0:00
0:00

0:00

Facebook wie, co robi źle - tak w największym skrócie można podsumować śledztwo dziennikarzy Wall Street Journal, którzy przeanalizowali udostępnioną im wewnętrzną dokumentację przedsiębiorstwa Marka Zuckerberga. Wnioski z analiz przedstawili w cyklu artykułów pt. „The Facebook Files”.

Wyłania się z niego obraz firmy nękanej głębokimi wewnętrznymi podziałami, inwestującej czas i pieniądze w badanie zagrożeń powodowanych przez jej produkty tylko po to, by ignorować ich wyniki, pozwolić im pokrywać się cyfrowym kurzem.

Facebook wydaje się trwać w stanie inercji, z którego wyrwać go mogą jedynie zewnętrzne bodźce do zmiany.

Kolejny z nich dała w ostatnim czasie Frances Haugen, whistleblowerka, która dostarczyła reporterom WSJ materiały stanowiące podstawę ich śledztwa. Na tym jednak nie zakończyło się jej zaangażowanie w walkę z Facebookiem, o Facebooka - zdaniem Haugen wartego ratowania. 5 października 2021 zeznawała przed amerykańskim Senatem, 25 października ma wystąpić przed brytyjską komisją parlamentarną opracowującą projekt Online Safety Bill, zaś 8 listopada przed Parlamentem Europejskim pracującym nad Digital Services Act oraz Digital Markets Act. Legislatorzy ze Stanów Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Unii Europejskiej mają nadzieję wykorzystać zeznania Haugen do walki o nałożenie na firmę z Menlo Park nowych regulacji.

Ta złożona potyczka toczy się równolegle w wielu krajach i na wielu polach. Problem stanowią podstawy prawne do interwencji, uzyskanie dla niej politycznego poparcia, jak i zapewnienie pozytywnego społecznego odbioru działań. Ujawnione przez byłą pracownicę Facebooka dokumenty i składane przez nią oświadczenia dały politykom możliwość wykonania ruchu, który odpowiada na każde z tych wyzwań.

Jako główną stawkę w konflikcie o kształt mediów społecznościowych rządzący mogą teraz wskazywać wartość łączącą ponad podziałami i wymagającą natychmiastowej ochrony: dobro dzieci i młodzieży.

Jakie racje stoją za tą taktyką?

Facebook myśli o dzieciach

Apel, by „pomyśleć o dzieciach”, często krytykowany jest jako nieuczciwy zabieg retoryczny, rodzaj gry na emocjach. Gdy jednak mowa o Instagramie (zakupionym przez Facebooka niecałą dekadę temu za miliard dolarów), skupienie uwagi na najmłodszych użytkowniczkach to nie podstępny wybieg, lecz obowiązek.

Jak wynika z analiz WSJ, 40 proc. korzystających z aplikacji to osoby w wieku 22 lat lub młodsze. Ujawnione wewnętrzne prezentacje Facebooka pokazują, że w krajach, w których gromadzone są najdokładniejsze dane, popularność Instagrama osiągnęła granice wzrostu. Jeszcze inną statystykę znaleźć można w badaniu Pew Research Center z ubiegłego roku, w którym 11 proc. rodziców dzieci w wieku 9-11 lat zadeklarowało, iż ich potomstwo korzysta z aplikacji.

Podczas gdy liczba młodych użytkowników Instagrama rośnie, szczególnie w krajach rozwijających się, Facebook sukcesywnie ich traci. Chcąc dalej oferować reklamodawcom odbiorców ze wszystkich grup demograficznych, firma z Menlo Park musi zadbać, aby choć część z jej produktów pozostawała w ciągłym użyciu przez młodzież. Zwłaszcza że walczy o jej uwagę z silną konkurencją - TikTokiem. Według wewnętrznych danych chińskiej firmy nawet 33 proc. użytkowniczek tej aplikacji w Stanach Zjednoczonych może mieć poniżej 15 lat. Szacunki dla krajów europejskich są jeszcze wyższe - odsetek ten w Wielkiej Brytanii wynosić może nawet 43 proc., a we Francji 45 proc.

Organizacje pozarządowe widzą w tej sytuacji zagrożenie dla bezpieczeństwa najmłodszych. Facebook i Instagram - zagrożenie dla swojej rynkowej pozycji. Nic więc dziwnego, że wobec TikToka stosuje te same zagrywki, którymi wcześniej próbował stłamsić Snapchata, innego konkurenta w walce o rząd nastoletnich dusz. W myśl dewizy „Nie bądź zbyt dumny na kopiowanie” firma z Menlo Park zachęca swoich pracowników, by śmiało wdrażali podpatrzone rozwiązania. TikTok nie pozostaje jednak dłużny, co wytwarza zaklęty krąg wzajemnego powielania funkcji i czyni innowacyjność strategią pozbawioną sensu. Łatwiej jest bowiem zaczekać, aż kolejny startup zacznie zdobywać popularność wśród młodszych pokoleń dzięki ciekawym pomysłom, następnie zaś skopiować go, zakupić bądź zabić — a najlepiej wykonać wszystkie trzy czynności po kolei.

Wiara w to, że Instagram czy TikTok biorą udział w tym wyścigu zbrojeń z myślą o swoich użytkownikach, byłaby w 2021 roku szczytem naiwności.

„To, co obserwowałam w Facebooku, to ciągłe konflikty interesów pomiędzy tym, co jest dobre dla społeczeństwa, a tym, co jest dobre dla Facebooka. I Facebook, raz za razem, wybierał optymalizowanie pod kątem własnych interesów, jak zarabianie większych pieniędzy” mówiła w programie 60 minutes Frances Haugen.

Przez ten pryzmat należy patrzeć na każdą nową funkcję, a nawet modyfikację interfejsu. Nie znaczy to, że zmiany te nie mogą być użyteczne czy po prostu dające pozytywne doświadczenie użytkownika. Chodzi raczej o fakt, że nie zostałyby wprowadzone, gdyby mogły spowodować istotny spadek zaangażowania, odrywać od aplikacji, skłaniać do większej powściągliwości we wchodzeniu w interakcję z profilami czy treściami, przede wszystkim sponsorowanymi.

Nie jest więc tak, że osoby zarządzające Instagramem nie myślą o dzieciach czy młodzieży. Myślą bardzo intensywnie... jak na nich zarobić. Jeśli zaś wykonują ruchy, by zadbać także o ich dobrostan, to robią zbyt mało i zbyt późno. Dla przykładu, dopiero w lipcu 2021 roku ogłoszono, że reklamodawcy na IG stracą możliwość mikrotargetowania osób poniżej 18. roku życia na bazie ich zainteresowań i profilu użytkownika stworzonego na bazie ogółu internetowej aktywności. Tego rodzaju zaniedbania bledną jednak wobec informacji ujawnionych przez Haugen, a opisanych przez WSJ.

Przeczytaj także:

Cyfrowa nikotyna

Dokumentacja stanowiąca podstawę „Facebook Files” zawiera szereg prezentacji na temat badań wpływu Instagrama na zdrowie młodych osób. Zanim je omówimy, zwróćmy uwagę: analizy szkodliwego oddziaływania Instagrama prowadzone są w nauce od lat, ale dotąd brakowało niepodważalnych dowodów, że przeprowadza je także sama firma. Nowe doniesienia sugerują, że wyniki jej wewnętrznych, tajnych badań w dużej mierze potwierdzają tezy naukowczyń z zewnątrz. Stąd też niektórzy komentatorzy tworzą analogie do historii zmagań rządu USA z firmami tytoniowymi, które również oskarżano o podważanie niezależnych analiz i ukrywanie własnych, stawiających je w złym świetle.

Analogie te są jednak o tyle problematyczne, że portale społecznościowe nie muszą być, przynajmniej w teorii, szkodliwym produktem, jeśli tylko odpowiednio uregulować ich obecność na rynku.

Jakie zarzuty ciążą nad nimi obecnie? Jednym z kluczowych, niepodważanym nawet przez dział PR Facebooka, jest negatywny wpływ na obraz własnego ciała u nastolatek.

Wyniki jednego z ujawnionych badań wskazywały, że co trzecia respondentka zmagająca się z tymi problemami twierdziła, że korzystanie z Instagrama je pogłębia. Podobne rezultaty odnaleźć można w dokumencie „Teen Mental Health Deep Dive”. Wskazuje on między innymi, że w oczach 30 proc. badanych nastolatków w USA i Wielkiej Brytanii, którzy deklarowali niezadowolenie z życia, Instagram wzmacnia to poczucie.

Przyczyny szkodliwego wpływu Instagrama na samoocenę nastolatek badacze z Instagrama opisali szerzej w prezentacji z 2020 roku. Na podstawie analiz jakościowych (wywiadów pogłębionych, grup fokusowych, dzienniczków) doszli do wniosku, że ich aplikacja silniej niż konkurencyjne skłania do dokonywania porównań z innymi ludźmi.

„[Instagram] jest odbierany jak prawdziwe życie, ale oparte na standardach celebrytów” - pisali w podsumowaniu badacze. Ich zdaniem do szkodliwych porównań wyglądu czy poziomu zamożności skłaniają zarówno treści publikowane przez osoby publiczne, jak i znajomi.

Te pierwsze szkodzą głównie przez ilość, nieustannie bombardują korzystające z Instagama osoby wyidealizowanymi obrazami ciał. Treści od znajomych z kolei są bardziej znaczące, silniej skłaniają do dokonywania porównań. Teza o zróżnicowaniu wpływu obrazów publikowanych przez celebrytów i osoby z bliższego otoczenia przeczy co prawda niektórym zewnętrznym badaniom. Mimo to ogólna konkluzja, iż Instagram może skłonić do dokonywania porównań zaniżających poczucie własnej wartości u nastolatków, ma potwierdzenie w literaturze naukowej.

Według ujawnionych dokumentów researcherzy zidentyfikowali potencjalne źródła tego zjawiska, a także wskazali sposoby jego ograniczenia. Ich zdaniem problem z Instagramem polega na fiksacji na punkcie wyglądu. „Inne aplikacje są chronione przez filtry związane z zabawą” - twierdzą, wskazując na przykłady TikToka i Snapchata. W przypadku pierwszej aplikacji uwagę od wyglądu ciała odwracają aktywności: skecze czy tańce. W przypadku drugiej treści skupione są na zdjęciach czy nagraniach twarzy, dodatkowo silnie przetworzonych dzięki zabawnym filtrom.

Jak rozwiązać ten problem? Pomysłów jest wiele. Od drobnych, jak sugestie, by zamknąć aplikację, gdy używana jest zbyt długo, po dużo poważniejsze, zakładające oddanie większej kontroli nad doświadczeniem używania Instagrama użytkowniczkom - a więc odebrania jej algorytmom. Badacze za cel krytyki obrali także filtry do selfie. Proponowali, by te „upiększające” zastąpić żartobliwymi, które nie służą przybliżaniu wyglądu do kanonów piękna.

Instagram wiedział, nie powiedział

Zdaniem osób, z którymi rozmawiali dziennikarze Wall Street Journal, postulaty analityczek były głosem wołającego na puszczy. Sahar Massachi, były pracownik działu Civic Integrity Facebooka tak podsumował na Twitterze podejście korporacji cyfrowych do swoich zespołów badawczych: „Ich zasługą jest to, że zatrudniają ludzi takich jak my, aby wykonywali swoją pracę. (A FB w szczególności zatrudniło nas wielu). Ich wadą jest to, że stworzyły takie mechanizmy organizacyjne, które sprawiają, że często jesteśmy ignorowani lub ograniczani. (A nasza praca pozostaje zamknięta przed światem)”.

To być może najważniejsza konkluzja płynąca z „Facebook Files”, istotniejsza nawet od wniosków z ujawnionych badań. Ze względu na ograniczenia metodologiczne, nie należy ich traktować jako dowodzących relacji wynikania między modelem działania Instagram a zdrowiem psychicznym dzieci i młodzieży, lecz raczej wskazujące niepokojące korelacje. Niereprezentatywność większości z badań, jak również deklaratywność pozyskiwanych danych każą z ostrożnością interpretować ich wyniki. Przed czynieniem z Facebooka czy Instagram praprzyczyny niedoli dzieci i młodzieży przestrzegał na łamach "New York Timesa" psycholog Laurence Steinberg. W swoim tekście słusznie wzywał, by źródeł problemów ze zdrowiem psychicznym szukać także poza światem cyfrowym, a nie poprzestawać na łatwych odpowiedziach.

Nie da się jednak prowadzić debaty na temat szkodliwości mediów społecznościowych, jeśli tworzące je firmy skrzętnie ukrywają efekty własnych dociekań, a zewnętrznym badaczom utrudniają dostęp do swoich danych.

Taka sytuacja spotkała na przykład zespół z nowojorskiego Center for Cybersecurity, który zajmował się tematem dezinformacji na Facebooku. Blokowanie badaczom dostępu do przedmiotu badań - nie tylko danych źródłowych, zasad działania algorytmów, ale nawet samej platformy poprzez banowanie - to kolejny powód, dla którego analogia między big tobacco a big techem jest niedoskonała. Naukowcy zajmujący się szkodliwością palenia tytoniu bez problemu mogli zdobyć papierosy dowolnej marki i poddać je analizie. Specjaliści od Facebooka czy Instagrama toczą z firmą Marka Zuckerberga nieustanną walkę o dane. „Ludzie mówią o Instagramie jak o narkotyku” — mówił WSJ Andrew Przybylski z Uniwersytetu Oksfordzkiego — „Ale my nie możemy badać substancji aktywnej”.

Czy presja ma sens?

Powyższe skłania do refleksji, że Facebook nigdy nie zmieni się od wewnątrz. Odpowiedź na szkodliwe zjawiska, niezależnie od tego, jaka jest ich skala, stoi w sprzeczności z modelem biznesowym firmy z Menlo Park. Gdy amerykańska Federalna Komisja Handlu (Federal Trade Commision — FTC) po raz pierwszy pozwała Facebooka w grudniu 2020, oskarżając go o praktyki monopolistyczne, określiła ów model jako „sprzedaż reklam na bazie szczegółowych danych o użytkownikach”.

By uczynić korzystanie z Instagrama potencjalnie mniej szkodliwym, aplikacja musiałaby przynajmniej częściowo ograniczyć działania zwiększające zaangażowanie użytkowników. Musiałaby sprawić, że serwis będzie mniej przyciągający, a wręcz zachęcać wyjątkowo intensywnie korzystające osoby, by zrobiły sobie przerwę.

W programie 60 minutes Frances Haugen tak określiła dylemat, przed którym stoi firma Zuckerberga: „Facebook zdał sobie sprawę, że jeśli zmieni algorytm, aby uczynić go bezpieczniejszym, ludzie będą spędzać mniej czasu na stronie, będą klikać na mniej reklam, będą dawać mniejsze zyski”.

Trudno oczekiwać od Zuckerberga czy Adama Mosseriego, szefa Instagrama, by podjęli tak jawnie godzące w ich interesy decyzje. To jeden z kluczowych argumentów za potrzebą zewnętrznych regulacji: Facebook wydaje się niezdolny do przemiany własnymi siłami. Nie brak natomiast dowodów, że ugina się pod presją. Jednym z ostatnich jest sprawa projektu specjalnej wersji Instagrama przeznaczonej dla dzieci poniżej 13 roku życia. W maju tego roku grupa 44 amerykańskich Prokuratorów Generalnych wysłała list do Marka Zuckerberga z wezwaniem do porzucenia planów stworzenia nowej aplikacji. Dopiero publikacja „Facebook Files” i dyskusja, którą wzbudziły ujawnione dokumenty, doprowadziły do zawieszenia prac nad dziecięcym Instagramem.

Oficjalnie projekt odłożony został na później, gdyż, zdaniem Mosseriego, jest jedyną alternatywą dla status quo, w którym najmłodsi i tak korzystają z „dorosłej”, nieprzystosowanej do nich wersji aplikacji. Najnowsze wycieki z firmy, tym razem opublikowane przez New York Times, sugerują jednak dużo mniej szlachetne motywy. Nad Instagramem krąży widmo utraty zainteresowania nastolatków, co pcha przedsiębiorstwo do coraz intensywniejszych starań o nią. Walka o użytkowników skłaniać może do sięgnięcia także po grupę będącą poza oficjalnym targetem, a więc osoby poniżej 13 roku życia. W końcu, jeśli uda się utrzymać ich lojalność, za rok czy dwa staną się pełnoprawnymi odbiorcami reklam.

Przypadek Instagrama dla dzieci pokazuje, że presja może powstrzymać Facebooka przed wprowadzaniem na rynek wątpliwych etycznie produktów czy rozwiązań, które mogą pogłębiać problemy, zamiast je rozwiązywać.

Przyglądanie się każdemu krokowi technologicznego giganta, łowienie niejawnych informacji z wewnątrz firmy i wzbudzania społecznego oburzenia to jednak strategia ciągłego gaszenia pożarów. Zamiast tego identyfikować i zwalczać trzeba ich przyczyny.

Pomysłów jak to zrobić jest wiele. W Stanach Zjednoczonych duże nadzieje pokładane są w regulacjach antymonopolowych. Choć pozew Federalnej Komisji Handlu z grudnia 2020 upadł, w sierpniu tego roku agencja — od czerwca przewodzona przez prominentną krytyczkę big techu Linę Khanzłożyła go ponownie. W dalszym ciągu jej głównym zarzutem wobec Facebooka jest stosowanie praktyk nieuczciwej konkurencji. Inne podejście, oparte nie na wchodzeniu w spory sądowe, lecz tworzeniu nowych regulacji, cechuje Parlament Europejski. Zaproponowany w 2019 przez Ursulę van der Leyden Digital Services Act ma uczynić cyfrowe korporacje bardziej odpowiedzialnymi, a ich użytkownikom zapewnić bezpieczeństwo.

Niestety, zdaniem organizacji eksperckich podpisanych pod listem otwartym do europarlamentarzystów, nie uda się to bez uczynienia punktem centralnym aktu kwestii algorytmów. Jak zwraca uwagę Fundacja Panoptykon, jeden z sygnatariuszy listu, kluczowym postulatem jest zapewnienie użytkownikom platform możliwości wpływania na to jakie treści są im podsuwane: „Powinni oni mieć realną możliwość decydowania o tym, jakie kryteria są brane pod uwagę przy dobieraniu treści. A jeśli nie będą zadowoleni z wbudowanego algorytmu platformy, powinni móc skorzystać z niezależnego systemu – komercyjnego lub nie – którego działanie bardziej im odpowiada, ponieważ opiera się na innym modelu niż «klikalność za wszelką cenę» i premiuje np. wiarygodne, lepsze jakościowo treści (na podobnej zasadzie jak mogą skorzystać z wyszukiwarki, z którą współpracuje przeglądarka internetowa, ale mogą też skorzystać z dowolnej innej)”.

To problem centralny także dla uczynienia Instagrama bezpieczniejszym miejscem dla nastolatek i nastolatków. Być może szkodliwe zjawiska naświetlone w ujawnionych badaniach nie są aż tak powszechne i dotykają tylko części użytkujących aplikację. Mimo to osoby, które dostrzegają jej negatywny wpływ na swoje zdrowie, powinny mieć możliwość chronienia się. Wymaga to jednak oddania im władzy nad serwującymi nierzadko truciznę algorytmami. Sam Facebook zaś wydaje się niezdolny, by z własnej inicjatywy dostatecznie zadbać o swoich użytkowników.

;
Jan Jęcz

Doktorant na Wydziale Socjologii UAM w Poznaniu, zawodowo związany z branżą kreatywną. Stały współpracownik Magazynu Kontakt.

Komentarze