72 proc. wyborców PO i 65 proc. wyborców N. uważa, że partie powinny się zjednoczyć - wynika z sondażu "Rzeczpospolitej". Właśnie ogłoszono decyzję o koalicji. Podział liberalnego centrum przyczynił się do bezwzględnej większości PiS, a rywalizacja PO i N. była jedną z przyczyn słabości sejmowej opozycji. Będzie lepiej? Analiza OKO.press

Blamaż parlamentarnej opozycji podczas głosowania nad obywatelskim projektem złagodzenia ustawy aborcyjnej sprawił, że powróciła dyskusja o przemeblowaniu polskiej sceny politycznej.

W sondażu Ipsos dla OKO.press przeprowadzonym w dniach 11-13 stycznia 2018 sprawdziliśmy, jakie poparcie miałyby dwa hipotetyczne bloki opozycyjne: koalicja czterech partii z parlamentarnym stażem (PO, Nowoczesna, SLD i PSL) oraz koalicja Partii Razem, Inicjatywy Polskiej, Zielonych, komitetu wyborczego Roberta Biedronia, a także „ruchów miejskich” i „kobiecych” – czyli całego wielonurtowego środowiska pozaparlamentarnej lewicy.

Koalicja „w obronie demokracji” PO+N+SLD+PSL dostała w naszym sondażu 28 proc. głosów, a „lewicowa alternatywa” – 11 proc. Start partii w takich blokach koalicyjnych m.in. ze względu na specyfikę naszej większościowej ordynacji wyborczej odebrałby Zjednoczonej Prawicy większość w Sejmie.

Podobną drogą poszła „Rzeczpospolita” w sondażu przeprowadzonym przez Ipsos. Respondentów zapytano o ich opinie na temat zjednoczenia różnych środowisk politycznych (osobno lewicowych i centroprawicowo-liberalnych).

Bodaj najciekawszy wniosek z badania to szerokie poparcie dla zjednoczenia Platformy Obywatelskiej i Nowoczesnej wśród ich wyborców (odpowiednio 72 proc. i 65 proc. jest za zjednoczeniem). 71 proc. wyborców PO i 86 proc. wyborców N. chciałoby, aby partie zjednoczyły się pod nową nazwą.

Choć słuchanie sondażowych opinii niekoniecznie jest dla polityków dobrą drogą (wyborcy niemal zawsze popierają „zjednoczenie”, bo to po prostu dobrze się kojarzy; nie zważają przy tym na polityczną pragmatykę), to w tym wypadku trudno zignorować fakt, że mamy w Sejmie dwie partie o zbliżonym programie, które rywalizują ze sobą o ten sam elektorat i na razie jest to gra o sumie ujemnej. W naszym sondażu ze stycznia łączne poparcie dla tych dwóch partii spadło ok. 8 proc. w porównaniu z ich wynikiem wyborczym z października 2015 roku. Koalicja w wyborach samorządowych jest więc racjonalną decyzją – dla obu partii.

Ale dlaczego w ogóle mamy w Sejmie dwie partie o tak zbliżonym profilu? Czy są skazane na zjednoczenie? Czy bardziej opłacałoby się ono Platformie czy Nowoczesnej?

Odpowiedź na te pytania zmieniała się zbiegiem czasu, więc sięgnęliśmy do prahistorii, czyli 2015 roku.

Nowoczesna, czyli „lista Balcerowicza”

Nowoczesna Ryszarda Petru powstała wiosną 2015 roku na fali rozczarowania schyłkowym okresem rządów PO u jej najbardziej liberalnych wyborców. Poczuli się oni oszukani przez rząd, zwłaszcza gdy ten w 2014 roku przeniósł z OFE do ZUS obligacje i papiery gwarantowane przez Skarb Państwa i ograniczył część składki emerytalnej przekazywanej do OFE. Ta operacja księgowa uchroniła państwo przed spiralą zadłużenia, ale została bardzo źle przyjęta m.in. przez część dziennikarzy i publicystów wcześniej sympatyzujących z PO – rząd faktycznie złamał pewien kontrakt z obywatelami, nawet jeśli nie miał innego wyjścia. Powody rozczarowania były też inne: brak świeżości w PO, jej nieumiejętność zastępowania starszych polityków młodszymi, niespójna polityka w kwestach równouprawnienia kobiet i osób nieheteroseksualnych.

Jednak to wątek powrotu do wolnorynkowych korzeni był szczególnie akcentowany w kampanii Nowoczesnej.

Jeszcze nieistniejąca partia wystartowała w sondażach jako „Lista Balcerowicza” i od razu dostała 11 proc. poparcia (kosztem PO, która straciła 13 proc. i zaczęła przegrywać z PiS).

Stowarzyszenie Nowoczesna.pl założone przez Ryszarda Petru chciało budować „perspektywę lepszego jutra” poprzez „wolny rynek, nieskrępowaną przedsiębiorczość, ograniczone, ale skuteczne państwo” Na kongresie założycielskim Nowoczesnej wystąpił m.in. Rafał Brzoska, szef spółki Inpost (wówczas  uważany za człowieka sukcesu, teraz bardziej znany z faktu, że niemal dosłownie sprzedał swoich pracowników, by nie musieć im płacić), popularny prezydent Nowej Soli Wadim Tyszkiewicz i Karolina Wigura z „Kultury Liberalnej”. W przekazie dominował wolnorynkowy pryncypializm.

„Ta wolność gospodarcza spowodowałaby (…), że w końcu pracodawca będzie zabiegał o pracownika. Wtedy będzie dużo mniej »umów śmieciowych«, Polacy będą więcej zarabiali” – mówił ze sceny na warszawskim Torwarze Ryszard Petru. Do wyborów partia szła z postulatami przypominającymi program PO z początków jej działalności:

  • Podatek liniowy 3 x 16
  • Likwidacja przywilejów emerytalnych
  • Likwidacja „nadmiernych przywilejów związkowych”
  • Zmiana Karty Nauczyciela („nie powinna dłużej chronić tych, którzy do tego zawodu się nie nadają”)

Do tego kilka postulatów mogących dla odmiany spodobać się wyborcom lewicy (świeckie państwo, związki partnerskie) oraz limit dwóch kadencji dla posłów i samorządowców.

PO – partia dla wszystkich

W tym czasie PO po 14 latach w parlamencie i 8 latach rządów była partią o dość nieokreślonej ideologii.

„W naszych szeregach spotykają się ludzie o poglądach konserwatywnych, liberalnych i socjaldemokratycznych” – deklarowała premier Ewa Kopacz we wstępie do programu PO w 2015 roku. Na wyrost, bo PO wciąż miała wyraźny liberalny przechył. Ale choć PO zaczynała jako partia dogmatycznie wolnorynkowa (deregulacja, tanie państwo), to zwłaszcza ostatnich latach rządów górę wzięła pragmatyka. W programie wyborczym PO zapowiadała m.in.:

  • Godzinową stawkę minimalną 12 zł
  • Likwidację składek i wprowadzenie jednolitego podatku z min. stawka 10 proc i maksymalną 39,5 proc.
  • ZUS i NFZ finansowane bezpośrednio z budżetu
  • Zwiększenie zasiłków rodzinnych
  • Likwidację etatów związkowych

Program Platformy na tle programu Nowoczesnej wyglądał całkiem… nowocześnie. Progresję podatkową za względu na niebezpiecznie rosnące nierówności rekomenduje ostatnio nawet Międzynarodowy Fundusz Walutowy, podczas gdy Nowoczesna powróciła programem do wzorców sprzed kilkunastu lat – to wtedy w krajach naszej części Europy popularny był postulat podatku liniowego. Z kolei w kwestiach równouprawnienia PO jawiła się jako partia bardziej konserwatywna od Nowoczesnej, choć przez lata obiecywała np. związki partnerskie.

Ale choć programy partii różniły się, ich przedstawiciele posługiwali się podobnym kodem. Chcieli wolnorynkowej modernizacji, byli jednoznacznie proeuropejscy, odwoływali się do podobnej technokratycznej estetyki (N. bardziej korporacyjnej, PO bardziej urzędniczej), akcentowali nadmierne ich zdaniem przywileje związków zawodowych i obciążenia przedsiębiorców.

Wybory czyli porażka

Rywalizacja tych partii mogłaby wzbogacić naszą politykę, wprowadzić do niej więcej programowej dyskusji. Jest jednak jeden problem – ordynacja wyborcza. A ta u nas nieubłaganie premiuje większe partie. Nowoczesna odebrała PO część wyborców, a zarazem – co nikogo nie zaskoczy – nie była w stanie odebrać żadnych wyborców PiS. Oznaczało, że cały obóz konserwatywno-liberalny stracił mandaty.

Pokazuje to analiza prof. Jarosława Flisa z UJ. Hipotetyczna wspólna lista PO i N w wyborach w październiku 2015 roku z łącznym poparciem 31,7 proc uzyskałaby 177 mandatów w Sejmie – 11 więcej niż partie te uzyskały w rzeczywistości. To odebrałoby większość PiS-owi (uzyskałby 226 mandatów), nawet przy założeniu, że Zjednoczona Lewica podejmuje katastrofalną dla niej decyzję o starcie w formule koalicji, co podwyższa jej próg do 8 proc. i wyklucza z Sejmu.

Stało się jednak inaczej. PO uzyskała 138 mandatów, a  Nowoczesna – 28 mandatów. Łącznie o 41 mniej niż sama Platforma w 2011 roku.

Po wyborach – bratobójcza walka

Polacy słabo identyfikują się z popieranymi przez siebie partiami politycznymi – wynika z badań CBOS z kwietnia 2017 roku. Tylko jedna piąta wyborców czuje się silnie związana z ugrupowaniem, na które ma zamiar głosować. Wyborcy PiS są najsilniej związani z tą partią, ale i tak ogromna większość z nich nie czuje z nią żadnego związku lub czuje słaby. Wyborcy PO i N identyfikują się z tymi partiami jeszcze słabiej. Zaledwie 11 proc. wyborców Nowoczesnej silnie z nią identyfikuje a 37 proc w ogóle nie czuje związku. PO wypada tylko nieco lepiej – jest to odpowiednio 13 i 33 proc.

Te wskaźniki nieźle tłumaczą to, co stało się po wyborach. Gdy PiS zaczął demontować praworządność w Polsce rozpoczynając od ataku na Trybunał Konstytucyjny, Nowoczesna zareagowała sprawnie, zwłaszcza, że nie miała konkurencji – PO właśnie wybierała przewodniczącego, co jest wyzwaniem dla każdej partii, a protesty lewicy (partii Razem, bo SLD wciąż dochodziło do siebie po opuszczeniu Sejmu) były słabo słyszalne spoza trybuny sejmowej. Część wyborców PO niemal z dnia na dzień zaczęła deklarować poparcie dla N. Tę falę – chwilową jak się miało okazać – widać w naszym zestawieniu sondaży.

Poparcie dla PiS, PO i Nowoczesnej. Sondaże telefoniczne Kantar Millward Brown od wyborów 2015 roku

W grudniu 2015 roku poparcie dla N. sięgnęło 30 proc. Partii udało się zdyskontować falę protestów organizowanych przez Komitet Obrony Demokracji – niektóre z nich oficjalnie odbywały się nawet pod szyldem Nowoczesnej. Ryszard Petru zdążył jeszcze złożyć wyborcom życzenia świąteczne jako samozwańczy „lider opozycji”. Zwyżka sondażowa Nowoczesnej trwała przez rok, choć w międzyczasie partia otrzymała potężny cios – straciła dotację budżetową. Jeszcze w grudniu 2016 partii udało się uzyskać świetny wynik (głosowanie w sali kolumnowej, ograniczenia w pracy dziennikarzy sejmowych i protesty pod Sejmem).

Ale potem nastąpiła kolejna katastrofa – Madera, czyli wyjazd Ryszarda Petru na wakacje w czasie, gdy domontowano kolejny filar praworządności w Polsce, a zmarznięci protestujący koczowali pod Sejmem.

Od tego momentu zaczyna się sondażowy zjazd Nowoczesnej. Rok później partia zaczyna spadać pod próg wyborczy.

Z kolei Platforma po początkowym wstrząsie powoli się odbudowywała. Partia wydała sporo, by zorganizować wielką demonstrację w Warszawie, wykorzystując przy tym energię KOD. W ten sposób pokazała się jako główna siła broniąca demokracji, detronizując Nowoczesną. Na moment, za sprawą porażki polityki europejskiej PiS, udało jej się też wyjść na prowadzenie w sondażach (być może dlatego, że przez chwilę „liderem” partii znów stał się Donald Tusk, przynajmniej w mediach).

Zaczęła też zmiany programowe, które podkopały sens istnienia Nowoczesnej – głównym ekspertem partii został prof. Andrzej Rzońca, wcześniej związany m.in. Fundacją Obywatelskiego Rozwoju Leszka Balcerowicza.

PO wróciła do mocno liberalnej retoryki. „Musimy wrócić do urynkowienia polskiej gospodarki” – mówił Schetyna prezentując program samorządowy.

Schetyna zadeklarował, że „tym, którzy zechcą, przeniesiemy obligacje z powrotem do filaru kapitałowego, obniżając wszystkie opłaty, lub zamienimy na akcje spółek Skarbu Państwa”. To co prawda zupełnie niemożliwe, ale taka deklaracja ma pokazać, że PO już niczym istotnym nie różni się od Nowoczesnej.

Zabiegi PO wobec N. były doradca Ryszarda Petru nazwał „czyszczeniem przedpola”. Najbardziej widowiskowy przykład, to oszukanie Nowoczesnej w kwestii wspólnego kandydata w Warszawie. Wbrew wcześniejszym uzgodnieniom Schetyna jednostronnie ogłosił, że kandydatem będzie Rafał Trzaskowski, ośmieszając przy okazji Ryszarda Petru jako polityka. Petru wkrótce przegrał wybory na szefa Nowoczesnej (z czym do dzisiaj nie bardzo się pogodził), a Katarzyna Lubnauer odziedziczyła po nim podzieloną i zdezorganizowaną partię bez pieniędzy.

Gdzie dwóch się bije

Ta rywalizacja byłaby pasjonująca, gdyby nie to, że PO i N. nie są jedynymi partiami w Polsce. Zajęte sobą nie były w stanie wykorzystać niespodziewanego chaosu przeciągającej się rekonstrukcji rządu. Nagłe przepływy poparcia z jednej do drugiej partii osłabiły wiarę w trwałość i skuteczność obu z nich. Fakt, że programowo PO upodobniła się do N. nie pomaga tej pierwszej – po kryzysie w 2009 roku wiara w nieskrępowany wolny rynek spadła na całym świecie, również w Polsce.

Mateusz Morawiecki, polityk o wizerunku technokraty, deklarujący, że nie chce „ani socjalizmu ani neoliberalizmu” może lepiej zaspokajać oczekiwania społeczne niż ortodoksyjni liberałowie.

PO i N nie potrafiły też odczytać nastrojów obywatelskiej opozycji, która ma coraz wyraźniejszy progresywny i lewicowy charakter. Obie partie zaliczyły serię kompromitacji w głosowaniach – od poparcia większych uprawnień dla myśliwych, po ostatni blamaż przy obywatelskim projekcie liberalizacji ustawy aborcyjnej.

Teraz partie zapowiedziały koalicję w wyborach samorządowych. To powinno oznaczać koniec walki: Nowoczesna przegrała rywalizację z Platformą, która góruję nad nią finansowo i organizacyjnie. Dosłowne zjednoczenie nie miałoby sensu – N. nie ma PO wiele do zaoferowania, ani organizacyjnie ani tym bardziej finansowo, a sama operacja byłaby skrajnie skomplikowana.

Obie partie mogą jednak funkcjonować dzieląc się zadaniami i taka symbioza może tworzyć wartość dodaną.

Nowoczesna kierowałby swoją ofertę wyłącznie do części miejskiej klasy średniej i przedsiębiorców, i nie aspirowałaby do niczego więcej. Platforma miałaby nieco bardziej umiarkowane, powszechne i konserwatywne oblicze. Partie nie wchodziłyby sobie w drogę, i mobilizowały tę część elektoratu, w której czują się najlepiej.

Platforma i Nowoczesna mają jeszcze wszelkie instrumenty do tego, by pozbawić PiS większości w Sejmie – choć być może już nie do tego, by z nim wygrać. Wybory samorządowe powinny być dla nich okazją do odbicia się od dna ze względu na spore poparcie w wielkich miastach.

Jeśli tego nie wykorzystają, nie wytłumaczą już tej indolencji swoim wyborcom, a polską scenę polityczną czeka gruntowna przebudowa.

Redaktor i dziennikarz OKO.press. Tłumacz literatury. Pisze o pracy, podatkach i polityce społecznej.


Twoje OKO

Specjalne teksty. Niepublikowane taśmy. Poufne wiadomości. Za darmo. Na zawsze.

Załóż konto. Otwórz OKO!