15 września 2020

Zostawili ich na wyspie. Nie umiał pływać, do mamy zadzwonił po raz ostatni. Greckie piekło uchodźców

Grecki rząd chwali się małą liczbą nowo przybyłych uchodźców, Unia Europejska jest dumna, że ma taką „tarczę". Aktywiści nie mają złudzeń, że stoi za tym brutalna praktyka nielegalnych deportacji i odpychania uchodźców. Przy cichym wsparciu Unii na greckich granicach trwa piekło

Patrzcie, chwali się na Facebooku grecki rząd: najniższe statystyki od lat. Rzeczywiście: w 2019 roku przez morze dotarło do Grecji ok 60 tys. uchodźców, w tym roku do sierpnia niespełna 9 tys. W zeszłym roku drogą lądową przyszło ok. 15 tys., w 2020 na razie - 3 tys. Czyżby pomoc na miejscu okazała się skuteczna? Prześladowania się skończyły? Zdaniem aktywistów zaczęły się nowe - w Europie.

Oczy całego świata patrzą na Lesbos, gdzie spłonął przeludniony obóz dla uchodźców pozostawiając 13 tys. osób bez dachu nad głową. Obecne na miejscu organizacje pozarządowe donoszą o ludziach uwięzionych od kilku dni między policyjnymi blokadami, pozostawionych na drodze bez dostępu do jedzenia, wody, schronienia i informacji co dalej.

„Policja użyła wobec uchodźców gazu łzawiącego, wciąż utrudnia dostęp wolontariuszy, ale prawicowym grupom pozwala działać. Poziom dehumanizacji uchodźców jest przerażający"

- relacjonuje OKO.press Paweł Kołodziej z Legal Centre Lesvos.

Pojawiają się nieśmiałe głosy autokrytyki. „W Unii Europejskiej nie ma teraz kryzysu migracyjnego. Ale niestety migranci pozostają w stanie kryzysu" – mówi Ylva Johansson, komisarz UE ds. wewnętrznych. Choć zaznacza, że warunki w obozie to odpowiedzialność Grecji, to przyznaje, że jednym ze źródeł problemu jest porażka reformy azylowej UE.

Unia Europejska ma jednak o wiele gorsze rzeczy na sumieniu niż obecny kryzys na Lesbos. „Jestem bardzo zaniepokojona doniesieniami o odpychaniu migrantów od granic, by nawet nie mogli zawnioskować o azyl" - mówi Johannson, odnosząc się do procederu, o którym organizacje pozarządowe alarmują od lat.

Podczas gdy Unia Europejska od lat debatuje nad rozwiązaniem kryzysu uchodźczego, przeciążone państwa graniczne starają się na własną rękę „poradzić" sobie z napływem uchodźców. Aktywiści kontrolujący przemoc na granicach informują o bezprecedensowej skali nielegalnych odepchnięć (ang. push back) dokonywanych przez służby na unijnych granicach. Od marca ich brutalność szybko rośnie.

Współczesne prawo azylowe opiera się na założeniu, że każda osoba ma prawo wnioskować o ochronę międzynarodową, jeśli w kraju pochodzenia jej życie jest zagrożone. Konwencja Genewska z 1951 roku, która określa większość zasad przyznawania azylu, wprowadza m.in. zasadę non- refoulment. Zakazuje ona odsyłania osób wnioskujących o azyl do krajów, w których grozi im śmierć lub nieludzkie traktowanie. Ta sama zasada zawarta jest także w unijnych przepisach dotyczących wspólnego systemu azylowego.

Pushback - czyli odepchnięcie na granicy te wspólne zasady łamie. W przeciwieństwie do deportacji, która zakłada proces prawny, potwierdzający lub zaprzeczający istnieniu zagrożenia w kraju pochodzenia, odepchnięcia – dokonywane zwykle przez państwowe służby – mają na celu uniemożliwienie złożenia wniosku o azyl albo wydalenie osób z kraju bez koniecznej procedury prawnej.

Termin na początku był używany do opisywania tego, co działo się wzdłuż granic Węgier i Chorwacji z Serbią w 2016 roku, ale praktyka jest obecnie znakiem rozpoznawczym unijnych granic – od grecko- tureckiej po słoweńsko-włoską. „W ciągu ostatnich pięciu lat odepchnięcia stały się ważną, choć nieoficjalną, częścią polityki migracyjnej krajów UE i nie tylko" – informuje sieć monitorująca przemoc na granicach Border Violence Monitoring Network.

Po drugiej stronie tarczy

W marcu media obiegły zdjęcia i nagrania ludzi forsujących grecko-turecką granicę. Prezydent Erdoğan postanowił pokazać swoją siłę. Łamiąc pakt z Unią Europejską, zgodnie z którym ma uchodźców zatrzymać w Turcji, jednostronnie otworzył granice.

Europa zadrżała. „Wojna biologiczna? Turcja próbuje wysłać migrantów zakażonych koronawirusem do Grecji" - pisały greckie gazety. Doniesienia o brutalności greckiej policji, gazie łzawiącym, broni palnej i łamaniu prawa do wnioskowania o azyl wpadały w polityczną próżnię. „Ta granica to nie tylko grecka, ale także europejska granica. Dziękuję Grecji za bycie w tych czasach naszą tarczą" - mówiła przewodnicząca Komisji Europejskiej, Ursula von der Leyen.

Co działo się po drugiej stronie tarczy?

„Niektórzy byli na granicy z własnej woli, innych po prostu tam przywieziono. Zwożono uchodźców z różnych części Turcji i trzymano uwięzionych na granicy przez miesiąc" – mówi OKO.press Natalia Gruber z austriackiej organizacji Josoor, która współpracuje z siecią monitorującą przemoc na granicach, Border Violence Monitoring Network:

„Staraliśmy się dostarczyć im najpotrzebniejszych rzeczy, ale turecka policja uniemożliwiała nam pomoc na szerszą skalę. Robili wszystko, żeby doprowadzić ludzi do rozpaczy i zmusić do próby przejścia granicy".

Pod koniec marca tych, którzy zostali po tureckiej stronie, wywieziono i porzucono w przypadkowych miejscach pośrodku objętej lockdownem Turcji. „Większości z nich wręczono też dokumenty deportacyjne. Jako powód podano próbę nielegalnego przekroczenia granicy. Część osób zabrano na wybrzeże i zachęcano, żeby próbowali płynąć do Grecji" - mówi Gruber.

„Jesteśmy kartami, a oni nami grają" - komentował ojciec jednej z syryjskich rodzin uwięzionych na granicy w Pazarkule.

Grecja, wrzesień 2020. Doriani, stacja kolejowa przy granicy z Macedonią. Grupa osób, która przyjechała tu prawdopodobnie, żeby przejść granicę. Zatrzymani przez policję, która czekała na nich na peronie.Karol Grygoruk / RATS Agency

Gra Erdoğana

Tureckie służby dalej chętnie popychają ludzi do Grecji. „Jeśli próbujesz przedostać się do Bułgarii czy Włoch, zatrzymują cię. Idziesz do Grecji? Czasem doradzą nawet, w którym miejscu najlepiej dziś przechodzić" - mówi Gruber.

Turcja i Grecja dzieli ze sobą Morze Śródziemne, a w nim złoża ropy i gazu. Konflikt o to, komu przyjdzie je wydobywać trwa od lat i Erdoğan robi wszystko, żeby go wygrać. A uchodźcy uciekają do Europy, bo nie mają wyboru. Z Turcji w każdej chwili mogą zostać deportowani.

Turcja podpisała Konwencję Genewską dotyczącą statusu uchodźców, ale przyjęła ograniczenie terytorialne – akceptuje wnioski o azyl tylko od obywateli państw europejskich.

W 2014 roku wprowadzono co prawda wyjątek dla Syryjczyków przyznając im status „gości" i czasową ochronę. Ale społeczne przyzwolenie na ich obecność maleje, a Erdoğan przy słabnącym politycznym poparciu niechętnie przyznaje, że 3,5 mln osób nie zjawiło się w Turcji na chwilę, ale przez długie lata nie będzie miało dokąd wrócić. Deportacji jest coraz więcej.

