0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jakub Orzechowski / Agencja Wyborcza.plFot. Jakub Orzechows...

„Ustawa została napisana przez koordynatora służb specjalnych. Dla nich oczywiste są sytuacje, że jeśli namierzy się szpiega, to nie idzie się z tym do sądu. Perspektywa wywiadu nie pozwala jednak dostrzec, że sprawy szpiegów to zasadne wyjątki od reguły. Większość kontroli operacyjnych prowadzą zwykłe policyjne służby. Takie, które mają skierować sprawę do sądu. Tymczasem my nadal mamy system, że o podsłuchu dowiaduje się tylko oskarżony. Pozostali – czyli ci, o których państwo wie, że nic złego nie zrobili – nie. Więc nie mają szansy sprawdzić, co o nich zostało zebrane i czy na pewno zostało to zniszczone” – mówi OKO.press Wojciech Klicki z Fundacji Panoptykon. Fundacja od lat zajmuje się ochroną prywatności w świecie, w którym zdobywanie i masowe przetwarzanie informacji o nas staje się coraz bardziej powszechne i łatwe.

Zanim przejdziemy do rozmowy i do pomysłu, który ma Fundacja Panoptykon na ratowanie obywateli przed nadużyciami – przypomnijmy fakty.

Sądowa kontrola nad podsłuchami jest dziś iluzoryczna. Sądy akceptują wnioski służb, nie zgłębiając, czy są zasadne i jakie narzędzia kontroli operacyjnej zostaną zastosowane. Wniosek o zwykły podsłuch i o zastosowanie narzędzia typu Pegasus, które infekuje telefon, ściąga z niego wszystko, łącznie z hasłami dostępu oraz może zmieniać treści na uprzędzeniu – wygląda tak samo i sąd traktuje to tak samo.

Ustawa wprowadza zmiany: służby zostałyby zobowiązane do informowania sądu o wyniku kontroli operacyjnej (podsłuchu) po jej zakończeniu, a na żądanie sądu — również w trakcie (dotychczas takie uprawnienie kontrolne miał jedynie prokurator). Sąd dostałby też prawo, by w dowolnym momencie cofnąć zgodę na podsłuch. Miałby prawo sprawdzić, czy materiały zebrane podczas kontroli operacyjnej, które nie potwierdzają popełnienia przestępstwa, zostały zniszczone. Ponadto ustawa zobowiązywałaby sąd, by zgodę na inwigilację uzasadniał. Dotychczas obowiązek taki dotyczył tylko braku zgody. Rząd próbował zmienić to w rozporządzeniu z 2024 r., ale okazało się ono nieskuteczne. Kodeks postępowania karnego, a więc ważniejsza od rozporządzenia ustawa, zwalnia sędziów z uzasadniania decyzji w pełni uwzględniającej czyjś wniosek.

Przeczytaj także:

Czego w ustawie nie ma? Przede wszystkim nie ma obowiązku informowania o podsłuchu osoby, wobec której zastosowano kontrolę operacyjną, a ona niczego nie wykazała. Prawo do informacji jest tymczasem najskuteczniejszym sposobem kontroli służb i powstrzymywania ich przed nadużyciami. Do wprowadzenia tego mechanizmu Polska została zobowiązana wyrokiem ETPCz sprzed dwóch lat. To nie wyszło.

Parlament nie widzi zagrożenia

Sejmowa debata nad projektem pokazała, że nadal świadomość tego, czym są i do czego mogą posłużyć zebrane przez państwo dane, nie przebija się. Duża część posłów – głównie z prawicy, ale nie tylko – skupiała się tylko na tym, by prawo przypadkiem nie utrudniło pracy służbom. Sebastian Kaleta (PiS; dawny współpracownik Zbigniewa Ziobry) dowodził wprost, że brak radykalnych rozwiązań w ustawie jest dowodem na to, że nie było żadnej „Afery Pegasusa”, a oprogramowanie szpiegowskie pozwalało władzy PiS łapać przestępców.

Były jednak głosy w obronie obywateli (Lewicy i centrum) i postulaty, by wprowadzić lepszą ochronę przed nadużyciami służb. Ostatecznie jednak tylko Razem zgłosiło poprawkę wprowadzająca obowiązek informowania osoby podlegającej inwigilacji o tym fakcie, o ile sprawa nie trafiła do sądu. Poprawka przepadła.

Przeważył w dyskusji pogląd, że ustawa jest pierwszym krokiem w kontrolowaniu służb. Że za nim pójdą kolejne.

Nie było refleksji, że możliwości służb w zbieraniu i przetwarzaniu informacji gwałtownie rosną, i zmieniające się w takim tempie prawo nie ma szansy za tym nadążyć.

Za ustawą głosowało 264 posłów, jeden był przeciw (Mariusz Gosek z PiS), wstrzymało się 176 (PiS i Rozwój Plus). Teraz pora na Senat i prezydenta.

Zmarnowana szansa. Mamy pomysł na Senat – rozmowa z Wojciechem Klickim z Fundacji Panoptykon

Agnieszka Jędrzejczyk, OKO.press: No i co dalej?

Wojciech Klicki, Panoptykon: Ta ustawa jest zmarnowaną szansą. Otworzyło się nam okienko na zmianę, bo służby i rząd zadeklarowały gotowość zmian. I jest to pierwsza w ogóle ustawa, której celem nie jest zwiększenie uprawnień służb, ale wzmocnienie kontroli nad nimi. Ale ten cel nie został osiągnięty.

Ale może o to chodziło: by zadeklarować i nie zrobić.

Bo kontrola sądowa inwigilacji nadal będzie iluzoryczna? Sądy nie dadzą rady przetworzyć dostarczanego im przez służby materiału? Minister Siemoniak, koordynator służb specjalnych, przekonywał jednak w Sejmie, że to zadziała – bo wszystko zostało sprawdzone i ustalone z resortem sprawiedliwości

Jestem przekonany, że ten mechanizm nie zadziała. Sądy akceptują dziś wnioski służb, bo dostają ich bardzo dużo i nie są w stanie ich sprawdzić. Większość wniosków o zastosowanie kontroli operacyjnej trafia zresztą do jednego sądu — Sądu Okręgowego w Warszawie, bo tam ma siedzibę większość służb.

Sędziowie dostali nowe uprawnienie (nie obowiązek!), żeby sprawdzać, co robią służby już w trakcie trwania podsłuchu. Ale nie widzę szans, by przeciążeni sędziowie skorzystali z tej możliwości. A nawet jeśli ktoś się zdecyduje, to dostanie w odpowiedzi ogromną liczbę nieprzetworzonych materiałów (np. dziesiątki lub setki godzin nagrań) i będzie się musiał przez to przekopywać, żeby sprawdzić, czy wszystko jest zgodne z prawem. Czy przypadkiem służby nie pozyskują np. materiałów objętych tajemnicą obrończą lub nie podsłuchują jakiejś bogu ducha winnej osoby.

Zaś obowiązkowe teraz uzasadnienia zgody na kontrolę operacyjną przyjmą formę rozbudowanych pieczątek, którymi przeciążony pracą sędzia będzie stemplował dokumenty.

Wiem, że już dzisiaj w stołecznym Sądzie Okręgowym takie pieczątki-uzasadniacze funkcjonują.

Ale skoro minister Siemoniak deklaruje, że to jest rozwiązanie testowe, to warto dopisać do ustawy – w Senacie – że Prokurator Generalny miałby obowiązek corocznego sprawozdawania, jak często i w jaki sposób sądy korzystały z nowych uprawnień.

Minister Sprawiedliwości – Prokurator Generalny już teraz co roku składa sprawozdanie dotyczące tego, ile osób objęto kontrolą operacyjną, ile zgód wydały sądy

I ten obowiązek można by rozszerzyć na informację o pracy sądów. Ile razy zwróciły się do służb z żądaniem materiałów, Jak często w wyniku tej analizy przerwały kontrolę operacyjną. Wtedy mielibyśmy jasność, czy ustawa działa.

To nasza ostatnia szansa. Inne postulaty przepadły.

Nadal szef ABW może zarządzić wobec cudzoziemca kontrolę operacyjną na podstawie ustawy antyterrorystycznej z 2016 r. Ten przepis nie jest potrzebny, na jego szkodliwość wskazywał ETPCz. ABW i tak ma prawo w sytuacjach niecierpiących zwłoki rozpocząć kontrolę operacyjną i po fakcie uzyskać zgodę sądu. Kiedy w komisji pytaliśmy się – jako strona społeczna – po co więc ten przepis, minister Siemoniak powiedział tylko, że musi być, bo spłonął magazyn przy Marywilskiej i była próba wysadzenia torów, więc nie wolno ABW odbierać żadnych uprawnień.

Przepadł też wniosek, by osoba inwigilowana, wobec której podejrzenia nie potwierdziły się, była o tym fakcie informowana.

Władza nie patrzy do przodu

W debacie sejmowej pojawiał się argument, że gdyby takie prawo było, przestępcy dowiadywaliby się o podsłuchu. Ale co to znaczy? Że policja zbiera na kogoś materiały, wie, że ta osoba łamie prawo, ale sprawa nie trafia do sadu? Może to dowód zupełnie rutynowego stosowania inwigilacji, środka inwazyjnego, tak „na wszelki wypadek” i dlatego, że technologia pozwala?

Ja to interpretuję inaczej. Problem z tą ustawą polega między innymi na tym, że ona jest pisana przez koordynatora służb specjalnych. Dla takich służb celem nie jest przygotowanie aktu oskarżenia, tylko zdobywanie informacji i zwalczanie niebezpieczeństw dla państwa. Oskarżenie kogoś o szpiegostwo wcale nie jest sukcesem służb. Lepiej jest obserwować szpiega, prowadzić z nim grę. Tyle że nikt nie mówi, by służby ujawniały fakt inwigilacji takim osobom. To uzasadniony wyjątek i to wszyscy wiedzą.

Tymczasem umyka nam, że większość kontroli operacyjnych prowadzą formacje policyjne: policja, Straż Graniczna, administracja skarbowa. Ich celem jest skierowanie sprawy do sądu. I w ich wypadku informowanie o fakcie inwigilacji, która okazała się niezasadna, byłoby takie ważne.

Służby prowadzą rocznie tysiące spraw. W setkach z nich – stosują kontrolę operacyjną. W procesach karnych wykorzystane zostaną materiały z jedynie 15-20 proc. z nich. Reszta pozostanie wewnętrzną informacją służby, która je pozyskała. Aż w 80-85% zastosowań kontroli operacyjnej osoba inwigilowana nie dowie się, że była przedmiotem zainteresowania służb.

Ciągle nie myślimy o zbieranych o nas danych w kategorii zagrożenia. Ktoś wpadnie niechcący w policyjne sito, dane na jego temat, w cyfrowej postaci, będą gdzieś przechowywane „na wszelki wypadek” – bo skoro nie ma kontroli, to i obowiązek niszczenia danych nie będzie realizowany. Kto do tego będzie miał dostęp, co z tym zrobi – jakoś to nas nie niepokoi.

No właśnie. Dlatego ustawa jest zmarnowaną szansą. A okienko zmiany się zamyka. Już nic więcej w tej kadencji nie da się zrobić. A to nieodpowiedzialne także z perspektywy tego, co się stanie po wyborach 2027 roku.

Obecni szefowie służb mogą wierzyć, że oni nigdy nie przekroczą granicy. Ale przecież wiedzą, że służby już raz tę granicę przekroczyły – atakując opozycję Pegasusem. Atakowały kolegów obecnych szefów służb.

Ustawa nie legalizuje użycia narzędzi typu Pegasus? Nadal nasze prawo nie zna pojęcia tak głębokiej ingerencji w czyjeś życie – mimo że wiadomo, że służby takie narzędzia mają, i to od Pegasusa dużo lepsze.

Ta ustawa tego w ogóle nie dotyka. Dzięki rozporządzeniom przyjętym na przełomie 2024 i 2025 r. sądy mają odrobinę więcej informacji o tym, jakie dane chcą zbierać służby – czy chodzi wyłącznie o treści wiadomości lub rozmowy, czy o coś więcej. A ze statystyk podawanych przez Prokuratora Generalnego wynika, że poziom zgód na prowadzenie kontroli operacyjnej jest cały czas na tym samym szokująco wysokim poziomie.

Na zdjęciu Agnieszka Jędrzejczyk
Agnieszka Jędrzejczyk

Z wykształcenia historyczka. Od 1989 do 2011 r. reporterka sejmowa, a potem redaktorka w „Gazecie Wyborczej”, do grudnia 2015 r. - w administracji rządowej (w zespołach, które przygotowały nową ustawę o zbiórkach publicznych i zmieniły – na krótko – zasady konsultacji publicznych). Do lipca 2021 r. w Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich. Laureatka Pióra Nadziei 2022, nagrody Amnesty International, i Lodołamacza 2024 (za teksty o prawach osób z niepełnosprawnościami)

Komentarze