0:000:00

0:00

Prawa autorskie: AFPAFP

Jeszcze niedawno Mychajło Podolak, doradca prezydenta Zełenskiego, mówił, że czas przestać myśleć o NATO i postawić na nowy sojusz. Pojawiały się głosy, że w jego skład miałyby wchodzić m.in. Polska, USA czy Wielka Brytania. „Mówią, że ten sojusz da nam dokładnie takie gwarancje, jakie daje 5 artykuł Traktatu Północnoatlantyckiego NATO. Ale ta obietnica jest naiwna. Ona na pewno nie będzie zrealizowana” - piszą na łamach „Jewropejśkiej Prawdy” Serhij Syrodenko i Hanna Szelest.

Według autorów ta obietnica jest naiwna, ale naiwne są też trzy, często powtarzane w Ukrainie, tezy: „NATO jest słabe”, „NATO nigdy nas nie przyjmie” i „NATO nam nie pomaga”. To są mity - piszą autorzy.

Wspominają przy tym słowa Zełenskiego, który w niedawnym wywiadzie dla CNN stwierdził, że „gdyby Ukraina była członkiem NATO, wojna by się nie rozpoczęła” i konfrontują je z wypowiedziami Kijowa z ostatnich kilku tygodni, po rozpoczęciu rozmów pokojowych z Rosją. Od tego czasu oficjalny przekaz brzmiał następująco: sojusz jest nam do niczego niepotrzebny, bo jest słaby i nawet swoich członków bronić nie będzie.

Potencjalna neutralność może być warunkiem strony rosyjskiej, a autorzy widzą szanse na pokój tylko w rozmowach. Mimo że Rosja chce neutralności Ukrainy, problem jest zasadniczy: dążenie do wstąpienia do NATO i UE jest wpisane w preambule do ukraińskiej konstytucji po jej modyfikacji w 2019 roku. Aby ogłosić się krajem neutralnym, Ukraina musiałaby zmienić ustawę zasadniczą, a to, po pierwsze, nie jest możliwe podczas stanu wojennego, a po drugie, prawdopodobnie by nie przeszło w parlamentarnym głosowaniu.

Syrodenko i Szelest stwierdzają, że paradoksalnie nadzieja jest w Zachodzie. To Zachód musi zmienić swoje stanowisko. W sytuacji rozmów pokojowych, kiedy wojska rosyjskie zostałyby pokonane, Ukraina musiałaby przekonać NATO, aby... z niej zrezygnowało. To może być trudne, ale według autorów: może się udać.

Przeczytaj także:

Gdzie jest Szojgu, a gdzie jest Misza?

Tymczasem według ukraińskiego wywiadu Putin ma zamiar zabronić Rosjanom opuszczania Krymu. Chodzi o ruch na Moście Krymskim, łączącym półwysep z główną częścią Rosji. Oficjalną przyczyną ma być walka z ukraińskimi dywersantami i zapobieżenie atakom terrorystycznym, jednak według ukraińskiego wywiadu chodzi o coś innego:

to reakcja na niepokój wśród obywateli Rosji, którzy przyjechali na Krym po rozpoczęciu okupacji.

Ukraińskie służby podają, że wśród tych, którzy w ostatnim tygodniu zdecydowali się wyjechać, są również rodziny rosyjskich urzędników i wojskowych, którzy próbują sprzedawać nawet swoje mieszkania.

Dużą konsternację wywołuje również zniknięcie z przekazów medialnych rosyjskiego ministra obrony Siergieja Szojgu. Podolak pisze na Telegramie, że już od ponad dwóch tygodni Szojgu nie występuje publicznie – ostatni raz pojawił się 11 marca. Podobnie rzecz się ma z szefem Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej generałem Gierasimowem.

Milczą też ekonomiści, zaś wypowiadają się głównie szef rosyjskiej dyplomacji Ławrow, „który za granicą próbuje dowieść, że Rosja nie zabija pokojowo nastawionych obywateli”, oraz rzecznik Kremla Pieskow, „który okazjonalnie szczerze w ierzy, że wszystko idzie zgodnie z planem operacji specjalnej”.

Gdzie jest Szojgu? Cytowane przez „Ukrinform” i „Hromadske” rosyjskie „Agentstwo” pisze, że w otoczeniu ministra mówi się o jego problemach z sercem, z powodu których mniej się udziela, mimo że znany był ze swojej słabości do mediów.

Podczas gdy jedni znikają lub jadą jak najdalej od Ukrainy, inni wybierają zupełnie inny kierunek. Głośna w ostatnim czasie była sprawa rosyjskiego żołnierza, który ukradł czołg rosyjskiej armii i przekazał go stronie ukraińskiej, o czym pisało m.in. „Hromadske”. Zanim podjechał w umówione miejsce, wojsko Ukrainy sprawdziło za pomocą drona, czy na pewno jest sam i czy to nie zasadzka – okazało się, że nie. „Misza”, jak nazywa żołnierza doradca ministra spraw wewnętrznych Ukrainy Wiktor Andrusiw, zdezerterował.

„Sensu dalszej walki dla okupanta nie widział, a do domu wrócić nie mógł, bo jego komandor powiedział, że go rozstrzela i stwierdzi, że umarł w walce”, pisze „Hromadske”.

Po zakończeniu wojny Misza dostanie od Ukrainy 10 tys. dolarów i będzie mógł się ubiegać o obywatelstwo, a do tego czasu ma mieć zapewnione wygodny pokój.

Nie żal niczego

Czołgi budzą jednak głównie przerażenie. Jak podaje biuro ukraińskiej prokuratorki generalnej, w okolicach Charkowa rosyjski czołg rozstrzelał auto, w którym znajdowała się rodzina z dwójką dzieci – przed ostrzałem krzyczeli, że są cywilami i machali białą flagą. Nic to nie dało. Przeżył tylko 17-latek, którego ciężko zraniono. Rodzice i dziewięciolatka zostali zabici.

Szerokim echem odbił się również pierwszy domniemany przypadek gwałtu dokonanego przez rosyjskich żołnierzy. Napisała o tym już sama prokuratorka generalna Ukrainy, Iryna Benediktowa. Żołnierze są podejrzani o gwałt na żonie zabitego wcześniej mieszkańca rejonu browarskiego w centralnej części Ukrainy. Oprócz kilkukrotnego gwałtu Rosjanie również grozili kobiecie oraz jej niepełnoletniej córce użyciem broni.

Czasem i to nie wystarczy. W Hostomelu na przykład Rosjanie podpalili stajnię pełną koni. Najwyraźniej rosyjskiej armii nawet koni nie jest żal.

;

Udostępnij:

Maciej Grzenkowicz

dziennikarz i reporter, autor książki „Tycipaństwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone". Prowadzi audycje „Osobiste wycieczki" i „Radiolokacja" w Radiu Nowy Świat.

Komentarze