0:00
Prawa autorskie: Michal Ryniak / Agencja GazetaMichal Ryniak / Agen...
07 czerwca 2020

Inwestycje PiS dobre tylko na papierze. W rzeczywistości to wtopa za wtopą i niespełnione obietnice

Rząd się przechwala: przekopujemy Mierzeję, zbudujemy CPK. Ale stopa inwestycji nie chce drgnąć powyżej 20 proc., chociaż w tym roku miała przekroczyć 25 proc. Tymczasem rząd utopił miliard złotych w elektrowni w Ostrołęce, a Mierzeja i CPK to wątpliwe projekty

Wydrukuj

Inwestycje PiS mają być kołem zamachowym kampanii Andrzeja Dudy, który mówi o nich na każdym spotkaniu z wyborcami. W sobotę 6 czerwca - w Stalowej Woli. Zachwalał je w przemówieniu również premier Mateusz Morawieckiego podczas debaty przed głosowaniem nad wotum zaufania dla rządu - pisaliśmy o tym dokładnie tutaj.

Premier sporo mówił o inwestycjach, zwracał uwagę, że podczas pandemii i kryzysu ich tempo nie wyhamowało.

Problem w tym, że za rządów PiS, nigdy nie było zbyt duże.

Przed wyborami prezydenckimi PiS stara się pokazać siebie i prezydenta Dudę jako modernizatorów Polski, którzy wprowadzają wielkie wizje i walczą z „imposybilizmem”. Rządy PiS nie wyglądają jednak pod względem inwestycji imponująco.

Morawiecki w Planie Zrównoważonego Rozwoju, zwanym również Planem Morawieckiego, w 2016 zapowiadał wzrost stopy inwestycji do 25 proc. Jak się okazało - na wyrost.

Stopa inwestycji jest ważnym wskaźnikiem gospodarczym. Pokazuje, jaka część PKB jest przeznaczana na inwestycje. Im więcej kraj inwestuje, tym ma większe zdolności produkcyjne i nowocześniejszą infrastrukturę, która pozwala na sprawniejszą konkurencję. To pozwala na szybszy rozwój.

Wysoki wzrost gospodarczy nie równa się wysokiemu rozwojowi – wzrost obejmuje sumę wszystkich transakcji i wyprodukowanych dóbr na danym terytorium. Stopa inwestycji pokazuje, jak państwo rozwija swoje możliwości, aby produkować coraz więcej i lepiej.

Inwestycje PiS. 25 proc. w 2020? Nic z tego

W planie Morawieckiego znajduje się zapewnienie, że już niedługo, w 2020 roku, stopa rozwoju osiągnie 22-25 proc. (w założeniach z 2016 roku nie było dolnej granicy, a tylko liczba 25 proc.). To ambitny cel. 25 proc. umiejscowiłoby nas na szczycie Europy, razem z Czechami i Szwecją. Niestety, na razie bliżej nam do europejskiego dna. Wśród 28 krajów Unii znajdujemy się na 23 miejscu z 18,5 proc.

Wypadamy słabo nawet na tle naszego regionu. W Czechach i na Węgrzech to 25 proc., powyżej 20 proc. są też Estonia, Łotwa, Litwa, Rumunia i Słowacja.

I chociaż przez większość okresu rządów PO ten wskaźnik był wyższy niż 18,5 proc., to trzeba też dodać, że wówczas nasza pozycja w regionie pod tym względem była podobna.

Symbolem inwestycyjnego zapału PiS może być elektrownia Ostrołęka C. Wbrew trendom światowym w 2017 roku podpisano umowy na budowę ogromnego bloku węglowego. Enea, w której większościowym udziałowcem jest państwo, rozpoczęła budowę w październiku 2018. W maju 2020, ponad miliard złotych później, ostatecznie zdecydowano, że inwestycja się nie opłaca.

Po inwestycji zostały widoczne z wielu kilometrów żelbetonowe wieże.

Na początku czerwca zadecydowano, że Ostrołęka C zostanie teraz elektrownią gazową.

Przekop mierzei dumą władzy

Z Ostrołęką się nie udało. Ale PiS pokazuje, że przełamuje „imposybilizm”, przekopując Mierzeję Wiślaną. W ramach kampanii wyborczej (której nie było, oficjalnie rozpoczęła się 3 czerwca) premier z prezydentem pojechali na teren budowy.

„Chcemy nadal realizować wielkie inwestycje. Nie chcemy ich przerywać, ograniczać, zmniejszać, a nie daj panie Boże z nich rezygnować, bo to wielkie inwestycje właśnie są siłą napędową gospodarki. To też pokazuje historia” – z dumą mówił Duda.

Rządzący z pewnością nie przekopują jednak Mierzei i nie niszczą bogatego ekologicznie ekosystemu dla samego przekopu. Jaki jest cel inwestycji? Chodzi o skrócenie drogi wodnej do portu w Elblągu i zakończenie konfliktu z Rosją, która blokuje żeglugę polskich statków przez Cieśninę Pilawską.

Inwestycja PiS opłaci się za 450 lat?

Przekop budzi jednak wielkie kontrowersje, a powodem jest nie tylko wpływ inwestycji na ekosystem. Nie wiadomo, czy budowany na Mierzei kanał w ogóle się opłaci. Po uruchomieniu kanału ilość przeładowanych towarów w porcie w Elblągu ma wzrosnąć cztery-pięć razy.

To ogromny wzrost, ale w żaden sposób nie zbliży to Elbląga do niedalekich Gdańska i Gdyni.

W Elblągu w rekordowym roku 2014 przeładowano 358 tys. ton towarów. Od tego czasu statystyki się kurczą, w 2018 roku było to jedynie 115 tys. ton. W tym czasie Gdynia i Gdańsk rosną. Gdynia z 17 mln ton w 2014 do 23,5 mln ton w 2018. Gdańsk w tym samym czasie z 32 mln ton do 49 mln ton. Oczywiście ładowność dużych portów jest ograniczona.

Jednak nawet pięciokrotny wzrost przeładunku w Elblągu oznaczałby niewielki wzrost w porównaniu do portów zatoki gdańskiej.

Ale może mimo wszystko jest to opłacalna inwestycja? Nie wiemy tego na pewno, ale ekonomiści są sceptyczni. Profesor Włodzimierz Rydzkowskiego z Katedry Polityki Transportowej Wydziału Ekonomicznego na Uniwersytecie Gdańskim twierdzi, że budowa nie ma żadnego uzasadnienia z ekonomicznego punktu widzenia.

Według jego obliczeń, gdyby przeładunek wzrósł do miliona ton (dziesięciokrotny wzrost) a stawki portowe podnieść dwukrotnie, przekop zwróci się za 450 lat. Szacowane początkowo na 880 milionów złotych koszty wzrosły już do prawie dwóch miliardów.

Rząd Beaty Szydło: Budowa CPK ruszy w 2020. Nie ruszyła

Kolejnym sztandarowym projektem PiS jest Centralny Port Komunikacyjny. To planowany ogromny węzeł komunikacyjny między Warszawą a Łodzią. Ma obejmować wielkie lotnisko – międzynarodowy hub przesiadkowy, zdolny obsługiwać 45 milionów pasażerów rocznie oraz szereg inwestycji kolejowych. W maju 2018 Rafał Trzaskowski powiedział, że CPK to ryzykowna inwestycja, bo podobny port przesiadkowy powstał w Berlinie i trudno będzie z nim konkurować. Od tego czasu politycy PiS (np. premier Morawiecki podczas przemówienia przed głosowaniem nad wotum nieufności) regularnie przypominają tę wypowiedź, aby pokazać, że Platforma Obywatelska to partia niemieckich interesów. Można odnieść wrażenie, że CPK ma powstać tylko po to, aby zagrać PO na nosie.

W listopadzie rada ministrów pod przewodnictwem Beaty Szydło przyjęła uchwałę, w której czytamy:

„Do końca 2019 r. mają trwać prace przygotowawcze, a sam port ma być budowany przez kolejne 8 lat, czyli powinien być otwarty w 2027 r.”

"Można powiedzieć, że jest na końcu uzgodnień"

W grudniu 2019 pełnomocnik rządu do spraw budowy CPK Marcin Horała mówił, że trwają rozmowy, które mają wyłonić doradcę strategicznego, a wykup gruntu będzie miał miejsce w 2020 roku. W maju 2020 Horała mówił na konferencji prasowej:

„Projekt specustawy dot. budowy Centralnego Portu Komunikacyjnego, można powiedzieć, że jest na końcu uzgodnień wewnątrz resortowych. Myślę, że latem tego roku - w lipcu, sierpniu - będziemy mogli go zgłosić do konsultacji zewnętrznych, międzyresortowych”

Proces wykupu gruntów „powinien zacząć się w tym roku”. Jak widać, w planowaniu budowy superlotniska przedstawiciele PiS nadużywają asekuracyjnego słowa „powinien”.

Można więc z dużą pewnością założyć, że budowa nie rozpocznie się w tym roku.

Jeśli utrzymać mają się zapowiedzi o pierwszym samolocie z CPK w 2027, na budowę zostanie najwyżej 6 lat. Lotnisko Berlin-Brandenburg w 2006 roku planowało otwarcie w 2011 roku. Nie zostało otwarte do dziś, najnowsza data to październik tego roku. Planowo miało obsługiwać 34 miliony pasażerów.

Oczywiście duże inwestycje infrastrukturalne są Polsce bardzo potrzebne. Problem w tym, że polski rząd na razie przede wszystkim macha szabelką, ale nie wywiązuje się z własnych zapowiedzi. Miało być 25 proc. inwestycji w PKB w 2020 roku, jest do tego prawie tak daleko, jak do pierwszego samolotu z CPK. Na razie nawet prezes Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys zauważa, że stopa inwestycji jest na zbyt niskim poziomie.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne