado nie chodziło, przynajmniej papieżowi, o jakiekolwiek darowizny na rzecz Watykanu.

Dla Jana Pawła II założyciel Legionów Chrystusa produkował w Ameryce Południowej zawodowe kadry duchownych, przeciwstawiające się teologii wyzwolenia. A ta działała na tandem Jan Paweł II – kardynał Ratzinger, jak czerwona płachta na byka.

W ich oczach formowanie się Kościoła bazowego, od dołu, na kontynencie południowoamerykańskim, który walczył o sprawiedliwość społeczną, równało się oblaniu nauki Kościoła w marksistowski polor.

Podobnie było w Austrii. Nowy lider kościoła austriackiego, arcybiskup Wiednia Hermann Groër, którego kandydaturę Watykan na życzenie papieża przepchnął kolanem, a który okazał się seksualnym drapieżcą, miał zawrócić zbyt liberalny kurs episkopatu austriackiego.

Jeden i drugi realizowali wizję polskiego papieża „nowej ewangelizacji”, mającej rozprawić się z „cywilizacją śmierci”.

Jan Paweł II optował za masowym i ortodoksyjnym Kościołem, sterowanym ręcznie z Rzymu, podobnie jak jego następca. Jednak Benedykt XVI zdawał sobie sprawę, że jego Kościół skurczy się z masowego do mniejszościowego. Dlatego nie imponowały Niemcowi wielkie msze pontyfikalne, nie forsował idei pielgrzymek, nie uwodził młodzieży jak Jan Paweł II, nie ulegał też mistycyzmowi, na co dał dowód, kwestionując interpretację III tajemnicy fatimskiej (polski papież jej spełnienie uznał w fakcie zamachu na swoje życie w 1981 roku).

Sprawa Degollado, McCarricka czy Groëra to najgłośniejsze skandale, w których pojawia się Jan Paweł II, jednak dotyczą one – przynajmniej w kontekście tuszowania – ostatnich lat pontyfikatu papieża. A co było wcześniej? Lata 80. i 90. niektórzy nazywają wręcz festiwalem pedofilii w Kościele.

Horyzont poznawczy Jana Pawła II i kardynała Dziwisza – tak jak wszystkich pokoleń duchownych do lat dwutysięcznych – wobec nadużyć seksualnych we własnych szeregach zakreślała instrukcja „Crimen Sollitationis”.

Opracowano ją w 1922 roku, dwa lata po urodzeniu się Karola Wojtyły, znowelizowano w 1962 roku. Nakładała ona na każdego ordynariusza obowiązek przeprowadzenia procesu przeciwko duchownemu, który przy spowiedzi namawiałby wiernego do aktów seksualnych.

Teoretycznie więc stała ona na straży molestowanego przez duchownego. Tyle że nakładała ona na osobę przystępującą do spowiedzi – także dziecka – obowiązek zachowania tajemnicy procesowej aż do śmierci pod karą ekskomuniki. W efekcie czyniła ona proces kościelny ściśle tajną, wewnętrzną sprawą Kościoła. Sama instrukcja zgodnie z watykańskim nakazem była przez każdego ordynariusza przechowywana w sejfie. Jej istnienie wypłynęło na powierzchnię dopiero na fali procesów sądowych przeciwko drapieżcom w sutannach w USA w latach 80.

Postanowienia instrukcji rozciągnięto ze spowiedzi na aktywne nadużycia seksualne duchownych. Tajny proces przed sądem biskupim – Kościół posiadał wszak własną jurysdykcję w postaci sądów biskupich dla każdej diecezji i kodeks prawa kanonicznego – pozwalał sprawę zamknąć w obrębie kościelnych murów.

W efekcie kara, która spadała na duchownego, ograniczała się do przeniesienia go do innej parafii, w ekstremalnych sytuacjach na inny kontynent, gdzie Afryka otwierała nieograniczone możliwości. W ten sposób priorytetu nabierała ochrona wizerunku Kościoła, podczas gdy ofiara stawała się dla Kościoła jedynie stroną w procesie. Nie było tu miejsca na jakiekolwiek współczucie.

Strona kościelna, która broni Jana Pawła II, zawsze przywołuje jego list z 2001 roku, który nakazuje biskupom ordynariuszom przekazywanie do Watykanu informacji o przypadkach molestowania seksualnego osób poniżej 18. roku życia, którego dopuszczają się księża z ich diecezji. To ma być dowód na to, że Jan Paweł II walczył z tuszowaniem przestępstw pedofilskich.

Papieskie motu proprio, czyli list papieski o mocy wykonawczej, było reakcją na tsunami ujawnianych przed sądami USA przypadków przestępstw seksualnych duchownych. Poza tym nie wyszło z inicjatywy papieża, ale kardynała Ratzingera, który od 1998 roku wiedział o przestępstwach ojca Degollado.

List od ofiar Degollado przywiózł Ratzingerowi do Rzymu osobiście biskup meksykański Carlos Talavera, ordynariusz diecezji Coatzacoalcos. To wtedy niemiecki kardynał powiedział Talaverze, że „Jan Paweł II darzy wielkim szacunkiem osobę Maciela” i przyznał się do własnej bezsilności. To jednak zmusiło w końcu kard. Ratzingera do wywarcia presji na papieża, który 30 kwietnia 2001 podpisał motu proprio przekazujący od tej pory wszystkie przypadki ciężkich przestępstw popełnionych przez duchownych, w tym także przestępstw seksualnych, pod kompetencje trybunału Kongregacji Nauki Wiary.

Inaczej mówiąc, biskupi diecezjalni każdy przypadek molestowania seksualnego nieletniego poniżej 18. roku życia, jaki się zdarzy w ich diecezji, muszą zgłosić kongregacji Ratzingera. Ten w swoim imieniu wydał odpowiednie rozporządzenie „De delictis gravioribus”. Ale nie znosiło ono tajemnicy z procesu kościelnego oraz nie nakazywało ujawniania przestępstwa prokuraturze świeckiej.

Dopiero agonia papieża umożliwiła Ratzingerowi wszczęcie procesu kanonicznego przeciwko Degollado, właśnie na podstawie nowych uprawnień jego kongregacji.

A co sądził Ratzinger, wypowiedział podczas Drogi Krzyżowej wokół Koloseum w Wielki Piątek 2005 roku, kiedy napiętnował stan kapłański za nadużycia seksualne. Tydzień przed śmiercią papieża.

Jak rozumował niezmiennie Jan Paweł II, ilustruje casus biskupa Pierre'a Picana z Normandii, ordynariusza diecezji Bayeux-Lisieux. W 2000 roku opat z jego diecezji, Rene Bissey, został za gwałty seksualne na jedenastu nieletnich poniżej 15. roku życia skazany na 18 lat więzienia. We wrześniu 2001 skazany został biskup Pican na 3 miesiące więzienia w zawieszeniu, ponieważ zgodnie z prawem francuskim nie złożył doniesienia do prokuratury. Ale przesądzająca w tym jest inna okoliczność.

Ultrakonserwatywny kardynał Dario Castrillon Hoyos, prefekt Kongregacji ds. Duchowieństwa, podziękował biskupowi Picanowi, że „wolał wybrać więzienie, a nie zdradę współbrata”. I odpowiednie listy wysyłał do wszystkich ordynariuszy na świecie, podając im za wzór postępowanie francuskiego współbrata.

Kluczowe jest to, że Hoyos nie działał z własnego misyjnego przekonania, tylko w swoim liście powołał się na wolę papieża Jana Pawła II, który upoważnił go do opublikowania stanowiska biskupa Picana.

Jak pobłażliwy był Jan Paweł II dla hierarchów z udowodnionymi zarzutami, świadczy także casus kardynała Bostonu Bernarda Law’a, który za krycie księży musiał w 2002 roku abdykować ze stolicy arcybiskupiej, ale znalazł schronienie w Rzymie i ciepłą posadę archiprezbitera bazyliki papieża St. Maria Maggiore, z uposażeniem 12 tys. dolarów.

Skąd właściwie się brała taka postawa Jana Pawła II? Dlaczego ważniejsza od rozliczania przestępstw pedofilskich była walka z teologią wyzwolenia, liberalnymi ruchami w Kościele i dbanie o wizerunek Kościoła? W raporcie dotyczącym McCarricka czytamy, że wpływ na postawę papieża mogło mieć to, że pochodził zza Żelaznej Kurtyny.

Czyli, że miał stale z tyłu głowy groźbę infamii Kościoła, jakiej dopuszczali się w PRL rządzący, którzy dyskredytowali księży publicznymi oskarżeniami, wyssanymi z palca, o przestępstwa seksualne? Tyle że przecież nie dotyczyło to już hierarchów z Zachodu, np. bp. Picana z Francji.

Jako priorytet jawiła się mesjanistycznemu papieżowi z Polski po upadku Żelaznej Kurtyny misyjna wizja „Nowej Ewangelizacji”, jak to określa jego biograf-apologeta George Weigel.

W metafizycznej walce dobra i zła „Nowa Ewangelizacja” celowała w „cywilizację śmierci”. Miała wyrwać ludzkość z objęć hedonizmu i dyktatury relatywizmu.

Awangardą promowanej przez Jana Pawła II „Nowej Ewangelizacji” były, oprócz Opus Dei, na wpół sekciarskie formacje parazakonne jak Legioniści Chrystusa, Sodalicja Christianae Vitae, czy wspólnota apostolska św. Jana we Francji dominikanina Marie-Dominique'a Philippe'a. Wszystkie one okazały się wylęgarniami przestępstw seksualnych.

Wspomniany tu George Weigel – a nie polscy biskupi – wykreowali w światowej opinii publicznej mit Jana Pawła II. Interesujące, że jego dwaj najbliżsi współpracownicy, kardynałowie Sodano i Leonardo Sandri, wzdrygali się przed złożeniem zeznań w procesie kanonizacyjnym papieża. Ostatecznie przesądzającym kryterium była osobista wiara papieża, a nie jego rola jako lidera Kościoła. To pozbawiało skandale seksualne za pontyfikatu Jana Pawła II ich relewancji.

Obecnie jednak stanie się przeszkodą w planach polskiego episkopatu, by wynieść papieża do rangi patrona Europy i nadać mu tytuł Ojca Kościoła - to nobilitacja znacznie bardziej ekskluzywna niż status świętego.

Skoro mowa o polskim episkopacie - jak Kościół w Polsce ma się teraz do Kościoła w krajach Europy Zachodniej?

Kościół w Polsce i Kościoły katolickie tzw. Zachodu, różnią się od siebie przynajmniej trzema wyznacznikami: znaczeniem laikatu [ogółu wiernych - red.], swobodą myśli teologicznej oraz stopniem aktywności charytatywnej.

Nie ma takiego nieszczęścia w postaci trzęsienia ziemi czy powodzi, które nie skutkowałoby w Niemczech, Austrii czy Szwajcarii zbiórką na rzecz ofiar tych katastrof. Nieprzypadkowo też pierwsze pokolenie polskich księży, tworzących nowoczesny polski Caritas, studiowało naukę caritasu na uniwersytetach niemieckich, gdzie zakotwiczone są wydziały teologii.

Nie ma też w zachodnim Kościele miejsca dla religijnego folkloru w postaci choćby kolęd, jako wybitnie niefrasobliwych spotkań po domach parafian. Są za to cotygodniowe spotkania wspólnoty parafialnej po niedzielnej mszy na plebanii, przy kawie i cieście.

Proboszcz w parafii jest ciałem wykonawczym rady parafialnej, a nie udzielnym księciem na włościach.

Kiedy kilka lat temu ordynariusz niemieckiego Limburga, bp Tebartz van Elst pozwolił sobie na przebudowę rezydencji za sumę 31 milionów euro, z czego sam apartament mieszkalny pochłonął 6 mln euro, to wyleciał z posady na skutek protestu samych wiernych.

Ponadto laikat na Zachodzie, w społeczeństwie postmieszczańskim, jest bardziej oczytany w literaturze religijnej. To porównanie na niekorzyść Polski trzeba wiązać z chłopską proweniencją polskiego narodu, który książki omija szerokim łukiem, nie tylko te o treści religijnej, teologicznej - o czym świadczą zastraszające statystyki Biblioteki Narodowej.

I wreszcie wolność myśli teologicznej rozpościera się na Zachodzie szerokością oceanu, od Eugena Drewermanna po Ratzingera. W Polsce natomiast na wąski strumyczek swobody teologicznej, de facto na kajdany, narzekał przecież ks. Józef Tischner. Akurat Wojtyła jako krakowski arcybiskup, który absolutnie nie podzielał filozofii Tischnera, chronił go w latach 70. przed ortodoksją neotomistyczną.

W polskim Kościele mamy także do czynienia z aktywnością krucjatową w obronie zagrożonego katolicyzmu, co uosabia husaria w fioletach, pokroju biskupów Marka Jędraszewskiego, Sławoja Leszka Głodzia, Henryka Hosera, Wiesława Meringa czy Wacława Depo. Tymczasem po drugiej stronie Europy nie wywija się szablą z ambony.

Możliwe jednak, że najbardziej spektakularnymi różnicami między Kościołami w Polsce i w Europie Zachodniej jest liczba jego aberracji oraz podejście do egzorcyzmu.

To znaczy?

W krajach zachodnich egzorcyzmów już się nie praktykuje. W Austrii i Niemczech zostały zabronione w 1976 roku, kiedy bawarscy duchowni szamańskimi praktykami doprowadzili do śmierci głodowej studentki Anneliese Michel i zostali skazani wyrokiem sądu.

W Polsce nawet kardynał Kazimierz Nycz, bynajmniej nieortodoksyjny biskup, zaprasza na stadion narodowy szamana Johna Bashoborę, a usługi egzorcystyczne przeżywają prawdziwy boom;

tylko w Polsce wydawany jest periodyk „Egzorcysta”, kursy dla świeckich oferuje się po diecezjach, Jasna Góra już kilkakrotnie była areną spotkań egzorcystów z całego świata, a polski Kościół dysponuje nadprodukcją egzorcystów w sutannach.

Jeśli przy zaleceniu Benedykta XVI jeden egzorcysta powinien przypadać na diecezję, w Polsce mamy ich 150 i tą liczbą ustępujemy tylko Włochom.

I wreszcie o ogólnej twarzy polskiego Kościoła decyduje liczba różnych jego odchyleń. Te bowiem kwitną tylko na podatnym humusie. Jakoś nie słyszałem, by w Belgii czy Szwajcarii kwitły huby w postaci sekt ks. Piotra Natanka, Rycerzy Chrystusa, ks. Jacka Międlara (na szczęście przez episkopat spacyfikowanego) i ojca Tadeusza Rydzyka, a przed gmachami kościelnymi zbierała się straż narodowa na zasadzie pospolitego ruszenia i konfederacji barskiej.

Kulturowe przyczyny tych różnic to oczywiście brak rewolucji kulturalnej 1968 roku, duży procent ludności wiejskiej w strukturze polskiego społeczeństwa i tradycja partycypowania Kościoła w przestrzeni publicznej.

Co prawda dzisiaj polski episkopat coraz bardziej się pluralizuje, choć akurat w ostatnich dniach przedstawiciele niekrucjatowego Kościoła w episkopacie – Henryk Gulbinowicz i Stanisław Dziwisz – ustąpili w niesławie, osłabiając liberalne skrzydło z takimi biskupami jak Grzegorz Ryś, Andrzej Czaja, Wojciech Polak i Piotr Libera, czy nawet centrystów jak Stanisław Gądecki i Kazimierz Nycz.

Gdzie się sytuuje polski Kościół z perspektywy papieża Franciszka, dobrze widać na jednym przykładzie: minął kolejny konsystorz [zebranie Kolegium Kardynałów – red.], a żaden polski biskup nie otrzymał od papieża kapelusza kardynalskiego.

Oddalmy się trochę i spójrzmy na cały Kościół. Jakie aktualnie prądy się w nim ścierają, w którą stronę prowadzi go papież Franciszek?

Zacznijmy od różnic geograficznych, bo one są dzisiaj bardzo wyraźne.

W większości liberalny Kościół w Europie Zachodniej ma się nijak do ultrakonserwatywnego Kościoła w Afryce. Nieprzypadkowo kardynał Robert Sarah z Gwinei, prominentny krytyk obecnego pontyfikatu i personalne odkrycie polskiego papieża, wierzgał nogami i próbował zarekomendować się w Kościele powszechnym jako obrońca fundamentalizmu katolickiego. Głośno oręduje za mszą odprawianą jak przed Soborem Watykańskim II tyłem do ludzi, a ideologię gender stawia na równi z Państwem Islamskim.

Afrykański episkopat, podobnie jak w Kościele anglikańskim, najchętniej zachowałby etyczny konserwatyzm, rodem z XIX wieku.

Kościół afrykański ze swoją homofobią jest w tej chwili głównym hamulcem dla papieża Franciszka przy zreformowaniu nie tyle doktryny, ile praktyki duszpasterskiej w Kościele powszechnym. Jednocześnie jest jedynym rosnącym, zarówno pod względem liczby wiernych, jak i kapłanów.

Dlatego pozostaje Franciszkowi możliwość jedynie nadania większej autonomii lokalnym Kościołom kosztem centralizmu rzymskiego. Tego chciałby właśnie Kościół w Niemczech, Austrii, ale także w Amazonii, gdzie przy kolosalnych odległościach brakuje księży, gdyż mężczyzna musi mieć żonę. Lokalny status dla żonatych księży w Amazonii wydaje się logicznym rozwiązaniem.

No właśnie, co z Ameryką Południową? Przed Afryką, to tam biło serce Kościoła.

Generalnie Kościół w Ameryce Łacińskiej i południowej – wciąż najliczniejszy na świecie – znajduje się pod silną presją ruchów zielonoświątkowców z USA i traci na znaczeniu na ich rzecz, jak i wskutek powrotu do religii naturalnych autochtonów. Szczególnie w państwach leżących wzdłuż pasma Andów.

Między innymi dlatego, że

Kościół katolicki obciąża hipoteka przeszłości: z okresu kiedy stanowił podporę miejscowych prawicowych reżimów, a jeszcze wcześniej kolonistów europejskich. Uderzenie w teologię wyzwolenia przez duet Jan Paweł II – kard. Ratzinger dodatkowo podcięło mu skrzydła.

Nie ominęły go także skandale seksualne. Jeden z pierwszych wywołał akurat najbardziej znany argentyński ksiądz, Julio Cesare Grassi, który za gwałty na nieletnich został skazany 15 lat więzienia. Dziś zarzuty o nadużycia seksualne wysuwane są w Argentynie przeciwko 80 duchownym.

Najbardziej jednak skandale seksualne duchownych podmyły fundament Kościoła w Chile, gdzie słowo biskupa znaczyło jeszcze niedawno tyle samo co ministra. Kościół był jeszcze bardziej upolityczniony niż polski i posiadał bezpośredni wpływ na uchwalane przez parlament ustawy. Przestępstwa seksualne ks. Fernando Karadimy, ultrakonserwatywnego duchownego, który wcześniej należał do zaufanego kręgu dyktatora Pinocheta, oraz innych duchownych ze wszystkich diecezji kraju, spowodowały, że jeśli w 1995 roku 74 proc. Chilijczyków deklarowało się jako katolicy, to obecnie procent ten spadł do 45. Przeciwko 219 duchownym toczą się obecnie postępowania przed sądami świeckimi.

W Peru z kolei autorytet Kościoła nadszarpnął założyciel hołubionego przez Jana Pawła II ruchu apostolskiego Sodalitium Christianae Vitae Fernando Figari, w młodości bojownik ultraprawicowych, katolickich grup falangistycznych. On oraz trzej dalsi członkowie sodalicji zostali zdemaskowani jako drapieżcy seksualni, a sama sodalicja oskarżona o pranie mózgu wśród swoich członków i sekciarskie skłonności.

Kościół latynoski do dziś godzi się na synkretyzm, czyli symbiozę katolicyzmu z endogenicznymi religiami. W Boliwii np. w dzień Wszystkich Świętych chodzi się na cmentarze, by kapłan mógł poświęcić trupie czaszki. Na całym kontynencie za modne uchodzi odprawianie egzorcyzmów.

A co z Zachodem?

W USA Kościół to inkubator ruchów konserwatywnych wśród laikatu, co należy tłumaczyć rywalizacją o rząd dusz z ewangelikami. Trawią go konsekwencje fali ujawnień afer seksualnych z poprzednich dwóch dekad w postaci licznych wystąpień z szeregów Kościoła i finansowych zadośćuczynień.

To samo dotyczy liberalnej Europy. Nieprzypadkowo też europejscy kardynałowie pod przewodnictwem purpurata z Mediolanu, kardynał Carla M. Martiniego stworzyli tzw. Grupę z Sankt Gallen. W obliczu skrętu na prawo Jana Pawła II, zwłaszcza przy obsadzeniu konserwatystami stolic biskupich, miała ona nie dopuścić do elekcji duchowego pobratymca polskiego papieża. To udało się dopiero w 2013 roku. Wysiłek elekta Grupy z Sankt Gallen, papieża Franciszka, idzie więc w kierunku decentralizacji i zwiększenia kolegialności biskupów, co napotyka jednak na większościowy opór tradycjonalistów w episkopacie światowym i w Kurii Rzymskiej, efekt nominacji biskupich dwóch poprzedników.

Prof. Arkadiusz Stempin* – historyk, politolog, watykanista. Wykładowca Wyższej Szkoły Europejskiej w Krakowie oraz Uniwersytetu we Fryburgu.

Udostępnij:

Sebastian Klauziński

Dziennikarz zespołu śledczego. Pracował w „Gazecie Wyborczej” i „Newsweeku”. Od 2018 roku w OKO.press. Finalista Nagrody Radia ZET oraz Nagrody im. Dariusza Fikusa za cykl tekstów o “Układzie wrocławskim”. Trzykrotnie nominowany do nagrody Grand Press.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne