Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Photo by Atta KENARE / AFPPhoto by Atta KENARE...

Powiedz nam, co myślisz o OKO.press! Weź udział w krótkiej, anonimowej ankiecie.

Przejdź do ankiety

We wtorek, 17 marca 2026, Izraelczycy zabili Alego Laridżaniego. To po Najwyższym Przywódcy, Alim Chameneim, który zginął pierwszego dnia ataków, najważniejsza osoba zabita podczas amerykańsko-izraelskiej wojny z Iranem. Formalnie Laridżani był tylko sekretarzem Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego, jednej z wielu instytucji mających na celu wspomaganie Najwyższego Przywódcy. Był jednak przede wszystkim „superurzędnikiem”, łącznikiem między różnymi instytucjami systemu władzy, zaufanym człowiekiem Chameneiego. Na ważnych stanowiskach władzy spędził ponad trzy dekady. Był głównym cenzorem medialnym, przewodniczącym parlamentu i kandydatem na prezydenta.

Część komentatorów docenia dziś, że Laridżani

był kompetentnym administratorem, jednym z najinteligentniejszych i najlepiej wykształconych osób w systemie władzy. Miał dyplomy z informatyki, matematyki i filozofii – w tym ostatnim przypadku doktorat na Uniwersytecie Teherańskim. Pisał książki m.in. o filozofii Immanuela Kanta.

Od miesięcy widziano w nim nadzieję na przeprowadzenie stopniowych i pragmatycznych zmian w systemie Republiki Islamskiej w stronę większej otwartości na świat i drogi ku ratowaniu gospodarki.

Przeczytaj także:

Część Irańczyków wyraża jednak radość z jego śmierci. Widzi w nim przede wszystkim część morderczego systemu. Laridżani uważany jest za jednego z architektów krwawej rozprawy z protestującymi w styczniu tego roku. Jeśli potwierdziłaby się jego wina, należałby mu się proces i surowa kara. Nigdy jednak już przed sądem nie stanie.

Która opowieść o Laridżanim jest prawdziwa? To przypadek złożonej postaci, w której łączą się różne sprzeczne tendencje.

Kluczowy gracz

Częsty jest pogląd, że kraje niedemokratyczne są rządzone twardą ręką przez jednego dyktatora, a klasa rządząca i zaplecze polityczne są nieważne i niezbyt mądre. Tymczasem przypadek Laridżaniego to przykład tego, że w Iranie Alego Chameneiego było zupełnie inaczej.

Laridżani pochodził z bardzo ważnej dla systemu politycznego Republiki Islamskiej rodziny. Jego brat Sadek był przez ponad dekadę szefem wymiaru sprawiedliwości. Inny z braci, Mohammad Dżawad, po studiach na kalifornijskim Berkeley wprowadzał do Iranu Internet. Sam Ali był też mężem córki Mortezy Motahhariego, jednego z kluczowych przedrewolucyjnych współpracowników Ruhollaha Chomeiniego, pierwszego Najwyższego Przywódcy, zmarłego w 1989 roku.

Przez ostatnie lata rósł w polityczną siłę i znaczył coraz więcej. Gdy Ali Chamenei pokazywał się coraz rzadziej, Laridżani był jego prawą ręką. Miał swoje zdanie i własne pomysły. Tuż przed wojną mówiono, że to on de facto rządzi Iranem. W złożonym systemie władzy z wieloma równoważnymi instytucjami to nieco bardziej skomplikowane, ale niewątpliwie był jedną z kluczowych osób u władzy. Według dziennikarki „New York Timesa”, Farnaz Fassihi, Laridżani miał sprzeciwiać się wyborowi Modżtaby Chameneiego na kolejnego Najwyższego Przywódcę. Przegrał jednak to starcie ze Strażnikami Rewolucji, co pokazuje, że pomimo swojej wysokiej pozycji w żadnym wypadku nie był wszechmocnym władcą działającym za kulisami.

Umiarkowany ekstremista

Jeśli ktoś jednak uwierzył, że Laridżani był umiarkowanym pragmatykiem, to warto przypomnieć, że pomimo swojego filozoficznego wykształcenia i sprzeciwu wobec niektórych ruchów politycznych, był wiernym rewolucjonistą i obrońcą systemu.

W styczniu, gdy tysiące Irańczyków wyszło na ulice protestować przeciwko fatalnej sytuacji ekonomicznej, a protesty z dnia na dzień przybierały na sile, Republika Islamska uznała, że stoi przed egzystencjalnym zagrożeniem. Ali Chamenei miał powierzyć Laridżaniemu zadanie rozprawienia się z protestami. A ten, wiedząc, że chodzi o przetrwanie systemu, w który wierzył, rozprawił się z nimi z krwawą skutecznością.

Republika Islamska uzna dziś Laridżaniego za męczennika, ale duża część Irańczyków nigdy nie wybaczy mu bycia częścią systemu, a w szczególności jego roli w brutalnym tłumieniu protestów.

Pytanie więc, co dla systemu politycznego Iranu oznacza zabicie kolejnej tak ważnej osoby? Czy Izrael liczy, że kolejne zabójstwa doprowadzą do upadku systemu politycznego? 18 dni po zabiciu Alego Chameneiego wiemy, że nikt nie jest większy niż system. Irańczycy stracili jednak jednego z najbardziej doświadczonych polityków i organizatorów. Może to wprowadzić do wojennego zarządzania państwem nieco więcej chaosu.

Sprzeczność postaci Laridżaniego wyrażała się w tym, że był wiernym człowiekiem systemu, ale wewnątrz tego systemu mógł być głosem ograniczającym najbardziej radykalne elementy, dążącym do skrócenia wojny. Z jego śmiercią znaczenie mniej twardogłowych sił w irańskim układzie władzy znacznie się zmniejszyło.

Naiwność i niezrozumienie

Pragmatyczna strona Laridżaniego w żadnym stopniu nie oznacza, że mógł on być irańską wersją Delcy Rodriguez. Po porwaniu prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro przez Amerykanów, władze w kraju przejęła dotychczasowa wiceprezydentka Delcy Rodriguez. Podjęła współpracę z USA, a Amerykanie uznali jej zwierzchnictwo nad Wenezuelą.

Zachodnie media pisały, że Trump uznał tę operację za wielki sukces, poczuł się po niej bardzo pewnie i miał nadzieję na jej powtórzenie w innych krajach. 5 marca w wywiadzie dla Axios mówił wprost, że powinien brać udział w wyborze nowego przywódcy Iranu tak jak w przypadku Delcy Rodriguez.

Była to wyjątkowa naiwność i wyraz kompletnego niezrozumienia Iranu, jego systemu politycznego i jego historii. Trump jednak dalej wyraża podobne zdziwienie, które zdradza, że w planowaniu irańskiej operacji Trump i jego zausznicy stosowali myślenie życzeniowe.

Iran: będzie wojna

Podczas konferencji prasowej 16 marca Trump przyznał, że był w szoku, że Iran zaatakował kraje Zatoki Perskiej. Tymczasem 1 lutego 2026 roku, miesiąc przed izraelskim zamachem i śmiercią, Ali Chamenei mówił wprost: jeśli Amerykanie zaatakują, będą mieli do czynienia z wojną w całym regionie.

Być może zaskakiwać mogła skala ataków i determinacja Irańczyków. Ale lekceważenie wyrażanych wprost gróźb i zapowiedzi Iranu nie świadczy dobrze o planowaniu Trumpa.

Amerykanie faktycznie liczyli, że uda się przeprowadzić sprawną operację, która wyeliminuje irańskich przewódców, potencjalnie zachęci Irańczyków do buntu i skończy się stosunkowo szybko. Gdyby przed atakiem zapytali o zdanie doświadczonych specjalistów i analityków do spraw irańskiej polityki, ci z pewnością powiedzieliby, że irańskie władze będą widzieć tę wojnę jako walkę o przetrwanie i nie będą skłonne łatwo się poddać. Głosy ekspertów zignorowano.

South Pars w ogniu

Iran natomiast nie przestaje uderzać w arabskie kraje Zatoki i w ich infrastrukturę energetyczną. Dzisiaj Irańczycy zapowiedzieli, że w kolejnych godzinach celami będą instalacje związane z energetyką w Katarze, Zjednoczonych Emiratach Arabskich i Arabii Saudyjskiej. To z kolei odpowiedź na atak na jedną z kluczowych irańskich rafinerii ropy i gazu w miejscowości Asaluje, a także na instalacje gazowe South Pars na największym złożu gazu naturalnego na świecie (współdzielonym z Katarem). To fatalny scenariusz – koszty tego działania odczują przede wszystkim Irańczycy; władze najpewniej sobie z tą sytuacją poradzą.

Dzisiejsze ataki mają też reperkusje międzynarodowe. Iran natychmiast ogłosił, że wstrzymuje eksport gazu do Iraku. Z dnia na dzień Irak stracił więc 10 proc. swojego zapotrzebowania na gaz. Mamy więc do czynienia z niekończącym się łańcuchem eskalacji, który trwa już trzeci tydzień.

Rzeczywistość alternatywna

Trump decyzją o wojnie rozregulował rynek ropy naftowej, a teraz próbuje przerzucać winę za tę sytuację na innych. Cieśnina Ormuz, którą w normalnych czasach przepływa 20-30 proc. światowych zasobów ropy naftowej, pozostaje zamknięta, a Trump na razie nie potrafi znaleźć rozwiązania. Poprosił kraje NATO o pomoc w ochranianiu statków przepływających przez cieśninę.

Jednocześnie w wywiadzie dla „Financial Times” Trump otwarcie zagroził, że jeśli tego nie zrobią, to sojusz czeka „bardzo zła” przyszłość.

“Mamy NATO. Byliśmy bardzo mili. Nie musieliśmy pomagać im w Ukrainie. Ukraina znajduje się tysiące mil od nas. Ale pomogliśmy im. Teraz zobaczymy, czy nam pomogą. Bo mówiłem to wiele razy, że my będziemy pomagać, ale oni nam nie” – powiedział Trump.

Amerykański prezydent nie wspomniał, że to nie NATO walczy w Ukrainie; że Ukraina została zaatakowana, a sojusznicy pomagają jej się bronić; ani też, że sytuacja w cieśninie Ormuz jest wynikiem amerykańskiej decyzji o ataku, która nie ma nic wspólnego z NATO. Można by więc uznać tę wypowiedź za właściwie pozbawioną sensu. Ostatecznie jest ona jednak częścią rzeczywistości Trumpa, na podstawie której podejmuje on decyzje, przywódcy na świecie muszą więc za tą rzeczywistością podążać.

Jak można było się jednak spodziewać, kraje NATO nie rzuciły się do pomocy. To spowodowało, że we wtorek, 17 marca, Trump w stylu charakterystycznym dla siebie i przypominającym obrażone dziecko ogłosił, że wcale nie potrzebuje żadnej pomocy w Iranie, a właściwie to nigdy jej nie potrzebował, bo Amerykanie i tak ze wszystkim świetnie radzą sobie sami.

Transatlantyckie przepychanki

Zamiast podążać ścieżkami umysłu Trumpa, niemiecki kanclerz Friedrich Merz mówił dziś w Bundestagu, że do dziś nie ma informacji o tym, w jaki sposób amerykańsko-izraelska operacja w Iranie miałaby odnieść sukces. Merz twierdzi, że Amerykanie nie konsultowali niczego z Europejczykami – a jego zdaniem, gdyby Europa wiedziała, jaki jest plan, rekomendowałaby, by tej operacji nie przeprowadzać. Trump z pewnością nie przyjmie tych słów dobrze. Przed nami najpewniej więc kolejne dni dyplomatycznych przepychanek między Europą a amerykańskim najwyższym przywódcą.

Izrael natomiast kontynuuje operację zabijania kolejnych ważnych polityków irańskich. Dziś skutecznie uderzono w Esmaila Chatiba, który od 2021 roku pełnił funkcję ministra wywiadu. I był nim zarówno w rządach konserwatywnego Ebrahima Raisiego, jak i reformistycznego Masuda Pezeszkiana.

Ofiary wojny

Wojna dalej odciska silne piętno na mieszkańcach Iranu. W oświadczeniu z 17 marca szef delegacji Międzynarodowego Czerwonego Krzyża do Iranu napisał:

"Widzę olbrzymi ciężar, jaki eskalacja konfliktu zbrojnego zrzuca na mieszkańców Iranu – strach o życie własne i najbliższych, o bezpieczeństwo i o sytuację ekonomiczną. Skala strat ludzkich jest alarmująca. Ucierpiała infrastruktura cywilna, wiele domów zostało poważnie zniszczonych. Życie codzienne w Teheranie zostało znacząco zakłócone: szkoły są zamknięte, dzieci nie uczęszczają na zajęcia, liczne firmy zawiesiły działalność z obawy przed kolejnymi atakami”.

HRANA, organizacja praw człowieka z siedzibą w USA, pisze o 1354 ofiarach cywilnych według stanu na 17 marca. Tego samego dnia Irańczycy obchodzili czaharszanbe suri – pierwsze święto związane z nadchodzącym perskim nowym rokiem, nouruzem, obchodzonym pierwszego dnia wiosny. W czaharszanbe suri wielu Irańczyków spotyka się na ulicach, gromadzi wokół ognia, a co odważniejsi – przeskakują przez ogniska.

Władze nie zakazały wprost spotkań z tej okazji, ale jednocześnie ostrzegły przed potencjalnymi skutkami zgromadzeń. Szef policji Ahmadreza Radan ostrzegł, że wróg mógłby wykorzystać celebracje do „podgrzania atmosfery w kraju”. Wiemy, że w niektórych miejscach służby bezpieczeństwa faktycznie rozbijały takie zgromadzenia. Z wielu zdjęć dochodzących z Teheranu wiadomo, że nie tylko w czasie święta obecność służb na ulicach jest powszechna.

W wypowiedzi dla „New York Timesa” 41-letni Mesiam z Teheranu mówił 15 marca, że w wielu miejscach stolicy życie toczy się w miarę normalnie, ale w wielu miejscach czuć też ciężką, pustą atmosferę. Dalej nie wiemy, jakie jest rozwiązanie dzisiejszego impasu i jak długo cenę za decyzję Trumpa będą płacić zwykli Irańczycy i duża część świata przez szok gospodarczy.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku, współkierownik działu społeczno-gospodarczego (razem z Katarzyną Kojzar). Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze