0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Гражданский Совет, YouTubeГражданский Совет, Y...

Kula dogania strzelca

Katarzyna Roman-Rawska, OKO.press: Przygotowując się do rozmowy, pomyślałam o takim rosyjskim powiedzeniu, kula dogania strzelca, coś jak karma wraca. Batalion Syberyjski formuje się z rosyjskich ochotników, którzy ramię w ramię z Ukraińcami strzelają do swoich współobywateli – Rosjan. Dlaczego zdecydowała się Pani współpracować z Radą Obywatelską i wspólnie z kolegami i koleżankami stworzyć taką jednostkę?

Tatiana Kosinowa*: To było naturalne. Jestem nastawiona antyputinowsko, a wręcz antyrosyjsko, w tym sensie, że jestem przeciwko Rosji Putina, ale też przeciwko Rosji w obecnym kształcie. Chodzi o to, żeby Rosja przestała istnieć jako imperium. Musi zostać pokonana w wojnie, którą sama rozpętała. Tylko organizacja taka, jak Rada Obywatelska, która w walce udowodni swoje antyrosyjskie podejście, a nie tylko wolę przemian w granicach skompromitowanego rosyjskiego prawa, będzie miała legitymację, żeby kiedyś przejąć w Rosji władzę. Żadna inna.

Zawsze miała Pani orientację antyrosyjską?

Nie. Do pewnego czasu wierzyłam w przemianę Rosji w kierunku liberalno-demokratycznym. Pieriestrojkę witałam z entuzjazmem. Już jako dojrzała kobieta pracowałam jako dziennikarka. W latach 90. współtworzyłam Memoriał. Byłam entuzjastycznie nastawiona do tego, co działo się w Rosji. Jeśli nawet coś nie do końca mi się podobało, byłam lojalna wobec władz. Nawet w 1993 roku, który nazywamy małą wojną domową, kiedy Jelcyn kazał strzelać do parlamentu, jego działania postrzegałam jako prorosyjskie.

Teraz wiem, że to był początek rozpadu demokracji.

Czułam to już, kiedy nie dokonał się sąd nad Komunistyczną Partią Związku Radzieckiego w 1992 roku. Kiedy unieważniono pomysł lustracji służb specjalnych. Kiedy w połowie lat 90. zaczęli zamykać archiwa. I wreszcie, kiedy przekazano władzę Putinowi – człowiekowi ze służb bezpieczeństwa. Byłam zdania, że oficer w randze podpułkownika nie może być prezydentem, co do zasady, absolutnie. I że to samobójstwo Rosji. Wtedy przestałam wierzyć w Rosję.

Czy była Pani w tym odosobniona?

Było to ogólnie stanowisko moich kolegów z Memoriału w Petersburgu. Tę myśl rozwijał szczególnie Wieniamin Jofe, dla mnie bardzo ważna osoba, twórcа i pierwszy dyrektor Centrum Informacji Naukowej Memoriał, do którego mam zaszczyt należeć.

Nie podobały nam się wojny czeczeńskie, Memoriał oficjalne występował przeciwko nim, ale nie traktowaliśmy ich wtedy jako wojen antyimperialnych czy antykolonialnych. Wierzyliśmy w prawo do samostanowienia narodów, ale nie protestowaliśmy głośno.

Teraz uznałaby Pani, że to jednak wojny przeciwko imperium?

Raczej tak. Chociaż dyskurs antykolonialny pojawił się w moich środowiskach dopiero wiosną 2022 roku.

Czyli refleksja na ten temat nie przyszła chociażby z aneksją Krymu?

W 2014 roku nie było jeszcze dyskusji dekolonizacyjnej w naszych kręgach. Tak naprawdę dopiero 24 lutego 2022 roku zaczęłam uznawać, że jest to też moja wojna. Jeszcze w 2014 roku nie myślałam, aby pojechać do Ukrainy i tam działać przeciwko Rosji, chociaż oczywiście byłam po stronie Ukrainy.

Oczywiście, moja opozycyjność nie pojawiła się teraz. Byłam zawsze przeciwko cenzurze, atakom na trzeci sektor, Putinowi, ale nie czułam, że to także moja wojna. Dopiero kiedy w grudniu 2021 roku Putin zaczął grozić Zachodowi, że chce przywrócenia granic z 1997 roku, zrozumiałam, że to już nie tylko retoryka.

24 lutego wydarzyło się coś strasznego, te wszystkie bombardowania… Poczułam, że muszę jechać do Ukrainy. Mam wykształcenie medyczne, na pewno przydam się na froncie albo zapleczu, jako sanitariuszka. Doszło do mnie, że te wszystkie nasze intelektualne debaty są funta kłaków warte w obliczu tego, że tam giną ludzie od rosyjskich rakiet.

Szukałam sposobu. Mnie, jako lekarce, sanitariuszce czy wolontariuszce jakoś udałoby się tam wjechać, ale wtedy nie było jeszcze możliwe, żeby pojechał ze mną mój syn, też medyk. Jego by nie wpuścili. Chwilę wcześniej Rosja zdelegalizowała Memoriał. Czułam się jak w pułapce.

Wszyscy jesteśmy bankrutami

Co Pani poczuła, kiedy Memoriał otrzymał Pokojową Nagrodę Nobla wraz z ukraińskimi i białoruskimi organizacjami? Kiedy organizacja, która upominała się o wartości demokratyczne i pokój otrzymała tę nagrodę właśnie wtedy, gdy Rosja rozpętała kolejną fazę wojny w Ukrainie?

Sama nominacja Memoriału do tej nagrody ma ponad 10-letnią historię. Wcześniej były pewne oczekiwania, że tak się stanie. Gdyby Memoriał otrzymał nagrodę Nobla na przełomie 2014 i 2015 roku, kiedy został uznany za „zagranicznego agenta”, wtedy może to byłby bodziec do dalszych działań. Dla mnie osobiście w 2022 roku była to wiadomość bardzo wątpliwa. Nie podzielałam radości moich kolegów i absolutnie nie byłam z tego dumna. Nie uczestniczyłam w żadnych spotkaniach Memoriału, nie pojechałam do Pragi czy Paryża, by świętować to wydarzenie, mimo że zostałam zaproszona.

Dlaczego czuje się Pani z tym tak niekomfortowo?

Ponieważ trwa wojna. Uważam, że nagroda dla Memoriału powinna zostać przekazana w całości Ukrainie, a nie tylko w połowie, jak zdecydowano. Uważam, że Memoriał jest współodpowiedzialny za stan rzeczy w Rosji. Jest to największa i najbardziej znana pozarządowa rosyjska organizacja na świecie. Memoriał nie zrobił nic, by zapobiec wojnie.

Wszyscy jesteśmy bankrutami i musimy to przyznać.

I to nie jest tak, że powinniśmy dalej bezrefleksyjnie zbierać się w nowym miejscu. Teraz wszyscy wyemigrujemy, otworzymy Memoriał w Litwie, w Szwajcarii, utworzymy jakieś międzynarodowe stowarzyszenie, otworzymy duże biuro w Berlinie i będziemy kontynuować naszą pracę. Myślę, że powinno być dużo wewnętrznej pracy i refleksji nad tym, co zrobiliśmy źle.

Co było waszą największą pomyłką?

Błędem było oparcie się na zagranicznym finansowaniu. Memoriał nie znalazł stałego wsparcia wewnątrz Rosji, by działać całkowicie autonomicznie, bez finansowania ze strony zachodnich fundacji i rządów. Jest znacznie bardziej znany na Zachodzie niż w Rosji. Dlatego władze mogły uznać organizację za „zagranicznego agenta” i ją całkowicie zmarginalizować.

Kampania przeciwko Memoriałowi i całemu społeczeństwu obywatelskiemu nie poszła na marne. Strategia nazywania nas zagranicznymi agentami zaczęła działać. Wiele zasobów przeznaczyliśmy na to, żeby się przed tym bronić. Byłoby uczciwiej ogłosić, że ponieśliśmy porażkę. Albo emigrujemy, albo rozwiązujemy organizację, wszyscy schodzimy do podziemia i funkcjonujemy jako niezarejestrowana organizacja.

Memoriał nigdy nie chciał robić polityki, miał zgoła inną misję. Czy w związku z tym rzeczywiście można go winić za to, że jest wojna?

Argument, że nie jesteśmy zaangażowani w działalność polityczną, ponieważ działamy na rzecz praw człowieka, to moim zdaniem wieloletni błąd dyskursu dysydenckiego, który doprowadził Memoriał na dno. Od samego początku był fałszywy. Memoriał nigdy nie uznał, że byliśmy, jesteśmy i będziemy zaangażowani w działalność polityczną, bo wszystko jest polityczne. Każda wypowiedź publiczna, każda aktywność skierowana do więcej niż dwóch osób, dotycząca czy to przeszłości, czy przyszłości, to polityka. Byliśmy, jesteśmy i będziemy zaangażowani w politykę.

Problem w tym, że od początku kładliśmy nacisk na to, że jesteśmy zorientowani na ofiary, nie na bohaterów. Początkowo budowaliśmy naszą politykę pamięci wokół ofiar, a nie wokół bohaterów, inaczej niż na przykład Litwa, w której każda wieś ma muzeum ruchu oporu. A my chodzimy do Kamienia Katyńskiego albo do Kamienia Sołowieckiego na Łubiance i odczytujemy listy nazwisk ofiar terroru stalinowskiego, albo ich krewnych. Z naciskiem na to, że były to niewinne ofiary.

Czyli chce Pani powiedzieć, że akcja przywracania imion to nic innego, jak potwierdzenie, że NKWD wykonało prawidłowo swoją pracę?

Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że w ten sposób tak naprawdę czytamy na głos raporty NKWD. Te protokoły to przecież sprawozdania plutonów egzekucyjnych. Powtarzamy paradygmat 1956 roku i Chruszczowa. Mówimy, że okres stalinowski był zły, ponieważ ludzie cierpieli niewinnie i powinni zostać zrehabilitowani. Ale całkowicie ignorujemy tych, którzy aktywnie stawiali opór. Były ich setki tysięcy, a może miliony.

[wstaw_tresc kategoria=„artykul” id=„533432”

Rosję trzeba uwolnić

Sugeruje Pani, że to dlatego Rosjanie nie potrafią stawiać dzisiaj oporu? Na samym początku wojny obserwowałam, jak organizowały się zręby ruchu oporu i, co ciekawe, koncentrowały się one przede wszystkim wokół idei pokojowego protestu. Czy to miało sens?

To dyskurs dysydencki rodem z lat 60.: przestrzegamy konstytucji i w żaden sposób nie będziemy rościć sobie prawa do władzy. Cóż, to tak, jakby powiedzieć, że nie jesteśmy przeciwko reżimowi.

Putin nie boi się pokojowych protestów, bo ich organizatorzy nie chcą przejąć władzy. I łatwo może je zgnieść. Nawalny miał pomysł sięgnięcia po władzę, chciał startować w wyborach prezydenckich. Dzisiaj jest w więzieniu. Mimo to nadal nalega na pokojowy protest, bez broni i bez aktywnego zbrojnego oporu. To nie działa, ponieważ jest to reżim zbrodniarzy. Nie należy z nimi prowadzić dialogu.

Pokojowe protesty mają sens, gdy istnieją demokratyczne instytucje, niezależne sądy, niezależne media, kiedy następuje pokojowa zmiana władzy. A kiedy tego nie ma, pokojowy protest jest jedynie działaniem terapeutycznym dla nas samych. A reżimowi wciąż udaje się zastraszyć ludzi w Rosji.

Idea pokojowego protestu się wypaliła. Pokojowo nie odsuniemy Putina od władzy.

Co, jeśli nie pokojowy protest? Jak przejąć władzę w Rosji?

Odpowiedź znalazłam w Polsce. Moi przyjaciele stworzyli tutaj Radę Obywatelską, która organizuje zbrojny opór. Stało się na spotkaniach organizacji „Za wolną Rosję”, w którą byłam zaangażowana. Kiedy omawialiśmy propozycję kolejnego pokojowego protestu pod Ambasadą Rosji – z hasłami typu „Putin-morderca”, „Niet wojnie” – nagle przemówiła Anastasia Siergiejewa. Zapytała wszystkich, czy nie pojechaliby na front, powalczyć? Dlaczego tylko Ukraińcy walczą, skoro my też jesteśmy przeciwko Putinowi?

To wywołało ostrą reakcję, jakby ktoś spuścił gilotynę.

Byłam w szoku, bo do tej pory odbywały się zwykle spotkania, coś tam poczytamy, coś obejrzymy, a to się z Michnikiem spotkamy, a tu nagle konkretna propozycja. Ludzie oburzeni – jak to, na front? Przecież my jesteśmy przeciwko wojnie! Większość rosyjskiej diaspory opowiada się za tym, aby wspierać finansowo jedynie pomoc humanitarną, nie dokładać się do zbrojenia, ani Ukraińców, ani Rosjan.

Minęło trochę czasu i we wrześniu 2022 roku spotkaliśmy się większą grupą rozmawiać o detalach. Byłam ja, moje dzieci, Nastia Siergiejewa, Denis Sokołow, Ibragim Jaganow, Aleksandr Czerkasow. Zaczęliśmy działać. Dla nas teraz sama nazwa „Za wolną Rosję” brzmi jak oksymoron. W obecnym kształcie to sformułowanie jest toksyczne, bo Rosja nie była wolna i zakończenie wojny w Ukrainie nie przyniesie jej wolności. Rosję trzeba najpierw uwolnić.

Od czego zaczęliście prace?

Już w listopadzie otworzyliśmy centrum mobilizacyjne przy Radzie Obywatelskiej, tu w Warszawie. Zaczęliśmy naszą alternatywną mobilizację Rosjan na front – tych, którzy chcieli walczyć po stronie ukraińskiej. Jednym z pierwszych ochotników był mój syn. W pierwszym okresie mogliśmy werbować tylko migrantów, którzy byli w strefie Schengen. Nasze pierwsze trzy grupy to rosyjscy ochotnicy z Europy, ludzie zarówno ze starych, jak i nowych diaspor, mężczyźni między 20. a 40. rokiem życia. Większość z wyższym wykształceniem, tacy, którzy byli tu już dobrze urządzeni, ale też grupa, która nazywa siebie polityczną emigracją.

Dzisiaj mamy opracowane procedury wysyłania na front ochotników z krajów spoza Unii Europejskiej, które są bezwizowe dla Rosjan: Gruzji, Armenii, Turcji, Tajlandii, Kazachstanu, Kirgistanu itd. I z tych krajów zgłasza się dużo więcej rosyjskich ochotników. Mamy też zgłoszenia od ludzi, którzy z różnych powodów są aktualnie w Rosji. Jednym nie udało się wyjechać, inni musieli wrócić, bo nie ułożyło im się życie w emigracji. To jednak nie znaczy, że zaczęli nagle znowu popierać Rosję.

Ci, którym udało się znaleźć schronienie w Europie, są mimo wszystko bardziej zdystansowani, chcą się rozpłynąć, zniknąć.

Czy pośród rosyjskich ochotników są także kobiety?

Regularnie otrzymujemy zgłoszenia od kobiet. Planujemy stworzenie własnego szpitala. Mamy ludzi, którzy nas wspierają i są blisko jednostek medycznych w Ukrainie. Ale jak dotąd nie dostaliśmy zgody na rekrutację kobiet. A jest ich kilkadziesiąt, chciałyby się dostać na front w różnym charakterze, nie tylko jako sanitariuszki, ale też na przykład jako zwiadowczynie z powietrza, snajperki, wolontariuszki i pracownice jednostki gospodarczej. Mam nadzieję, że uda nam się stworzyć procedurę werbowania kobiet, byłabym bardzo za tym, bardzo dobrze rozumiem te kobiety.

Może to zabrzmi dyskryminująco wobec mężczyzn, ale moim zdaniem kobiety są dużo bardziej świadome tego, czego chcą. Szybko uczą się wszystkiego. Brakuje ich w naszej dywizji.

Anarchiści, emigranci, lewicowcy

W jaki sposób wysyła się rosyjskich ochotników na front? Czy oni najpierw przyjeżdżają tu do Polski?

Nie, ponieważ nie udało nam się dotychczas, tak jak Białorusinom, dogadać z polskim Ministerstwem Spraw Zagranicznych. Rosyjscy ochotnicy wyjeżdżają z krajów, w których przebywają, większymi grupami po wstępnym przeszkoleniu i zebraniu ekwipunku. Naszym zadaniem jest utrzymać ich do momentu, aż podpiszą kontrakt z armią ukraińską. Pomagamy im przez te minimum dwa miesiące, kiedy są na szkoleniu wojskowym. Niektórzy uczą się dłużej, w różnych kierunkach, medycznym, technicznym. Szkolą się do różnych zadań. Zajmujemy się m.in. pozyskiwaniem finansowania na przeszkolenie i wyposażenie konkretnych osób, często przez zbiórki, fundraising.

Jak docieracie do rosyjskich ochotników? Jak ich werbujecie?

Docieramy do ludzi różnymi kanałami, przez social media, telegram, Youtube itd. Dajemy wywiady, docieramy do vlogerów, którzy o nas mówią. Używamy kanałów migranckich.

To nie jest proste, ponieważ rosyjskie opozycyjne media emigracyjne niechętnie o nas piszą. Nasza agenda nie wpisuje się w żywy wciąż wśród rosyjskiej opozycji dyskurs pokojowy i antywojenny. Te środowiska są też często podzielone, rozdrobnione i każdy pisze o swoich inicjatywach.

Dużą część przestrzeni medialnej zabiera też Legion Wolnа Rosja, który rości sobie prawo do reprezentacji symbolicznej Wolnej Rosji, używając na przykład biało-niebiesko-białej kolorystyki na flagach. Chociaż liczebnie są marginalni, to im udziela się częściej głosu niż nam. Także media ukraińskie orientowały się bardziej na nich, bo powstali wcześniej.

Ile jest w tej chwili jednostek rosyjskich, które walczą po stronie ukraińskiej?

Nikt tego nie policzył. Jest ich sporo. Wielu Rosjan trafia bezpośrednio do armii ukraińskiej. Są wśród nich zarówno Rosjanie z Ukrainy, jak i ci, którzy tam trafili na różne sposoby. Wśród znanych postaci jest np. Piotr Wierziłow, dawny uczestnik Pussy Riot, dziennikarz, który niedawno meldował się pod Bachmutem. Jest także wielu anarchistów, którzy walczą razem z białoruskimi kolegami, są ludzie o lewicowych poglądach, którzy uciekli do Ukrainy lub gdzieś na Zachód i dotarli na front. Jak na przykład Aleksiej Makarow, który przeszedł z Partii Narodowo-Bolszewickiej do lewicowego anarchizmu, był więziony, potem wyemigrował i otrzymał azyl polityczny w Szwecji. Aktualnie Makarow jest w naszej jednostce. Podobnie Ildar Dadin, aktywista oraz mój syn, Wikientij.

Początkowo chcieliśmy współpracować z Rosyjskim Korpusem Ochotniczym, ale nie udało nam się znaleźć wspólnego języka. Jako rosyjscy nacjonaliści zareagowali ostro na pojawienie się wśród nas anarchistów i lewicowców. Przeszkadzały im także inne narodowości niż wielkoruska. Nie chcieli w swoich szeregach Jakutów, Buriatów czy Tatarów.

Skąd pomysł na nazwę Batalion Syberyjski?

Batalion Syberyjski wziął się stąd, że w naszej pierwszej grupie ochotniczej mieliśmy Władisława Amosowa, Jakuta, byłego majora w głównej jednostce wywiadu GRU, absolwenta dwóch uniwersytetów wojskowych w Rosji. Bardzo zmotywowany wojskowy ze świetnym wykształceniem. W 2011 roku zdjął pagony, bo nie mógł dłużej tolerować dyskryminacji na tle etnicznym w Akademii Sztabu Generalnego, gdzie służył i gdzie, ze względu na narodowość, uniemożliwiano mu awans. W 2019 roku wyemigrował do Polski z Kaliningradu.

Przeżywał bardzo wojnę na pełną skalę i jako wojskowy, i jako opozycjonista. Chciał, żeby po stronie ukraińskiej walczył batalion Sacha (Jakutów – red.). Kiedy okazało się, że nie tylko Jakuci tam wstępują, rozszerzyliśmy nazwę na całą Syberię, której mieszkańcy są najbardziej dyskryminowani i traktowani jak mięso armatnie przez Putina.

Chcecie stworzyć armię, która będzie dekolonizować Rosję?

Tak, jesteśmy na to otwarci. Mamy jednostkę muzułmańską w naszym siostrzanym Batalionie Krymskim, do której mogą wstępować muzułmanie kaukascy lub z innych regionów. Są także Rosjanie, którzy przeszli na islam i też chcą tam walczyć. Do tej jednostki można wstąpić za naszym pośrednictwem.

Przeczytaj także:

O pacyfizm trzeba walczyć

Wspomniała Pani, że na froncie jest Pani syn. Jak to się stało, że zdecydował się walczyć przeciwko Rosji?

Początkowo szkolił się tu, w Polsce. Dwie z naszych grup, które powstały w Europie, złożone z obywateli FR, zostały przeszkolone w Warszawie. On jako pierwszy przechodził to szkolenie, był podekscytowany. Od 16 stycznia 2023 roku jest w Ukrainie. Od 9 marca już na kontrakcie. Był początkowo w jednostce moździerzowej Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego. Przeszedł też dodatkowe szkolenie jako medyk bojowy, ma doświadczenie pracy jako sanitariusz. Przez 9 lat pracował w Szpitalu Pokrowskim w Petersburgu, odbywał tam zastępczą służbę wojskową, bo zadeklarował się jako pacyfista.

A teraz może walczyć? Już nie jest pacyfistą?

Teraz mówi o sobie, że jest walczącym pacyfistą. I że prawo do pacyfizmu trzeba dosłownie sobie wywalczyć. Uważa, że do pacyfizmu możemy wrócić, gdy konflikt na pełną skalę zakończy się zwycięstwem Ukrainy.

Co Pani czuje jako matka?

Martwię się każdego dnia. Korespondujemy, czasem do siebie dzwonimy. Mam nadzieję, że syn jest bezpieczny. Martwię się za każdym razem, gdy ma jakiś wyjazd. I oczywiście codziennie czekam na potwierdzenie, że nic mu nie jest. Oczywiście, że się boję. Absolutnie nie byłabym gotowa, nie chciałabym, żeby coś mu się stało. Mimo to wspieram jego decyzję i jestem dumna z mego syna.

Pozostałe moje dzieci różnie na to reagują. Starszy syn, od wielu lat emigrant, właściwie już Francuz, twierdzi, że to awantura. Mimo to finansuje ekwipunek brata. Młodsza córka boi się, co ludzie powiedzą, przeżywa to.

Wszyscy robimy politykę. Chociaż niektórzy próbują zamykać oczy. Przyzwyczaili się, że jest wojna i dalej żyją.

Na gruzach imperium

Od dłuższego czasu obserwuję, że nie można mówić o spójnej, jednorodnej rosyjskiej opozycji na uchodźstwie czy o jednej diasporze. Ludzie żyją w dużym rozproszeniu, są ze sobą skłóceni lub nawzajem się ignorują. Czy jest szansa na pojednanie i wspólną wizję postputinowskiej Rosji?

Warto zadać pytanie, czy chcemy, aby Federacja Rosyjska nadal istniała po wojnie, po Putinie, w obecnie wytyczonych granicach i w tym formacie. Czy też jest to po prostu koniec epoki, o czym świadczy to rozczłonkowanie diaspor, grup, narodowości, konflikty, starcia, niespójności i tak dalej.

Uważam, że Imperium musi upaść. Rosja? Bóg z nią, jej czas minął.

Wolę myśleć teraz, że moja Ingria (historyczna kraina położona nad Zatoką Fińską red.) będzie wolna, niż, że Rosja przetrwa. Jeśli Rosja nie upadnie, nadal będzie stanowić zagrożenie. Musi się po prostu rozpaść. Trzeba przemyśleć na nowo jej terytorium, relacje, strukturę i wszystko inne. Jak to się stanie, nikt nie wie. Na razie najgłośniejsi są zwolennicy zachowania Rosji w dotychczasowych granicach. Jak na przykład Chodorkowski.

Chodorkowski szykuje się na prezydenta po przegranej rosyjskiej wojnie?

Korporacja Chodorkowskiego wewnątrz jest skonfliktowana, bez żadnego programu i planu działania. Oni nie są zdeterminowani, żeby iść na wojnę z Putinem, ale uważają, że jakoś można to zatrzymać, wynegocjować z reżimem, kogoś opłacić, kogoś przekupić, jakąś nową postać wprowadzić. To wszystko jest jakiś dziwny patchwork i to grubymi nićmi szyty. Wszystko składa się ze sprzeczności, nieporozumień, braku jasności, mgły. Mgła wojny, w której nic nie jest jasne. Brakuje programu walki z Putinem, planu, jak Rosja miałaby być zrekonstruowana, co będzie później i co ludzie powinni teraz zrobić.

Czy Chodorkowski finansuje zbrojny rosyjski opór Rosjan przeciwko Rosji?

Wojna trwa, oni muszą finansować te wszystkie jednostki, niezależnie od tego, czy mówią o tym otwarcie, czy nie. Tylko co potem? Chodorkowski mówi o zachowaniu granic i struktury Rosji z centralą w Moskwie, może z pewną zmianą dekoracji. W jego interesie jest po prostu przywrócenie status quo, z minimalną zmianą aktorów. On chce, aby Rosja zwróciła mu jego miliardy, które Trybunał w Hadze zasądził byłym akcjonariuszom Jukosu. Nie ma w tym wszystkim innego celu.

Jakie cele ma w takim razie Rada Obywatelska?

Pierwszym naszym celem jest pokonanie Rosji i Putina w tej wojnie, wypędzenie najeźdźcy z Ukrainy. Drugim celem jest stworzenie w czasie wojny w Ukrainie legalnych sił zbrojnych, które staną się podstawą nowej rosyjskiej klasy politycznej. Powstanie ona z rosyjskich ochotników, którzy walczą i tych, którzy ich wspierają. Chcemy stworzyć nową strukturę polityczną zdolną do obalenia i zmiany reżimu, do zorganizowania Rosji na nowo, na gruzach starej Federacji Rosyjskiej. Już teraz chcemy zacząć rozmawiać o samostanowieniu, o regionach, o tym, jak chcemy, aby to postimperialne terytorium funkcjonowało.

Aby zapobiec przelewowi krwi i chaosowi, potrzebujemy armii, a armia może być legalnie utworzona tylko na terytorium Ukrainy, aby nie została nazwana terrorystyczną. Im większa i lepiej wyszkolona to będzie armia, tym łatwiej będzie nam przejąć władzę i zapobiec chaosowi na terytorium Rosji. Im więcej różnych grup i społeczności będzie zaangażowanych we wspieranie tej armii, w wolontariat, w myślenie o tym, jak chcemy żyć, tym lepiej.

Chcemy, żeby świat nam wreszcie przyznał prawo do walki z Putinem. Świat powinien przyznać nam rację i wspierać w tym zbrojnym oporze.

* Tatiana Kosinowa (ur. 1964), sekretarz wykonawcza Rady Obywatelskiej (Grażdanskij Sowiet – Civil Council), organizacji, która werbuje Rosjan do Batalionu Syberyjskiego – jednostki wojskowej, walczącej po stronie Ukrainy w wojnie z Rosją. Współtwórczyni petersburskiego oddziału „Memoriału”. Autorka książki „Polski mit. Polska w oczach sowieckich dysydentów” (Instytut Książki). Od września 2022 roku mieszka w Polsce.

Na zdjęciu: rosyjscy ochotnicy podczas ćwiczeń Rosyjskiego Korpusu Ochotniczego.

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, niepokoją, zaskakują właśnie.

;
Katarzyna Roman-Rawska

Badaczka współczesnej literatury i kultury rosyjskiej oraz ich związków z polityką. Socjolożka, tłumaczka. Pracuje w Instytucie Slawistyki PAN.

Komentarze