USA wysłały władzom w Teheranie propozycję porozumienia pokojowego. Wygląda niemal identycznie jak podstawa negocjacji sprzed tej wojny. Szansa na rozmowy istnieje, ale Iran propozycji nie przyjmie. Na dziś to Trump jest bardziej zdesperowany, by zakończyć wojnę
Donald Trump dostał prezent. Od Iranu. A przynajmniej tak twierdzi.
„Zrobili coś wczoraj, to właściwie było świetne, dali nam prezent i ten prezent dotarł do nas wczoraj. To był bardzo duży prezent, warty ogromną kwotę pieniędzy, i nie powiem wam, co to był za prezent. Ale była to bardzo istotna nagroda, i dali ją nam, i powiedzieli, że nam ją dadzą. Dla mnie to oznacza jedną rzecz: że mamy do czynienia z właściwymi ludźmi” – powiedział wczoraj, 24 marca, Trump na krótkiej konferencji prasowej w Białym Domu.
Nikt nie był w stanie dowiedzieć się o jaki prezent chodzi i czy taki prezent faktycznie istnieje. Po co Iran miałby wykonywać taki gest wobec agresora i od dekad głównego ideologicznego przeciwnika ?
Być może chodzi o coś znacznie mniejszego. Wiemy już, że w poniedziałek Trump opowiadał o rozmowach z Iranem, których nie było. Amerykanie przekazali władzom w Teheranie wiadomości za pośrednictwem krajów trzecich.
Po co jednak Trump miałby wymyślać prezent od Iranu? Jego strategia komunikacyjna od poniedziałku 23 marca sugeruje jasny cel: podjąć kroki w stronę zakończenia wojny i rozpocząć rozmowy z Iranem. Słowa o prezencie mają sugerować, że Iran rozmawia z USA, atmosfera w tych rozmowach jest bardzo dobra a Irańczycy wykazują się wobec Trumpa szacunkiem.
Znając wszystkie szczegóły wzajemnej historii amerykańsko-irańskiej, historię zeszłorocznych i tegorocznych rozmów dyplomatycznych oraz przebieg wojny od 28 lutego brzmi to niedorzecznie
A to nie jedyna niedorzeczność ze wspomnianej konferencji prasowej.
Trump ewidentnie chce zmierzać ku zakończeniu wojny. A nie może tego zrobić bez ogłoszenia sukcesu. Rozpoczęcie kilkutygodniowej wojny, w której nie udało się osiągnąć wiele, i która została zakończona z inicjatywy Amerykanów byłoby bowiem kompromitujące dla największego światowego mocarstwa.
Gdy 28 lutego Amerykanie zaatakowali Iran, Trump w swoim pierwszym przemówieniu wyznaczył kilka celów: zniszczenie potencjału militarnego Iranu, zatrzymania drogi Iranu do posiadania broni atomowej, zmiana reżimu politycznego.
Armia USA z armią Izraela faktycznie zniszczyła wiele celów wojskowych, szczególnie tych związanych z irańskim programem produkcji rakiet balistycznych. Ale z pewnością nie w całości – Iran dalej wystrzeliwuje rakiety m.in. w stronę Izraela, a doświadczenie pierwszych tygodni wojny pozwala im na bardziej precyzyjne uderzenia. Iran nadal posiada około 440 kg uranu wzbogaconego do 60 proc. i nie wiemy, co z tymi zasobami się dzieje.
Co do zmiany reżimu – Trump uważa, że udało się ją przeprowadzić.
„Zabiliśmy całe ich przywództwo. A potem spotkali się, żeby wybrać nowych liderów, a my zabiliśmy ich wszystkich, więc teraz mamy nową grupę. I możemy znowu to zrobić, ale poczekajmy, co z nich będzie. My naprawdę zmieniliśmy reżim. To zmiana w reżimie. Bo liderzy są zupełnie inni od tych, z którymi zaczynaliśmy, to stworzyło różne problemy. Więc tak, możemy powiedzieć, że to zmiana reżimu”.
Faktycznie, izraelsko-amerykańskie ataki wyeliminowały wielu kluczowych przywódców Iranu, na czele z najważniejszym – Alim Chameneim. Nie było jednak tak, jak mówi Trump – że na jednym spotkaniu Iran wybrał całe nowe przywództwo, a Amerykanie je ponownie wyeliminowali.
Zmiana na stanowisku Najwyższego Przywódcy świadczy o czymś dokładnie przeciwnym niż zmiana reżimu politycznego w Iranie. Pokazuje, że rządzący Iranem trzymają się dotychczasowej ścieżki, że instytucje państwa działają według ustalonych wcześniej zasad. Izrael i USA liczyły, że uderzenie we władze Iranu sprowokuje powstanie wśród Irańczyków, którzy obalą Republikę Islamską.
Było to bardzo naiwne założenie i dziś widać to jak na dłoni.
Połączone siły amerykańsko-izraelskie uderzają w cele związane ze Strażnikami Rewolucji – formacją, której jednym z podstawowych zadań jest obrona systemu politycznego. Ale te ataki są dalece niewystarczające, by zachwiać systemem.
Odnogą Strażników jest Basidż (Związek Mobilizacji Uciemiężonych) – formacja ochotników wyszkolonych do tłumienia wszelkich przejawów sprzeciwu wobec Republiki Islamskiej. Dokładna liczba członków Basidż jest dyskutowana, ale najpewniej to kilkaset tysięcy osób w zdecentralizowanym systemie. Naloty nie są w stanie rozbić takiej formacji.
W konsekwencji – kluczowe bezpieczniki systemu są na miejscu, a zmęczeni i wściekli na system Republiki Islamskiej Irańczycy dalej muszą liczyć się z tym, że wystąpienie przeciwko państwu oznacza poważne ryzyko dla życia i zdrowia. A o żadnej demokratyzacji na dziś nie ma mowy.
Dlatego USA nie udało się obalić reżimu w Iranie, bez względu na zaklinanie rzeczywistości przez Trumpa. Amerykański prezydent z pewnością kieruje te słowa do Amerykanów, by przekonać ich, że zadanie zostało wykonane. Pytanie, do ilu osób trafi tak kiepsko przygotowany komunikat, pozostaje otwarte.
Na razie sondaże pokazują jasno, że wskaźniki poparcia dla Trumpa od początku wojny w Iranie obrały kierunek przeciwny do rosnących cen ropy.
Średnie sondaży liczone przez „New York Times” i przez analityka Nate’a Silvera są spójne. Oba pokazują 40 proc. poparcia i 56 proc. dezaprobaty, czyli 16 punktów procentowych na minusie – jego najgorszy wynik w tej kadencji. Trump prawdopodobnie faktycznie jest zaskoczony obrotem wypadków w Iranie. Sam kilkukrotnie mówił, że nie spodziewał się ataków Iranu na kraje Zatoki Perskiej. Dlatego jego komunikaty są dziś chaotyczne i sugerują paniczne zarządzanie kryzysem.
We wtorek, 24 marca, późnym wieczorem poznaliśmy treść propozycji pokojowej, jaką Amerykanie wysłali do Irańczyków za pośrednictwem Pakistanu.
Izraelski Kanał 12 opisał, co ta propozycja zawiera. W publikacji podał 14 z 15 punktów:
„Stany Zjednoczone wymagają od Iranu:
W zamian Iran otrzyma następujące korzyści:
To bardzo ogólny plan. Szybko można zauważyć dwie podstawowe rzeczy:
Po pierwsze – to bardzo podobny zestaw propozycji jak przed obecną wojną.
Po drugie – bardzo wątpliwe, by Iran te propozycje w tej formie zaakceptował.
Wiemy natomiast, że faktycznie kontakt został nawiązany, a irańskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych potwierdziło, że otrzymało wiadomości za pośrednictwem „przyjaznych krajów”.
Na razie wygląda to jak sytuacja z lutego, gdy Amerykanie podsuwali Iranowi propozycje porozumienia, jednocześnie koncentrując wojska w regionie. Teraz słyszymy o rosnącym prawdopodobieństwie ataku lądowego (oczywiście ograniczonego, nie ma na razie możliwości przeprowadzenia uderzenia w stylu inwazji na Irak w 2003 roku). Otwarcie mówi się o wysłaniu do Iranu amerykańskiej 82. Dywizji Powietrznodesantowej.
Podstawowa różnica wobec lutego polega na tym, że na razie, pomimo zaklęć Trumpa, rozmowy nie są prowadzone. To USA wyciąga rękę do Iranu.
To kompromitująca dla Amerykanów sytuacja – supermocarstwo próbuje zakończyć rozpoczętą przez siebie wojnę, a zaatakowany kraj spokojnie waży swoje opcje.
Rzecznik połączonego dowództwa irańskich sił zbrojnych Ebrahim Zolfaghari w odpowiedzi na amerykańskie propozycje mówił dziś: „Czy wasze konflikty wewnętrzne doszły do takiego momentu, w którym negocjujecie sami ze sobą?”
I dodał: „Nasze pierwsze i ostatnie słowo jest identyczne, jak pierwszego dnia, i tak pozostanie: ktoś taki jak my, nigdy nie dojdzie do porozumienia z kimś takim jak wy. Ani teraz, ani nigdy”.
Iran, podobnie jak Trump, prowadzi swoją grę komunikacyjną, i być może w pewnym momencie poczuje, że nie ma wyjścia i musi usiąść do rozmów.
Na razie nie ma jednak sygnałów, by rządzący Iranem byli szczególnie zainteresowani szybkimi negocjacjami. Wciąż mają w ręku kluczowy punkt nacisku, czyli blokowanie cieśniny Ormuz. Pomimo zniszczenia sporej części irańskiej floty przez Amerykanów, Irańczycy nieustannie utrzymują możliwość zagrażania statkom przewożącym ropę.
Znaczna część światowych zasobów ropy dalej jest wstrzymana, a cena ropy wciąż jest w trendzie wzrostowym, pomimo różnych sztuczek retorycznych Trumpa, jakimi amerykański prezydent próbuje tę cenę zbić (choć w ostatnich trzech dniach widzimy małą stabilizację w okolicy 100 dolarów za baryłkę).
W tej sytuacji faktycznie trudno spodziewać się, by Iran zaakceptował propozycję, która znacząco nie różni się od przedwojennych. Jej akceptacja oznaczałaby dla Iranu wyrzeczenie się dotychczasowej, ugruntowanej latami praktyki, strategii międzynarodowej.
Prawo do wzbogacania uranu uznawane jest przez władze Iranu za niezbywalne – jego zakres podlegał negocjacjom, również przed wojną, a także w 2015 roku, gdy udało się dojść do porozumienia. Ale rezygnacja ze wzbogacania nigdy nie była brana pod uwagę.
Podobnie program budowy rakiet balistycznych uważany jest za podstawę strategii – szczególnie w obliczu słabego lotnictwa czy obrony przeciwlotniczej – co obecna wojna pokazała dobitnie.
Zmiany na najważniejszych stanowiskach w Iranie po zabiciu dotychczasowych kluczowych polityków pokazują, że nowa ekipa utwardza swoją linię polityczną. A to oznacza mniejszą akceptację dla rozmów i porozumienia z USA.
Po rozmowach z tego i zeszłego roku Irańczycy mają dodatkowo zerowe zaufanie do amerykańskich negocjatorów. Szanse, że przyjmą Steve’a Witkoffa i Jareda Kushnera z otwartymi rękami, są drastycznie niskie.
Jednak Irańczycy, pomimo twardego oficjalnego stanowiska, nie będą wykluczali rozmów. Ale będą w nich chcieli osiągnąć gwarancję, że nie zostaną ponownie zaatakowani. A tego w amerykańskiej propozycji nie ma.
Akceptacja przekazanych przez administrację Trumpa punktów niemal na pewno nie wchodzi więc w grę. Z kolei dla USA porozumienie na gorszych warunkach niż te, które proponowano w lutym, będzie kompromitacją.
Niewykluczone, że w najbliższym czasie dojdzie do zawieszenia broni między USA a Iranem i podjęte zostaną negocjacje. Amerykanie liczyli na bardzo szybkie rozmowy, mówiło się o spotkaniu w stolicy Pakistanu nawet jutro, w czwartek 26 marca.
Nawet gdyby Iran podszedł do negocjacji z jak największą otwartością, do spotkania tak szybko Irańczycy raczej nie są gotowi. W ciągu dnia, około południa lokalnego czasu Pakistańczycy przekazali, że spodziewają się przełomu w ciągu najbliższych 48 godzin. Irańczycy mają domagać się rekompensaty za straty wojenne, zdjęcia irańskich rakiet z agendy rozmów i gwarancji, że nie będzie kolejnego ataku. Nie mamy na razie reakcji ze strony USA na te warunki.
Jeśli do rozmów w najbliższym czasie dojdzie, to i tak szanse, że obecnie rządzący Iranem zaakceptują propozycje USA są bardzo niskie. Równie możliwe jest przedłużający się konflikt i częściowe odblokowanie cieśniny Ormuz, osiągnięte przy udziale międzynarodowych pośredników. A także dalsza eskalacja i np. atak amerykańskich żołnierzy na irańską wyspę Chark.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.
Komentarze