0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Il. Mateusz Mirys, OKO.pressIl. Mateusz Mirys, O...
Śledztwo

Halo, dzwonię z Polski, zatrudnię kucharza. Jak narcos gotowali metę na Podlasiu

  • Szymon Opryszek

We wsi śmieją się z babuleńki, że wystraszyła narcos. Kręcili się pod spożywczym, tuż obok sali weselnej Maestro w Orli. Wzięła ich na spytki. Skąd są? Po co przyjechali? Gdzie pracują? A oni ni w ząb polskiego.

Bimber u nas kręcą?

W Orli kościół katolicki, cerkiew i synagoga stoją obok siebie. „Witajcie na naszej ziemi” – zachęca podlaska gmina na swojej stronie, ale odkąd na granicy z Białorusią wybuchł kryzys migracyjny (w linii prostej to tylko czterdzieści kilometrów), okolice patrolują wojsko i policja. Podobno jakiś kurier zabłądził w okolicy, na zakręcie wpadł do rowu i z busa wyszło kilkunastu migrantów z Bliskiego Wschodu.

Ale w przypadku narcos nie trzeba było armii – babuleńka zagadała, a oni uciekali w popłochu, jak w kiepskiej komedii kryminalnej.

Zamieszkali w domu na końcu wsi, przy drodze na Nurzec. Przy „któresiu”, tłumaczy mi starsza kobieta – tak miejscowi nazywają dawny żydowski cmentarz. Kilka zniszczonych macew wyrasta z trawy. Po drugiej stronie ulicy Polnej rząd wyrośniętych tui zasłania spory dom. Można go wynająć na platformie AirBnb. Przyjeżdżają grupy wycieczkowiczów, rodziny z dziećmi, joginki.

- Ale Meksykańce? – nie dowierza mężczyzna, który prowadzi rower środkiem ulicy. – Ludzie od razu zaczęli gadać. Że to albo migranty, albo pedały na wakacjach.

Prokurator Grzegorz Giedrys: – Być może myśleli, że to koniec Europy i uda im się ukryć. Ale to Podlasie, gdzie każdy każdego zna. I już po kilku dniach cała wieś o nich wiedziała.

- W pierwszej chwili pomyślałem: „Bimber kręcą”. Bo u nas to najpospolitsze przestępstwo – opowiada sołtys Marek Chmielewski. – Ale że laboratorium? Narkotyki? Meksykański kartel? Tego Orla jeszcze nie widziała.

Garażowa meta z Czech

Kartel Sinaloa ma swoje placówki na wszystkich kontynentach poza Antarktydą. Prędzej czy później musiał trafić do Polski.

Meksykanie od lat szmuglują do Europy kokainę i są coraz bardziej pomysłowi: wysyłają ją nie tylko w kontenerach z bananami, ale na statkach przewożących chore bydło, w przesyłkach z odzieżą nasączoną narkotykiem lub w specjalnie przerobionych łodziach podwodnych.

Większość narkotyków trafia do wielkich portów w Hamburgu, Rotterdamie lub Antwerpii. Tylko 2 proc. kontenerów jest kontrolowanych, więc ryzyko wpadki jest małe.

Ostatnio widać nowe trendy: kokaina płynie też szlakiem afrykańskim do portów we Włoszech, Hiszpanii i na Bałkanach, a według Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii w Lizbonie rośnie też rola prywatnych samolotów, które transportują towar bezpośrednio z Ameryki Południowej i Karaibów.

Biznes jest stabilny: w Europie kilogram kosztuje dwa razy więcej niż w USA (ok. 39 tys. euro). Liczba stałych konsumentów ze Starego Kontynentu wciąż rośnie: dziś to ponad sześć milionów użytkowników, dwukrotnie więcej niż dwie dekady temu.

Rynek generuje rocznie 11,6 mld euro.

- Rynek jest nasycony, konkurencja coraz większa, w efekcie rośnie przemoc, co widać na ulicach miast w Belgii i Francji – mówi śledczy z Niemiec, który chce zachować anonimowość. – I teraz wyobraź sobie, że jesteś osobą decyzyjną w kartelu. Co robisz? Proste: wrzucasz na rynek nowy, „lepszy” produkt i szukasz nowych rynków zbytu.

„Nowy” produkt (choć nie do końca, o czym za chwilę) to metamfetamina. W 2023 roku państwa członkowskie UE zgłosiły 9800 konfiskat o łącznej ilości 1,8 tony. Rok później zarekwirowano prawie dwa razy większy pojedynczy ładunek w Rotterdamie. W 2023 roku konfiskaty prekursorów niezbędnych do produkcji mety wzrosły z 352 kilogramów (rok wcześniej) do prawie ośmiu ton.

Do tej pory metamfetamina trafiała do Europy Centralnej głównie z Afganistanu (gdy Talibowie zakazali upraw opium, nastąpił gwałtowny wzrost produkcji) oraz z „garażowych” laboratoriów w Czechach – jak przyznaje czeski ekspert Jindřich Vobořil – często zakładanych przez gangi wietnamskie. Na polskich rynkach można było dostać więc metę afgańską albo kręconą lokalnie na pograniczu Polski, Czech i Niemiec.

Kryształy z meksykańskiego recyklingu

- I nagle w Europie pojawili się Meksykanie. Metamfetamina ich produkcji powstaje na bazie łatwiej dostępnych prekursorów i jest niezwykle mocna, więc stała się superatrakcyjna – przyznaje Vanda Felbab-Brown, amerykańska ekspertka od międzynarodowej przestępczości zorganizowanej.

Laurent Laniel, dyrektor Biura ds. Przestępczości, Prekursorów i Konsumpcji Narkotyków w Agencji Unii Europejskiej ds. Narkotyków i Narkomanii (EUDA) przyznaje, że największą zmianą, jaką wprowadziły grupy meksykańskie na rynkach Europy, są nowatorskiej metody recyklingu produktów ubocznych.

- Tradycyjnie, podczas syntezy metamfetaminy powstaje D-metamfetamina (czyli pożądany narkotyk) oraz L-metamfetamina (odpad) – mówi Laniel. – Wcześniej europejscy producenci wyrzucali formę L jako bezużyteczną. Meksykańscy chemicy opracowali proces, który pozwala na ponowne przetworzenie formy L w mieszankę, z której można odzyskać formę D. Dzięki temu są w stanie podwoić ilość narkotyku z tej samej ilości prekursorów. To kluczowe, bo prekursory są substancjami kontrolowanymi i trudnymi do zdobycia.

Prekursory pochodzą głównie z Chin. Zwykle są wysyłane jako tzw. „zamaskowane prekursory” (czyli substancje, które nie znajdują się na listach zakazanych), a następnie w lokalnych laboratoriach przekształcane w BMK potrzebny do produkcji metamfetaminy. W efekcie metoda meksykańska pozwala na wytwarzanie bardzo dużych kryształów (nawet do 15 cm), które są postrzegane jako towar luksusowy i osiągają najwyższe ceny.

- Są jak klejnoty dla użytkowników metamfetaminy – uśmiecha się Laniel.

- Ile trzeba zainwestować w takie laboratorium? – pytam dyrektora EUDA.

- Koszt wyposażenia dużego, zaawansowanego laboratorium może wynosić tysiące euro, a w przypadku największych obiektów nawet setki tysięcy – zapewnia Laniel. – Niektóre laboratoria wyposażane były w systemy filtracji oparów, by uniknąć charakterystycznego zapachu oraz specjalne osłony blokujące ciepło, co miało zapobiegać wykryciu przez policyjne kamery termowizyjne z helikopterów. Koszt stanowią też prekursory do produkcji narkotyku.

Przeczytaj także:

I wtedy przyjechali kucharze

Felbab-Brown przyznaje, że kartel Sinaloa ma coś, czego brakowało lokalnym organizacjom przestępczym: know-how i „cocineros”, czyli kucharzy, jak nazywani są w Meksyku garażowi chemicy.

Tylko w latach 2019–2020 w Europie aresztowano około dwudziestu „cocineros”, którzy przywieźli na Stary Kontynent technikę wytwarzania silnej metamfetaminy. Po pojawieniu się na rynku Meksykanów, cena metamfetaminy na rynkach detalicznych regularnie spada. A średnia czystość wzrosła o 16 proc. w ciągu ostatniej dekady.

Cocineros działali głównie w Belgii i Holandii. Kilka lat temu holenderskie służby wpadły na trop 40-letniego „Pablo Icecobar’a” – ksywkę wziął od nazwiska Pablo Escobara, barona narkotykowego z Kolumbii i lodu – slangowej nazwy krystalicznej metamfetaminy. Zaopatrywał w prekursory „kucharzy” przynajmniej czterech laboratoriów, w tym „narco barco”, laboratorium na łodzi w Moerdijk.

Towar produkowany w krajach Beneluksu przeznaczony był głównie na rynki zachodnie. Ale w pandemii kartele zaczęły eksplorować nowe rynki. W 2020 roku służby zatrzymały w Chorwacji 1,5 tony towaru szmuglowanego na Słowację. W maju 2024 roku hiszpańska policja przechwyciła kolejny duży transport metamfetaminy przeznaczony na rynki niemiecki i polski.

– Kartele od lat mają lokalnych dystrybutorów kokainy, więc łatwiej było im wejść na nowe rynki europejskie z metamfetaminą

– podkreśla Vanda Felbab-Brown. – Nie bez znaczenia jest fakt, że produkcję „metodą meksykańską”, łatwo skalować do poziomu przemysłowego. Stąd ten boom na „kucharzy” wśród lokalnych gangów. Przecież minimalizuje to ryzyka związane z logistyką.

Zdjęcie z wnętrza stodoły lub szopy. Widać stalowy kocioł, butlę z gazem i plastikowe pojemniki.
Laboratorium narkotykowe meksykańskiego kartelu we wsi Radańska pod Świeciem zlikwidowane przez CBŚP, wrzesień 2025 r. (Archiwum CBŚP).
Wnętrze drewnianej stodoły lub szopy. Widać wielki plastikowy pojemnik z cieczą, wiadra plastikowe.
Laboratorium narkotykowe we wsi Radańska pod Świeciem, wrzesień 2025 r. (Archiwum CBŚP).

Teraz Polska, czyli Narcos na Podlasiu.

W Orli było ich czterech i jeden gar ze stali nierdzewnej, ogromny, na tysiąc litrów, wyprodukowany i dostarczony przez zleceniodawców z Polski.

Pierwszy, 46-letni J. z miasteczka Los Mochis, do tej pory sprzedawał owoce morza. Przyjechał do Polski siedem miesięcy wcześniej, by znaleźć miejsce pod laboratorium. Razem z pomysłodawcą biznesu, który szybko wrócił do ojczyzny, wynajęli willę w Orli przy Polnej: cztery sypialnie, sauna, a na podwórku boisko do siatkówki plażowej i jacuzzi.

- Był pan karany? – zapytała sędzia na pierwszej rozprawie w sądzie w Białymstoku.

- Nie.

- Nie? Może inaczej, siedział pan w więzieniu?

- Tak, sześć lat w USA. Za przemyt narkotyków.

Drugi, cztery lata młodszy W., pomagał w logistyce. W rodzinnym Culiacan prowadził siłownię, ale popadł w długi i stał się „częścią większego łańcucha ludzi”, jak mówił przed polskim sądem. Jego koledzy nie mieli praw jazdy i kart kredytowych, więc zajął się prowadzeniem auta i zakupami spożywczymi.

I w końcu dwaj kucharze: 50-letni J., mechanik z Durazno i 46-letni F., z wykształcenia prawnik z Culiacan zajęli się gotowaniem. Obok zewnętrznego jacuzzi rozstawili aparaturę, beczki i ten ogromny gar.

– Szukali wiatru – David Saucedo, ekspert od meksykańskiej przestępczości zorganizowanej, nie jest zdziwiony.

– Często laboratoria powstają na świeżym powietrzu, by toksyczne opary nie zabiły chemików.

Gdyby mieli klimatyzację lub wentylator, to pewnie urządziliby produkcję w salonie lub w kuchni.

W trzy tygodnie narcos z Orli wyprodukowali 118,5 litra metamfetaminy. Czekali na dostawy prekursorów, gdy do domu wpadła policja.

- Po całym podwórku walały się worki z sodą kaustyczną. Od razu rzuciły mi się w oczy znaczki jakości „Teraz Polska” – uśmiecha się sołtys Chmielewski, który na teren posesji wszedł ze służbami.

Narcos na Podlasiu pokazują szerszy trend. Tylko w ciągu kilku miesięcy od ich zatrzymania służby zlikwidowały jeszcze dwa laboratoria z Meksykanami. W lutym 2025 roku w Maksymilianowie pod Bydgoszczą zapalił się dach magazynu. Przy rozbiórce strażacy trafili na śmierdzące substancje chemiczne w kuwetach. Okazało się, że produkowano tam metę. Siedem miesięcy później policjanci CBŚP przy wsparciu kontrterrorystów i helikoptera wkroczyli do laboratorium ukrytego w gospodarstwie rolnym w Radańskiej pod Osiem. Zabezpieczyli trzysta litrów i trzy tony chemikaliów używanych do syntezy narkotyku, były ukryte w stodole.

Michał Aleksandrowicz, naczelnik wydziału do zwalczania zorganizowanej przestępczości narkotykowej CBŚP: – Wszyscy zatrzymani obywatele Meksyku przyjechali typowo pod produkcję metamfetaminy. Stosowali metody produkcji znane kartelom. Identyczne laboratoria występują na całym świecie. Obserwujemy, że niektóre komórki karteli są wysyłane w różne regiony Europy. Gdzie jest zapotrzebowanie, tam produkują.

Akcja CBŚP pod Świeciem odbiła się szerokim echem w Meksyku. Moi rozmówcy, związani z meksykańskim kartelem, byli pod wrażeniem działania polskich służb.

– Dlaczego użyliśmy helikoptera? Nigdy nie wiemy, co czeka nas w takim laboratorium. Przestępcy stosują pułapki, bo laboratorium ma swoją wartość. Dlatego poszliśmy za wzorem kolumbijskich służb, które wykorzystują helikoptery do likwidacji takich kryjówek – dodaje Aleksandrowicz, który przeszedł kurs walki z narcos w ośrodkach szkoleniowych w dżungli na południu Kolumbii.

W trzech sprawach zatrzymano łącznie ośmiu obywateli Meksyku. Wszystkie ślady prowadzą do kartelu Sinaloa.

Narcos z Podlasia już na pierwszej rozprawie w sądzie w Białymstoku przyznali się do winy.

Jeden przyznał, że działali na zlecenie kartelu Sinaloa i boją się zemsty przełożonych. Inny stwierdził, że narkotyki mieli produkować dla polskiego przestępcy i na polski rynek. Mieli dostawać tysiąc dolarów miesięcznie. Wynagrodzenie za gotowy produkt (ok. 500 dolarów za kilogram) miało zostać przekazane krewnym w Meksyku.

- Najważniejsze, ale też najtrudniejsze jest zawsze ustalenie, kto wykłada pieniądze na laboratorium – mówi dyrektor Laniel z EUDA. – Kucharze tylko produkują, za nimi stoi jakiś potężniejszy inwestor. Czy to kartel? Czy polska grupa przestępcza? A może ludzie z Bałkanów?

Analiza ścieków europejskich miast

- Obecność laboratoriów w Polsce to kolejny dowód, że meksykańskie kartele próbują rozwijać się i poszerzać rynki w Europie – przyznaje ekspertka Vanda Felbab-Brown.

- To nie są jednorazowe akcje – mówi dr Robert Bunker, specjalista ds. bezpieczeństwa międzynarodowego i zwalczania terroryzmu w Instytucie Studiów Strategicznych w U.S. Army War College. – To skoordynowany plan na wyższych szczeblach przez kartel w ramach porozumienia z przestępczością zorganizowaną w Europie.

Zdaniem Ludmily Quirós, badaczki Globalnej Inicjatywy Przeciwko Transnarodowej Przestępczości Zorganizowanej mamy obecnie do czynienia z „transferem wiedzy i członków syndykatów przestępczych do Europy Północnej”.

Gdyby spojrzeć na metamfetaminową mapę Starego Kontynentu, to widać, że produkcja przesuwa się w kierunku Europy Środkowo-Wschodniej. Z siedmiu krajów UE, które tylko w 2023 roku zlikwidowały łącznie 250 laboratoriów mety, pięć położonych jest w centrum lub na wschodzie kontynentu: Czechy (189), Niemcy (5), Austria (1), Polska (5) i Bułgaria (18).

- Kartele działają w Polsce od mniej więcej czterech lat – dodaje David Saucedo, ekspert od meksykańskiej przestępczości zorganizowanej: – Polska pełna terenów wiejskich to nie tylko doskonały kraj do ukrycia produkcji, ale i do tranzytu narkotyków: do Europy Zachodniej i dalej na Wschód.

Aleksandrowicz, naczelnik CBŚP przyznaje, że meksykańscy przestępcy zatrzymani w Polsce produkowali narkotyk, by sprzedawać go raczej w Europie Zachodniej niż w kraju. – Nasz rynek jest zdominowany przez mefedron, klefedron i klofedron. Różnicę robi też cena metamfetaminy, która nie jest aż tak tania na polskie warunki. Obserwujemy za to, że dużo prekursorów do syntezy mety trafia na Ukrainę.

Ze wzrostem produkcji rośnie spożycie w regionie. Analizy ścieków europejskich miast wykazały rosnącą obecność pozostałości metamfetaminy m.in. w Dreźnie, Chemnitz, Magdeburgu i Wiedniu. Substancję wykryto w 66 proc. badanych strzykawek z Pragi, a w ściekach Ostrawy odnotowano najwyższy w kraju poziom śladowych ilości metamfetaminy na mieszkańca: 914 miligramów na tysiąc osób dziennie – czyli dwa razy więcej niż przed pandemią.

Być może wysokie statystyki w Czechach mogą wynikać z „lokalnej produkcji”. Aż 10 do 30 proc. rozpoczynających leczenie w Polsce było uzależnionych od metamfetaminy – w Czechach i na Słowacji ponad 30 proc. Spośród 12 tys. pacjentów, którzy pierwszy raz trafili na odwyk z jej powodu aż 91 proc. pochodziło z Czech, Niemiec, Słowacji oraz Turcji.

Polska koło Rumunii?

Przedstawiłem się jako „osoba z branży”, zainteresowana założeniem laboratorium w Polsce. Poręczył za mnie ktoś z Meksyku, kto dobrze zna realia branży.

- Dzień dobry, dzwonię z Polski.

- To gdzieś koło Rumunii? Tam znam ludzi.

- Myślałem, że w Rumunii działają ludzie z Jalisco – prowokuję rozmówcę, bo pamiętam, że w 2021 roku zatrzymano tam Carlosa Rubena Ramireza z kartelu Jalisco Nueva Generation.

- Jalisco ma swoje interesy w Bułgarii.

Kucharz z Meksyku ukrywa swoje prawdziwe imię. Ma 38 lat, od dobrej dekady „gotuje” metę, choć „nigdy nie zabierał się za fentanyl”. Teraz mieszka w meksykańskim mieście Durango, łączy się ze mną przez komunikator Signal i pokazuje na video ulewę: ludzie chronią się przed deszczem pod dachami, kierowcy trąbią, on siedzi przy plastikowym stoliku pod parasolem.

Na ekranie mignie popielniczka, czerwone Marlboro, ale on pilnuje, by nie pokazać twarzy. Przyznaje, że pracował w laboratorium „gdzieś w Niemczech”. Zarobił osiem tysięcy dolarów na czysto. Narzeka, że teraz ceny spadły. Jego zdaniem to „wina gangów z Bałkanów, które weszły we współpracę z Kolumbijczykami” i na rynku pojawili się kucharze z Ameryki Południowej.

Rzeczywiście, albańska prasa donosiła, że na przykład w 2024 roku w laboratorium w miejscowości Qerekë wpadli kucharze z Kolumbii i Wenezueli.

- A gdybym chciał uruchomić takie laboratorium i cię zatrudnić? – próbowałem ciągnąć kucharza za język.

- A znasz ludzi? – tonował moje zapędy.

- Znam ciebie, nie wystarczy?

- To za mało.

- Jaki budżet muszę mieć?

- Nie tak szybko. Jestem tylko kucharzem. Ja tylko wykonuję rozkazy. Moich szefów i Albańczyków.

Sicario zarobi więcej w Europie

Vanda Felbab-Brown, amerykańska ekspertka nie jest zdziwiona: – To nie tak, że ktoś losowo decyduje: „Hej, sprzedam swoje umiejętności w Polsce”. Za kucharzami zawsze stoi organizacja. Dostają instrukcje i „glejt” z centrali. To punkt wyjścia do szerszej współpracy z lokalnymi gangami. My wam damy kucharzy, w zamian dostaniemy sieć dystrybucji.

Żeby porozmawiać z kucharzem o „modus operandi” karteli w Europie, przez pół roku rozmawiałem z wieloma meksykańskimi kontaktami. Członek Sinaloa odpowiedzialny za „europejskie operacje”, przedstawiający się rosyjskim imieniem opowiadał mi, że robi biznesy z kalabryjską mafią Ndrangheta i zna „odpowiednich” ludzi w Monako i Marsylii. Korespondowaliśmy tygodniami, kilka razy rozmawialiśmy telefonicznie. Byliśmy umówieni w Madrycie, ale odwołał spotkanie w ostatniej chwili: musiał przypilnować biznesu w Cordobie. Przestał się odzywać, gdy odmówiłem zapłaty tysiąca euro za informacje.

Drugim kontaktem był informator z Culiacan, który pomagał mi w śledztwie na temat szmuglowania tabletek oksykodonu sfałszowanych fentanylem z Meksyku do Europy.

Trzecim był dobrze poinformowany meksykański ekspert od karteli, który chce zachować anonimowość.

Z rozmów z nimi wyłania się zaskakujący obraz. Kucharze działają wyłącznie na zlecenie kartelu. Wysyłani są do Europy, gdzie mogą zarobić o wiele wyższe stawki niż w ojczyźnie. Vanda Felbab-Brown pokazuje mi te różnice na przykładzie tzw. sicarios, czyli płatnych zabójców z Kolumbii czy Meksyku. W Europie biorą za zlecenie od 33 do 76 tys. dolarów, gdy pensja przeciętnego sicario w Meksyku wynosi tylko 200 dolarów.

Czas pracy kucharza w laboratorium trwa zwykle trzy miesiące, tyle co wiza turystyczna w strefie Schengen.

To ogranicza ryzyko wpadki. Następnie na ich miejsce przyjeżdżają kolejni. Wyprodukowany towar trafia na rynek Europy Zachodniej, ale zdarza się, że jest transportowany na, jak mówi jeden z informatorów, „gorący” rynek Australii i Oceanii. Potwierdzają to raporty Europejskiego Centrum Monitorowania Narkotyków i Narkomanii, Europolu i amerykańskiej Agencji do Walki z Narkotykami (DEA), które uznają Europę za coraz bardziej popularny szlak dystrybucji metamfetaminy „na lukratywny rynek Oceanii”.

Wyobraźmy sobie, że kartel działa jak duża korporacja z zewnętrznymi oddziałami, które nadzorują pracę. Dział badawczy, który odpowiada za, jak to ujęła jedna z osób, „eksperymenty”, to usługa outsourcowana na zewnątrz korporacji. I za nią odpowiadają, co niezależnie podkreślali meksykańscy rozmówcy, „ludzie z Bałkanów”.

Rozmówca 1: – Mają kontakty na miejscu i półprodukty, ale potrzebują wiedzy, czyli kucharzy. To pewnego rodzaju kapitał, który wnosi kartel do tego układu.

Rozmówca 2: – Są dwa mózgi takich operacji. Pierwszy jest w Meksyku: dba o jakość towaru, pracowitość i lojalność kucharzy. Metodą marchewki, czyli szansy na wzbogacenie się. I kija: mając oko na krewnych takiego kucharza. Drugi, bałkański mózg, kontroluje nie tylko proces produkcji na miejscu, ale i upłynnienia towaru.

Laurent Laniel z EUDA przyznaje, że grupy przestępcze z Bałkanów często pełnią rolę brokerów, łącząc meksykańską wiedzę chemiczną z lokalną infrastrukturą i finansowaniem. Podaje przykład Hiszpanii, gdzie kartele wykorzystywały lokalnych mieszkańców do logistyki, wynajmowania izolowanych miejsc i wyposażania ich w systemy filtracji.

Gotują po meksykańsku, piorą po bałkańsku

Tak zwany kartel bałkański, w którego skład wchodzą mafie albańska i serbska, jest dziś największym dystrybutorem kokainy na świecie.

Tylko w latach 2018–2020 z osób aresztowanych za handel kokainą w Europie najwięcej (aż 266) miało obywatelstwo albańskie. Jak pokazała operacja Europolu Sky ECC, która miała na celu zwalczanie szyfrowanej komunikacji zorganizowanych grup przestępczych na dużą skalę, albański był po angielskim drugim najczęściej używanym językiem w przechwyconych wiadomościach.

Ekspansja była możliwa dzięki kartelowi Sinaloa. Przestępcy z Bałkanów zaczynali na rynkach europejskich sprzedając narkotyki wysyłane z Meksyku. W efekcie przejęli kontrolę nad portami, ustanowili nowe szlaki, zbudowali centra logistyczne (nawet w Afryce). Dziś ponad 70 proc. światowej kokainy przechodzi przez Ekwador, a przestępcy z Bałkanów, co wiadomo dzięki doniesieniom ekspertów z Latynoameryki, są obecni m.in. w Guayaquil, kluczowym porcie w regionie.

Dr Bunker, specjalista od terroryzmu: – W działaniu Sinaloa we Francji, Belgii czy Hiszpanii widzimy pewien wzór. Lokalny partner nie tylko sprowadza kucharzy, zapewnia im ochronę, sprzedaje wyprodukowaną metamfetaminę na ulicy. Często też odpowiada za pranie pieniędzy.

Potwierdza to ekspert z Niemiec. – O ile narkotyki relatywnie łatwo wyprodukować i sprzedać, o tyle trudniej wyprać pieniądze. Do tego potrzebni są specjaliści z Bałkanów, którzy mają dobre układy w Turcji i w Dubaju. Piorą pieniądze za pośrednictwem m.in. chińskiego systemu fei ch’ien.

Dowodem na takie działania jest raport wywiadowczy rządu federalnego USA, który ujawnił, że Ismael „El Mayo” Zambada, jeden z czołowych przywódców kartelu Sinaloa, zawarł sojusze z albańską mafią, a konkretnie z braćmi Arbenem, Fatosem i Ramizem Hysą. Ich współpraca polegała na praniu milionów dolarów pochodzących z nielegalnego handlu nieruchomościami i inwestycji w sektorze turystyki nadmorskiej Półwyspu Bałkańskiego. Działali za pośrednictwem firm-przykrywek z siedzibą w krajach Europy. Na liście takich firm objętych sankcjami widnieje choćby spółka Rosetta Gaming, zarejestrowana w… Krakowie.

Holender już sam gotuje metę

W małej Orli na Podlasiu narcos budzą już tylko uśmiech.

Jednak proces czwórki meksykańskich kucharzy się nie skończył. W styczniu Sąd Okręgowy w Białymstoku zdecydował, że w związku z dodatkowymi pytaniami prokuratora, biegła musi uzupełnić opinię dotyczącą laboratorium. Niewykluczone, że prokurator zmieni zarzuty z powodu skali produkcji.

Vanda Felbab-Brown: – Od kilku lat powtarzam europejskim organom ścigania, że ​​kluczowym elementem sukcesu jest to, czy będą skutecznie powstrzymywać ekspansję syntetycznych substancji. Dziś, oprócz grup meksykańskich, czołowymi graczami, którzy próbują stworzyć masowy rynek, są właśnie grupy bałkańskie. Zwróciłabym na to uwagę, bo mapa przestępczości w Europie jest płynna, ciągle się zmienia, a przecież można zaobserwować rosnącą przemoc.

- Jeśli popatrzymy na przykład Holandii, to miejscowa policja twierdzi, że nie znajduje tak wielu Meksykanów. Dlaczego? Bo Holendrzy nauczyli się metody meksykańskiej – mówi Laurent Laniel z EUDA. Wygląda to tak: „Dziękujemy Meksykanie, macie swoje pieniądze, nauczyliście nas, teraz was nie potrzebujemy, będziemy robić sami”. To może być jeden ze scenariuszy dla Polski. Kiedy chemicy z lokalnych grup przestępczych się tego nauczą, nie będą już potrzebować cocineros z Meksyku.

Dlatego tak ważne jest, by rozbijać tego typu grupy i laboratoria już w zarodku, zanim dojdzie do przekazania wiedzy.

Michał Aleksandrowicz, naczelnik CBŚP: – W tym momencie nie widzimy, żeby meksykańskie kartele planowały jakąś aktywność w Polsce. Był duży boom, ale chyba nauczyli się po prostu, że nie jest tak łatwo produkować narkotyki syntetyczne na terenie Polski.

Jeden z moich rozmówców związanych z kartelem Sinaloa: – Ryzyko biznesu w Europie jest minimalne. Kucharzy w Meksyku nie brakuje. Jeśli wyjadą do Europy, Afryki czy Azji i wpadną, na ich miejsce są następni. A szansa na zarobek jest ogromna, liczona w milionach dolarów.

Reportaż powstał przy wsparciu grantowym Balkan Investigative Reporting Network oraz Fundacji Współpracy Polsko-Niemieckiej.

;
Na zdjęciu Szymon Opryszek
Szymon Opryszek

Reporter, absolwent Polskiej Szkoły Reportażu i Szkoły Ekopoetyki. Pisze na temat praw człowieka, kryzysu klimatycznego i migracji. Za cykl reportaży „Moja zbrodnia, to mój paszport” nagrodzony w 2021 roku Piórem Nadziei Amnesty International. Jako reporter pracował w Afryce, na Kaukazie i Ameryce Łacińskiej. Autor książki reporterskiej „Woda. Historia pewnego porwania”, (Wydawnictwo Poznańskie, 2023). Wspólnie z Marią Hawranek wydał książki „Tańczymy już tylko w Zaduszki” (Wydawnictwo Znak, 2016) oraz „Wyhoduj sobie wolność” (Wydawnictwo Czarne, 2018). Mieszka w Krakowie.

Komentarze