Grecja, wrzesień 2020. Rodzina zatrzymana na stacji kolejowej w Doriani przy granicy z Macedonii. Karol Grygoruk / RATS Agency
„Od czerwca dużo słyszymy o aresztowaniu Afgańczyków. Nie wiemy ilu ich jest i co się z nimi dzieje, bo przy zatrzymaniu zabierają im telefony. Widzimy tylko, że setki Afgańczyków po prostu znikały w ciągu ostatnich miesięcy" - mówi Gruber.

Syryjczycy też nie są bezpieczni. Jeszcze 2019 roku Amnesty International donosiła, że „dobrowolne powroty" 315 osób były wymuszone oszustwami i groźbami. Gruber coraz częściej słyszy też o wcielaniu Syryjczyków do tureckiej armii i wysyłaniu na front do Libii. Wspierany przez Erdoğana w wojnie domowej rząd w Trypolisie chętnie popiera pomysł nowego rozpisania granicy morskiej między Turcją, Grecją i Libią.

Zdesperowani ludzie uciekają dalej, do Grecji. Ale polityka jest tam przed nimi.

Grecja, wrzesień 2020. Puszki po konserwach i energetykach na stacji Doirani, przy granicy z Macedonią. Wśród puszek leżą też łuski po nabojach - niektóre stare inne świeże. Karol Grygoruk / RATS Agency.

Ostatni telefon z Evros

Główne trasy przeprawy z Turcji do Grecji prowadzą przez rzekę Evros albo przez Morze Egejskie. Evros jest ostatnio trudne. Uchodźcy są łapani na granicy albo dalej, nawet po kilku dniach wędrówki. Przez kogo? Czasem przez policję, a czasem przez ludzi w kominiarkach, o których nie wiadomo nic. „Nie ma żadnej oficjalnej informacji, kim są. Wiemy tylko, że współpracują z policją, bo zwykle przekazują im złapanych ludzi" - relacjonuje Gruber.

Zgodnie z unijnym prawem po greckiej stronie każdy może wnioskować o azyl, opowiedzieć swoją historię, którą zweryfikują odpowiednie instytucje. Dzieje się inaczej. „Służby zabierają im komórki, pieniądze, dokumenty, ubrania i buty. Trzymają ich przez kilka dni w jakimś ponurym magazynie. Zwożą kolejnych. Kiedy mają już 60, czasem 100 osób, biorą ich nad rzekę. Czasem w wojskowych furgonetkach" – mówi Gruber.

Na miejscu wsadzali uchodźców na łodzie i nielegalnie deportowali do Turcji. Przewoźnikami byli często inni uchodźcy, którzy poszli na układ z grecką policją. „Za miesiąc pracy dostawali dokument, który pozwala na podróż przez Grecję aż do albańskiej granicy." - mówi Gruber.

Bośnia, grudzień 2019. Bihać przy granicy chorwackiej. 18- letni Dżalaludin z Afganistanu pokazuje ślady pobicia na twarzy, które mieli zostawić chorwaccy pogranicznicy. Karol Grygoruk / RATS Agency

Coraz częściej nie ma jednak łodzi. „Evros jest niebezpieczną rzeką, ma bardzo silne prądy, ale czasem, kiedy poziom wody jest niższy, można ją przejść, miejscami płynąc. Coraz częściej słyszymy, że ludzie są zmuszani przeprawiać się przez rzekę wpław" - relacjonuje Gruber.

Poziom okrucieństwa stale wzrasta. „Półtora miesiąca temu usłyszeliśmy o całej grupie, której związano z tyłu ręce i wrzucono do rzeki, żeby płynęli na drugą stronę". Gruber zna też przypadki porzucania uchodźców na wyspach pośrodku rzeki.

„Pod koniec maja zgłosiła się do nas matka pakistańskiego chłopca, Faysala Rahmouniego. Mówiła, że syn dzwonił do niej z wyspy. Inni popłynęli na stały ląd, ale on i dwóch Marokańczyków nie umiało pływać. Siedział tam prawie dobę, był zrozpaczony". Potem już nigdy nie zadzwonił. Miał 16 lat.

Ciała wyłowione wtedy po greckiej stronie Evros nie pasowały do opisu. Matka wciąż szuka chłopca. Takich matek jest więcej. „Wczoraj wysłuchałam historii grupy Marokańczyków, którym kazano skakać do wody na środku Evros i płynąć na drugi brzeg. Wielu nie umiało, dwóch zniknęło pod wodą. Minęły dwa tygodnie, ale jeszcze nie byli w stanie powiedzieć o tym rodzinie"- mówi Gruber.

„Nie wiemy dokładnie, ile osób ginie próbując się przedostać. Sędzia śledczy, który identyfikuje ciała znalezione w Evros szacuje, że w ciągu ostatnich 10 lat odnaleziono 1500 osób. Ale to tylko grecka strona granicy" - mówi Gruber.

Na Evros wciąż utrzymywane są pozory. Nielegalne deportacje odbywają się w nocy, unika się ich przy pełni księżyca. Na morzu panuje większa swoboda. Działania straży przybrzeżnej w środku dnia przy dobrej pogodzie widać z Lesbos i z tureckiego wybrzeża.

Porzuceni na morzu

Szlak migracyjny zmienia się szybko reagując na zmieniające się strategie obrony granic. Wbrew popularnej politycznej strategii „przestańmy przyjmować, to przestaną przychodzić", ludzie wciąż mają więcej do stracenia tam, skąd przyszli. Kiedy Evros jest zbyt trudne, a więc zbyt drogie (w czerwcu ceny wzrosły pięciokrotnie), ludzie wybierają morze. Ostatnio nie wiadomo już, gdzie jest gorzej.

„Jesteśmy uratowani" – cieszyła się Winny, 35 letnia aktywistka z Ugandy, kiedy zobaczyła podpływającą łódź z grecką flagą. Pokazywała, że na pokładzie są małe dzieci. Na rękach miała swoje – 4-miesięczne. W odpowiedzi z łodzi greckiej straży przybrzeżnej uderzył w nich strumień z armatki wodnej. Trafił w dziecko, które wypadło Winnie z rąk i wylądowało za burtą. W ostatniej chwili wyłowił je siedzący obok brat.

W wielu relacjach mowa o dźganiu kijem zakończonym hakiem, rozpylaniu duszącego i oślepiającego proszku, strzałach w kierunku uchodźczych łódek, które uwieczniono nawet na nagraniu. Tu również często pojawiają się zamaskowani mężczyźni, do których greckie służby oficjalnie się nie przyznają.

Zdaniem Gruber mniej więcej od kwietnia na morzu obowiązuje nowa strategia. Straż nie tylko blokuje łódki przed dopłynięciem do brzegu.

„Zabiera pasażerów na swoją łódź, zatapia ich łódkę, a potem wsadza po 30 osób do nadmuchiwanej tratwy ratunkowej przewidzianej na 15. Tratwy są potem porzucane na tureckim morzu". Na takie tratwy coraz częściej trafiają osoby, które dotarły już wcześniej na ląd.

Oficjalne dane mówią o 923 osobach, które utonęły przeprawiając się przez Morze Śródziemne w 2019 roku. Ile ginie naprawdę nigdy się nie dowiemy, bo wiele znika pod wodą niezauważonych.

Lesbos, 2019. jeden z dwóch cmentarzy na wyspie, w którym chowani są uchodźcy. Fot. Karol Grygoruk / RATS Agency

Deportować za wszelką cenę

Jeszcze niedawno potworna niepewność i poczucie zagrożenia kończyły się na jakiś czas po greckiej stronie granicy. Można było odpocząć, złożyć wniosek o azyl, dostać schronienie – choćby kawałek namiotu w przeludnionym obozie. Teraz łapanki i nielegalne deportacje sięgają głęboko w głąb lądu, aż po albańską granicę. Łatwo zniknąć.

„Mamy sześć przypadków osób, które uzyskały status uchodźcy w Niemczech lub w Austrii i odwiedzały w Grecji znajomych lub rodzinę. Policja ich wylegitymowała, zabrała dokumenty i deportowała razem z innymi. Od lat nie mogą się wydostać z Turcji".

Bezpiecznej przestrzeni jest coraz mniej, trzeba szybko iść dalej. „Gdzieś gdzie nas przyjmą, gdzieś gdzie będzie bezpiecznie" – mówi Hosein, którego spotykamy przy albańskiej granicy razem z 10-osobową rodziną. Dwójka dzieci śpi w wózkach, dwa pozostałe idą obok. Rasha jest w trzecim miesiącu ciąży, jej towarzyszka w szóstym.

Zaczynają bałkański szlak, który również jest coraz bardziej niebezpieczny. Doniesienia o policyjnych pobiciach, szczuciu psami, zabieraniu butów i ciuchów podczas zimowych przepraw aktywiści słyszą od dawna. BVMN poświęciła przemocy na trasie bałkańskiej oddzielny raport.

Ściganie uchodźców się opłaca. „Często mają ze sobą oszczędności gromadzone przez dekady. Nawet dziesiątki tysięcy euro. Nie wierzymy, że to wszystko trafia do skarbu państwa" – mówi Gruber.

Bośnia, grudzień 2019. Miejscowość Bihać przy granicy z Chorwacją. Grupa uchodźców odpoczywa w opuszczonej fabryce cementu przed dalszą drogą przez Bałkany. Zawinięty w koc 16-letni Ashoqullah. Karol Grygoruk / RATS Agency

Unia Europejska nie widzi

Frontex, czyli Europejska Agencja Straży Granicznej i Przybrzeżnej jest obecna na Evros od lat, patroluje też morze. Ale nie stwierdziła „poważnych incydentów" łamania praw człowieka. Nie potwierdza też nielegalnych deportacji na bałkańskiej trasie, chociaż – jak wynika z informacji Gruber – służby różnych państw najwyraźniej współpracują, przekazując sobie uchodźców na granicach.

Materiał o nielegalnych działaniach greckiej straży przybrzeżnej opublikował między innymi „The New York Times". Pisał też nielegalnych miejscach detencji, w których uchodźcy są potajemnie przetrzymywani przed wypchnięciem na granicę. Z kolei „Guardian" donosił o współpracy między europejską marynarką i libijską strażą graniczną na Morzu Śródziemnym. Duńska załoga Frontexu patrolująca morze na granicy turecko-greckiej przyznała, że odmówiła udziału w nielegalnym odepchnięciu uchodźców. Proceder został też zauważony przez niemiecki okręt zaopatrzeniowy „Berlin". Pojawiają się doniesienia o zaangażowaniu Frontexu w nielegalne deportacje na albańskiej granicy. O odepchnięciach na Evros pisał też „Spiegel".

Komisarz Johnasson zadeklarowała, że „rozważy wprowadzenie nowego mechanizmu monitorowania, czy kraje Unii przestrzegają podstawowych praw ludzi na swych granicach".

A jeśli nie przestrzegają, to co?

W rozmowie z OKO.press członek Komisji Europejskiej uznał, że materiały dziennikarskie, choć niepokojące, nie są wystarczającym dowodem. Zresztą ani Frontex, ani Komisja Europejska nie mają możliwości przeprowadzenia żadnej formy śledztwa w tej sprawie.

Grecki premier Kiriakos Mitsotakis zaprzeczył zaś, żeby jego kraj nielegalnie odpychał uchodźców. Nazwał doniesienia dezinformacją szerzoną przez przemytników, którym greckie działania psują interes. Określił też politykę migracyjną Grecji jako „surową, ale sprawiedliwą". „Grecja nie może być bramą do Europy" – wyjaśnił z kolei grecki minister ds. migracji.

Udostępnij:

Marta K. Nowak

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne