0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: AFPAFP

„Tutaj, w Monako, auto z ukraińskimi tablicami można znaleźć mniej więcej w pięć minut" – mówi lektor, a w tle przejeżdżają ekskluzywne samochody z ukraińskimi numerami. Co ciekawe, w ogóle nie ocenzurowanymi.

Tak zaczyna się wideoreportaż „Ukrainśkiej prawdy”, „Batalion Monako". Opowiada o bogatych Ukraińcach, którzy po wybuchu wojny uciekli na Lazurowe Wybrzeże. Nie jest to bynajmniej film afirmatywny. Już w pierwszych minutach materiału widzimy dziesiątki drogich aut, a nawet jacht.

„Gorszej reklamy, jak się wydaje, niż najnowsze modele bentleyów i maybachów na ukraińskich numerach trudno znaleźć”, czytamy w opisie.

Będę kolaborantem, jak mój tata

Bo jest to przekaz, który mówi: „Ukraińcy mają pieniądze, Ukraińcy jeżdżą maybachami”. A mimo że niektórzy rzeczywiście jeżdżą maybachami, to teraz większość znajduje się w znacznie gorszej sytuacji.

Na przykład ich byli przyjaciele stają się kolaborantami.

Przyjaciele Jewhena Bałyćkiego mogą czuć się niekomforotowo z tym, że obecnie ich znajomy jest „szefem wojskowo-cywilnej administracji okręgu zaporoskiego”, ale chyba ich to nie dziwi.

W nowej serii artykułów na łamach „Ukrainśkiej prawdy” dziennikarze przedstawiają życiorysy ukraińskich kolaborantów. Tych, którzy się złamali i zaczęli współpracować z rosyjskimi okupantami. Na pierwszy ogień poszli ci z Zaporoża; między innymi właśnie Bałyćkyj.

Sam kiedyś mówił, że chciał zostać prezydentem Ukrainy, a także, żeby jego dzieci osiągnęły więcej, niż ich ojciec. Są małe szanse, że nim zostanie, a dzieci, cóż, na razie idą udeptaną ścieżką.

Bałyćkyj przed Euromajdanem był członkiem prorosyjskiej Partii Regionów, a po nim uciekł do Bloku Opozycyjnego. Był deputowanym do Rady Najwyższej, a od 2020 roku rady obwodu zaporoskiego. I mimo że ucieczka z Partii Regionów mogłaby sugerować, że Bałyćkyj porzuci swoje kremlowskie sympatie, to była to tylko zasłona dymna.

Twierdził, że Krym oderwał się od Ukrainy przez banderowców. W związku z tym szanował decyzję ludu krymskiego i z szacunku aż tam się wybierał z rodziną na wakacje; jeden z jego synów mieszkał na półwyspie i wziął rosyjskie obywatelstwo, a drugi poszedł tam na uniwersytet.

Po 24 lutego eksdeputowany nawet przez chwilę się opierał. Rosjanie byli już na Zaporożu, ale on prosił, aby mieszkańcy obwodu nie odpowiadali na rosyjskie prowokacje, a sam „wierzył w mądrość naszych polityków: prezydenta Zełenskiego i prezydenta Putina”. Potem jego prezydentem był już tylko jeden z nich.

W maju Bałyćkyj dostał nową pracę. Zdjęcie w artykule „UP” przedstawia go siedzącego na tle rosyjskiej flagi i zdjęcia Putina i nie wygląda na fotomontaż. Podpisano: „Bałyćkyj na posadzie głównego kolaboranta Zaporoża”.

Przeczytaj także:

AAA Sprzedam samochód sąsiada

A jak nie kolaboranci, to oszuści.

Jewa Jurczenko z „Dzerkała Tyżnia” opisuje różne sposoby, na które oszuści wykorzystują wojnę. Na początku działań zbrojnych również dla oszustów ta sytuacja była nowa i musieli się do niej dostosować, ale teraz już się dostosowali, i to nawet lepiej niż zwykli mieszkańcy.

Na przykład: ludzie, którzy uciekają od wojny, często w popłochu zostawiają swoje mieszkania i samochody ze wszystkimi dokumentami, czasem dają klucze znajomym na przechowanie. Nie wszyscy znajomi mają jednak czyste intencje.

Może się okazać, że nie będzie się już dało wejść z powrotem do swojego domu, bo został już sprzedany, a swojego samochodu lepiej będzie szukać w Polsce niż w Ukrainie.

Problem jest nie tylko po stronie tych, którzy swój dobytek stracili – trzeba również uważać kupując nieruchomości i auta.

Ci, którzy jeszcze nie zostawili swoich mieszkań, ale mają zamiar to zrobić, bo żyją na niebezpiecznych obszarach Ukrainy, muszą mierzyć się z innym wyzwaniem. Jak stamtąd wyjechać? Ci, którzy nie mają samochodów, muszą się uciekać do usług prywatnych przewoźników. Wśród nich są jednak oszuści, chociaż dość łatwo ich rozpoznać: jeśli chcą pieniędzy z góry, prawdopodobnie nigdzie nikogo nie dowiozą.

Oszuści wykorzystują nie tylko tragiczną sytuację swoich ofiar, ale też ich dobre intencje. Wśród morza zbiórek pieniędzy na autentyczne potrzeby wojskowe pojawiają się również zbiórki fałszywe, których twórcy zgarniają cały zysk dla siebie. Niektórzy dostają też prywatne wiadomości z prośbą, aby przesłać pieniądze na pomoc humanitarną. Oszuści podają się za znajomych ofiar.

Dzwonek na przerwę i alarm rakietowy

Zbliża się wrzesień i pojawia się pytanie: jak uczyć pod ostrzałami rakietowymi?

Dotychczas większość szkół na terenie Ukrainy prowadziło naukę zdalnie, nawet tam, gdzie nie przebiegała linia frontu. Jak będzie w tym roku, zastanawia się Ołesia Bida z „hromadske” wraz z zajmującym się prawami uczniów ombudsmanem ds. oświaty Serhijem Gorbaczowem.

„Teraz mogę z pewnością powiedzieć, że 50-60 proc. rodziców w Ukrainie przychyla się do nauki zdalnej" – opowiada Gorbaczow. - Do tego im dalej na wschód, tym więcej zwolenników nauczania online. Taka sytuacja jest też w tych miastach, które już się stały obiektami ataków rakietowych, jak w Winnicy czy w Kremenczuku.

Z tego wynika, że jest też sporo osób, które wolałyby, aby nauka odbywała się w trybie stacjonarnym. Ale w wielu regionach Ukrainy, i to nie tylko wschodnich, codziennie słychać alarmy rakietowe. Bida pyta więc, czy nauczyciele mają wtedy prowadzić zajęcia w schronach. Gorbaczow odpowiada, że nie ma takiego wymogu. Oczywiście, jeśli byłaby taka możliwość, to tak byłoby najlepiej. „Ale wymagać od nauczyciela, aby w piwnicy podczas alarmu koniecznie prowadził zajęcia – to zbyt wiele”.

Problem jest też za dwoma granicami. Działań zbrojnych i samej Ukrainy.

Na tymczasowo okupowanych terytoriach ukraińskie dzieci nie mogą się uczyć w ukraińskich szkołach. Sprawczość ukraińskiego ministerstwa oświaty tam nie sięga. Rosjanie wprowadzają do szkół rosyjskie curricula i grożą tym, którzy nie chcą współpracować. Gorbaczow mówi, że najważniejsze w takiej sytuacji są życie i zdrowie. Trzeba być ostrożnym i nie współpracować z okupantem dobrowolnie.

Za drugą granicą jest inny problem. Od ukraińskich dzieci, które uciekły z kraju z rodzicami, często wymaga się, aby chodziły do szkoły w państwie, które je przyjęło. Nie chodzi tu nawet o kwestie językowe, ale o to, że te dzieci tracą kontakt z ukraińską kulturą. Mogłyby uczestniczyć częściowo w zajęciach online, które pozwalałyby im zachować związek z Ukrainą, ale te lekcje odbywają się najczęściej w tych samych godzinach, co zajęcia w szkołach, do których muszą uczęszczać.

Kara zbiorowa Allaha

Ci, którzy nie mogą uciekać do Monako, uciekają się do Boga.

Jak Said Ismachiłow, były imam, obecnie kierowca, jeżdżący z paramedykami do obszarów objętych wojną. Jest jednym z najbardziej wpływowych znawców islamu w Ukrainie.

Dzięki temu też wiedział wcześniej, że będzie wojna. Mówili mu to muzułmanie, którzy uciekali z Rosji i widzieli, co się szykuje. Ismachiłow w tym przypadku nie liczył jednak tylko na Boga, bo już w grudniu zaczął się szkolić w Buczańsko-Irpińskim Batalionie Obrony Terytorialnej. Po jej wybuchu rozpoczął współpracę z paramedykami z ACAP Hottabycz, których poznał już wcześniej, w 2014 roku. Wywoził ludzi z Romaniwki. Inni się bali.

Działał w okolicach Kijowa, w tym tam, gdzie Rosjanie dokonywali masowych mordów.

„Okej, jest pan człowiekiem wierzącym i wjeżdża pan do Buczy. Jak sobie pan odpowiadał na pytania „Panie, czemu?”, kiedy pan zrozumiał, jakich okrucieństw dopuszczano się na miejscowych?" - pyta byłego imama Łana Samochwałowa z „Ukrinform”.

„Ja nigdy nie pytam: »Panie, czemu«, ja dokładnie wiem, czemu".

„Czemu?"

"Dlatego, że wszystkim nam w życiu przychodzi przejść pewne próby, a czasem dostajemy karę za to, że dopuszczaliśmy się grzechów, byliśmy niedoskonali. Więc kiedy coś się dzieje, nigdy nie pytam: »Boże, czemu?«. Ja rozumiem, że to jest albo próba dla mnie, albo kara, osobista lub kolektywna, bo w islamie jest również zjawisko kary zbiorowej, kiedy ludzie niewystarczająco poważnie odnoszą się do pewnych zagadnień, przyzwalają na pewne problemy, to Pan może ukarać całą ludność całego miejsca, całą miejscowość, cały kraj".

Ismachiłow nie twierdzi jednak, że wojna w Ukrainie jest karą za grzechy Ukraińców. Chodzi raczej o to, że niewystarczająco „pragnęli niezależności, świadomości narodowej, nie byli wystarczająco gotowi bronić swojego kraju”.

A próba jest w tym, że w końcu jest możliwość, by stać się pełnoprawnym państwem.

;

Udostępnij:

Maciej Grzenkowicz

dziennikarz i reporter, autor książki „Tycipaństwa. Księżniczki, Bitcoiny i kraje wymyślone". Prowadzi audycje „Osobiste wycieczki" i „Radiolokacja" w Radiu Nowy Świat.

Komentarze