"Nawet jeśli ten odstrzał ma sens, to w gronie kolegów zadajemy sobie pytanie: czy zabić lochę w ciąży, która może być chora na ASF, czy zrezygnować i pozostawić sprawę przyrodzie? To nie są łatwe rozmowy" - mówi OKO.press myśliwy, członek PZŁ. Za kilka dni zacznie się zbiorowe polowanie na dziki. W Polsce mnożą się protesty, a wśród myśliwych - wątpliwości

To właśnie rękami Polskiego Związku Łowieckiego ma zostać przeprowadzona depopulacja dzików. Za kilka dni ruszają wielkoobszarowe zbiorowe polowania w całej Polsce, zaplanowane na trzy weekendy: 12-13, 19-20 i 26-27 stycznia 2019.

Ma to zatrzymać ASF – afrykański pomór świń, zakaźną i nieuleczalną chorobę świń i dzików. I choć w opinii ekspertów skuteczniejsza byłaby systematyczna bioasekuracja – niedopuszczenie, żeby wirus dostał się do hodowli trzody chlewnej – to polski rząd uznał, że najważniejsze jest wybijanie dzików.

Oficjalnie od myśliwych oczekuje się redukcji populacji do takiego stopnia, by zagęszczenie dzików w całym kraju wyniosło 0,1 dzika na km kw. „Problem w tym, że nikt nie wie, jak sprawdzić, kiedy ten stan osiągniemy” – mówi OKO.press myśliwy, członek PZŁ (prosi o anonimowość, imię i nazwisko jest znane redakcji).

Jest też pismo wiceminister środowiska Małgorzaty Golińskiej z listopada 2018 do PZŁ. Pisze w nim wprost, że celem powinno być „maksymalne obniżenie liczebności populacji” dzików. To uzasadnia podejrzenie, czy nie miała przypadkiem na myśli liczby „zero”.

„Nie traktuję tego tak dosłownie. Ale prawda jest taka, że myśliwi są w kłopocie, ponieważ nie dostaliśmy żadnych wytycznych dotyczących polowań wielkoobszarowych. Po prostu nie wiemy, ile konkretnie dzików mamy odstrzelić”.

Czemu więc oficjalnie myśliwi się nie sprzeciwią? Bo wtedy – przekonuje myśliwy – zwycięży lobby, które chce zmiany zasad łowiectwa w Polsce, skupione wokół Sławomira Izdebskiego, lidera OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych.

„A konkretnie: chce oprzeć je o zasadę wiążącą prawo do polowania z prawem własności ziemi. To by oznaczało sprywatyzowanie polowania w naszym kraju. I byłoby bardzo złe dla polskiej przyrody”.

Słowa naszego rozmówcy do pewnego stopnia potwierdzają doniesienia prasowe. Izdebski wielokrotnie krytykował myśliwych za, jego zdaniem, opieszałość i brak współpracy w walce z ASF. „Skoro PZŁ nie współpracuje z rządem, powinien być zastąpiony innym bytem” – mówił w październiku 2016 roku. W tym samym roku zwracał się też do premier Beaty Szydło o delegalizację PZŁ. Dziś Izdebski jednak łagodzi swój ton i próbuje układać się z Naczelną Radą Łowiecką, choć ostro krytykuje Piotra Jenocha, przewodniczącego PZŁ. Część myśliwych – jak informowała na początku tego roku myśliwska „Brać Łowiecka” – uważa, że celem tych działań jest właśnie „zmiana modelu polskiego łowiectwa”.

Cały wywiad – niżej.



Robert Jurszo, OKO.press: 12 stycznia startują w Polsce skoordynowane polowania zbiorowe na dziki. PZŁ mówi, że chodzi o szybszą realizację planów łowieckich. Jednak są koła łowieckie, które swoje plany już zrealizowały. A władze Związku domagają się od nich dalszego odstrzału. To ile dzików ma ostatecznie zginąć?

Myśliwy, członek PZŁ: Od myśliwych oczekuje się redukcji populacji do takiego stopnia, by zagęszczenie dzików w całym kraju wyniosło 0,1 dzika na km kw. Problem w tym, że nikt nie wie, jak sprawdzić, kiedy ten stan osiągniemy.

Jest też pismo wiceminister środowiska Małgorzaty Golińskiej z listopada 2018 do PZŁ. Pisze w nim wprost, że celem powinno być „maksymalne obniżenie liczebności populacji” dzików. To uzasadnia podejrzenie, czy nie miała przypadkiem na myśli liczby „zero”.

Nie traktuję tego tak dosłownie. Ale prawda jest taka, że myśliwi są w kłopocie, ponieważ nie dostaliśmy żadnych wytycznych dotyczących polowań wielkoobszarowych.

Nie wiemy, ile konkretnie dzików mamy odstrzelić.

Skąd w ogóle wziął się ten pomysł?

Trzeba cofnąć się do 2018 r., kiedy nastąpił przyrost populacji dzików, którego myśliwi się nie spodziewali. Z pewnością miały na to wpływ ciepłe wiosna, lato i jesień. Być może był to, paradoksalnie, efekt intensywnego odstrzału w latach poprzednich. To moja spekulacja, ale są zagraniczne badania, które pokazują, że im więcej dzików się wybija, tym intensywniej się one rozmnażają.

Tymczasem myśliwi – jeśli tylko mogli – w corocznych sprawozdaniach z liczebności zwierząt w swoich obwodach łowieckich celowo podawali zaniżone liczby dzików. Głównie z obawy, że jeśli w ich łowiskach będzie „za dużo” dzików, to będą musieli dokonywać odstrzałów sanitarnych.

Na podstawie tych inwentaryzacji sporządza się plany odstrzału – w ubiegłych latach w całym kraju zastrzelono 250-300 tys. dzików, a w tym roku cel to 185 tys. osobników. Ta niższa liczba musiała przykuć uwagę Ministerstwa Środowiska, Ministerstwa Rolnictwa i Głównego Lekarza Weterynarii.

Ktoś musiał zauważyć, że jest rozdźwięk między liczbami „na papierze” a liczbą zwierząt w przyrodzie.

I wtedy pojawiła się koncepcja polowań wielkoobszarowych?

Najpierw był inny pomysł – w gruncie rzeczy – zgodny z wytycznymi EFSA (Europejskiego Urzędu ds. Bezpieczeństwa Żywności). Chodziło o to, by odstrzałem objąć tylko pas biegnący przez środek Polski, sąsiadujący bezpośrednio ze strefą buforową – obszarem leżącym obok terenu, na którym stwierdzono ogniska afrykańskiego pomoru świń. I tu przerzedzić populację, by utrudnić transmisję wirusa ASF między dzikami.

Ale wtedy do gry wkroczył Sławomir Izdebski, szef OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych, który rości sobie prawo do reprezentowania wszystkich rolników i najgłośniej domaga się wybicia dzików.

Przekonał Ardanowskiego, a także przewodniczącego Naczelnej Rady Łowieckiej PZŁ, że taki odstrzał należy urządzić nie w części, ale w całej Polsce. No i mamy, to co mamy.

[Na konferencji prasowej, która odbyła się 9 stycznia, już po przeprowadzeniu tego wywiadu, Sławomir Izdebski stanowczo odcinał się od zarzutów, jakoby to on – i rolnicy których reprezentuje – w jakikolwiek sposób naciskał na rząd, by  przeprowadzono „masakrę dzików”, a nawet poparł tych myśliwych, którzy jej się sprzeciwiają – Red.]



Co myśliwi sądzą o planowanym na styczeń odstrzale?

Jesteśmy skonfudowani. Wśród myśliwych mnożą się również wątpliwości co do zasadności całej tej akcji, bo wiemy, że zdanie naukowców o sensowności walki z ASF przez intensywne polowania jest bardzo krytyczne. Nie ukrywam też, że mamy obiekcje moralne. Bo nawet jeśli przyjąć, że ten odstrzał ma sens, to

w gronie kolegów zadajemy sobie pytanie: czy zabić lochę w ciąży, która może być chora na ASF, czy zrezygnować i pozostawić sprawę przyrodzie? To nie są łatwe rozmowy.

Jeśli macie takie wątpliwości, to czemu otwarcie nie powiecie: nie chcemy brać w tym udziału?

Ponieważ w ten sposób nie uratujemy dzików. Więcej, jest środowisko, które tylko czeka, byśmy to zrobili. I które chce rozwiązania PZŁ.

Czyli po prostu boicie się likwidacji Związku.

To byłoby najmniejsze zło. Chodzi o to, że grupa, która najchętniej by PZŁ odesłała w niebyt – środowisko skupione wokół Izdebskiego – chce zmienić realia prawne łowiectwa w Polsce.

A konkretnie: oprzeć je o zasadę wiążącą prawo do polowania z prawem własności ziemi. To oznaczałoby prywatyzację polowania w naszym kraju. I byłoby bardzo złe dla polskiej przyrody.

To znaczy?

Obecnie populacjami dzikich zwierząt łownych zarządza się centralnie, są one własnością skarbu państwa. Zwierzynę liczy się i ustala, ile w danym roku można odstrzelić, by jej populacja się nie załamała.

Związanie prawa do polowania z prawem do ziemi zakłada, że zwierzęta łowne są własnością tego, na czyim terenie żyją. Dlatego jeśli jakiś rolnik ma duże gospodarstwo rolne, a na nim np. jelenie, które robią mu szkody w uprawach, to może je po prostu zabić. Albo sprzedać komuś prawo do odstrzału – na przykład jednemu z wielu związków łowieckich, które mogłyby po rozwiązaniu PZŁ powstać – by zrobił to za niego.

Nie ma tu już żadnej planistyki populacyjnej, nikt nie troszczy się o liczebności.

I niech nazywają mnie mordercą dzików, ale chcę, by moje dzieci i wnuki odziedziczyły taką przyrodę, jaką znam ja. A model łowiectwa, na którym stoi PZŁ – przy wszystkich swoich wadach – na to pozwala. Ale jeśli Związek otwarcie w obecnej sytuacji zaprotestuje, to jest całkiem realne ryzyko, że minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski doprowadzi do rozwiązania PZŁ, bo ulega lobbingowi szefa OPZZ Rolników i Organizacji Rolniczych. A wtedy w życie wejdą pomysły Izdebskiego.

Nie sądzę, by te tłumaczenia przekonały Polaków. To jest opowieść o wewnętrznych problemach PZŁ, które dotyczą myśliwych. I której prawdziwość jest trudna do zweryfikowania przez tych, którzy myśliwymi nie są. Dziś oczekuje się od was wyraźnego sprzeciwu przeciwko rzezi dzików.

Wiemy, że na to czeka polskie społeczeństwo. Ale z tych względów, o których mówiłem wcześniej, nie możemy tego oczekiwania spełnić. Zdajemy też sobie sprawę z tego, że to nas obarczy się odpowiedzialnością.

Ale my, myśliwi, mamy w społeczeństwie już tak złą opinię, że chyba już nie może być gorsza.


Już po przeprowadzeniu tego wywiadu okazało się, że jednak są w Polsce myśliwi, którzy otwarcie sprzeciwiają się udziałowi depopulacji dzików. To Koło Łowieckie Darzbór ze Szczecinka. „Myśliwy nie jest katem ani bandytą. Myśliwy nie jest egzekutorem!!! Jeśli ktoś chce unicestwienia Ojczystej Przyrody – my mówimy NIE!” – napisali na swoim profilu na Facebooku myśliwi.

Post pojawiał się 8 stycznia o godz. 11:25. Po próbie kontaktu OKO.press z prezesem koła, wpis został usunięty. Zapytaliśmy, dlaczego. „Proszę mnie zrozumieć, że na chwilę obecną nie odpowiem na to pytanie!”  – napisano nam w odpowiedzi z konta na Facebooku.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym