Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: lia YEFIMOVICH / AFPlia YEFIMOVICH / AFP

Jeśli chodzi o nastrój w Izraelu, to ścierają się w nim różne sprzeczności. Z jednej strony czuć zmęczenie wojną: alarmy wyją kilka (Jerozolima, południe kraju) lub nawet kilkanaście razy dziennie (Tel Awiw i okolice, północna część państwa). Ludzie są poirytowani i zmęczeni, panuje chaos w oświacie i transporcie, a także coraz więcej osób narzeka na brak opieki ze strony państwa wobec poszkodowanych w atakach.

Ci są tutaj kluczowi: 20 osób zginęło, a ponad 5 200 zostało rannych w ciągu ostatnich czterech tygodni. Rakiety regularnie uderzają w sam Tel Awiw, jak i metropolię: nie zawsze oznacza to ofiary, ale prawie zawsze niesie za sobą zniszczenia zamknięte ulice czy zniszczone budynki. To burzy poczucie bezpieczeństwa i sprzyja opuszczaniu miast przez Izraelczyków. Benjamin Netanjahu kilka dni temu nawet zaapelował do mieszkańców pogranicza z Libanem, żeby pozostali w domach: najwidoczniej zjawisko wyjazdów zaczęło martwić władze centralne.

Izraelczycy są jednak przyzwyczajeni do wojny i niedogodności z nią związanych. Moja współlokatorka powiedziała mi, że nauczyła się wyobrażać sobie, że każdy alarm to znak, żeby grać w karty; tak też robimy. Gdy słyszymy syreny, zbiegamy do schronu i tasujemy karty. Na dźwięk wybuchu lub trzęsących się ścian na chwilę przestajemy i patrzymy się po sobie; w schronie zapada krótka cisza. Następnie kończymy partię, potem wychodzimy na powierzchnię i czytamy w wiadomościach o miastach lub dzielnicach, w których spadły pociski. Jeśli to okolice, w których mieszkają nasi bliscy lub znajomi, wysyłamy do nich wiadomości. Jeśli były ofiary – staramy się zachować minutę ciszy. I tak kilka razy dziennie.

Przeczytaj także:

Przerwana medialna sielanka

Opozycja wobec wojny nadal jest cicha. Co prawda w kilku największych miastach odbywają się protesty nawołujące do zawieszenia broni, ale nie gromadzą więcej niż sto osób. Politycy prawie wszystkich partii o wojnie z Iranem wypowiadają się pozytywnie; nawet te na centrum i lewicy muszą dbać o swój „patriotyczny” wizerunek. Doktryna Begina [przyp. red. Menachema Begina, izraelskiego premiera w latach 1977-1983], która utrzymuje, że Izrael nie może dopuścić do rozwoju broni jądrowej przez wrogie państwo, jest tutaj oczywistością; Izrael w przeszłości bombardował infrastrukturę jądrową Iraku i Syrii, i jest też tak teraz w przypadku Iranu. Dziennikarze państwowych mediów, szczególnie telewizji, nadal rozpływają się nad finezją izraelskiego wojska w bombardowaniu celów w Teheranie. O działaniach izraelskiego wojska w Libanie słyszy i mówi się bardzo mało.

Medialną sielankę przerwał w ostatnim czasie monolog Ilany Dajan w trakcie wieczornych wiadomości; Dajan, wytrawna i popularna izraelska dziennikarka, zadedykowała swoją przemowę „ludzkiemu życiu”, opowiadając historię kilku osób, które straciły życie w ostatnich dniach w Izraelu i na Zachodnim Brzegu. Wymieniona została m.in. rodzina Bani Odeh, której czterech członków, w tym dwoje dzieci, zostało zastrzelonych przez izraelskich żołnierzy (ci utrzymują, że samochód jechał rozpędzony w ich kierunku, co nie pokrywa się ze zeznaniami świadków). Wystąpienie Dajan, jak i potępienie działań armii przez lidera opozycji, Jaira Lapida, odbiło się w Izraelu szerokim echem.

Kwestia terroryzmu osadników wobec Palestyńczyków zaczęła przebijać się do mainstreamu.

O ile ciężko o protesty w tej sprawie, to dziennikarze i politycy dużo częściej podejmują ten temat. Do ataków dochodzi nawet kilka razy dziennie i przyjmują różną formę: zastraszanie, niszczenie własności Palestyńczyków, grożenie bronią czy nawet zabójstwa. Nie pamiętam natomiast ostatniego razu, w którym aż tylu wysoko postawionych Izraelczyków potępiłoby ataki: liderzy kilku partii opozycyjnych, szef armii czy nawet Naftali Bennett, były premier, który ma największą szansę na odsunięcie Netanjahu od władzy w przyszłych wyborach. Wszyscy czują, że sprawa agresywnych osadników zaczęła „wymykać się spod kontroli”.

W każdym domu, w którym byłem na obiedzie szabatowym przez ostatnie dwa miesiące, kwestia przemocy na Zachodnim Brzegu była omawianym tematem. Izraelczyków martwi jej wzrost i jej tendencję do przekraczania kolejnych granic – ciężko mówić o relacjach między osadnikami a Palestyńczykami w kontekście „konfliktu między sąsiadami”, gdy jedna strona coraz częściej dopuszcza się morderstw. Agresywni i przemocowi osadnicy są najczęściej widziani jako religijni fundamentaliści, a nawet antysyjoniści [sic!], jako że narażają dobre imię Izraela za granicą oraz antagonizują Palestyńczyków.

Od zwycięstwa do przetrwania

Z drugiej strony Izraelczycy są zdeterminowani, żeby żyć, jakby wojny nie było. Ludzie chodzą do kawiarni i restauracji, wielu wróciło do pracy i mimo obostrzeń odbywa się coraz więcej przełożonych wydarzeń. Typowe elementy lokalnego krajobrazu politycznego, jak protesty społeczności ultraortodoksyjnej przeciwko służbie wojskowej czy obrady nad prawem-zamachem na praworządność, wróciły tak, jakby nigdy nie odeszły.

Hebrajskojęzyczny internet jest pełen filmików, na którym Izraelczycy dementują irańską propagandę, jakoby Tel Awiw „stał w płomieniach” i, wręcz ostentacyjnie, nagrywają wyjścia na plażę czy do parku. To nie zmienia faktu, że o ile wiele osób stara się kontynuować business as usual, to wojny z Iranem, w przeciwieństwo do tej w Gazie, nie da się w pełni zrzucić na dalszy plan. Izraelczycy są świadomi wojny i jej przebiegu, a także czują jej wpływ na swoją codzienną rutynę.

Dobrym podsumowaniem nastroju w Izraelu wydaje mi się pewien na billboard przy stacji kolejowej HaSzalom w Tel Awiwie. Jeszcze rok temu za dnia widniał na nim wielki napis bejachad nenaceach [przyp. red. hebr. razem wygramy; utożsamiany z poparciem dla polityki izraelskiego rządu], a wieczorem iska achszaw [przyp. red. hebr. deal teraz; utożsamiany z opozycją]. Teraz nad mieszkańcami Tel Awiwu góruje hasło naawor et ze bejachad [przyp. red. hebr. razem przez to przejdziemy].

Od wspólnego zwycięstwa do wspólnego przetrwania; poprzeczka została obniżona.

Ciekawą rozmowę odbyłem też z kierowcą, jadąc taksówką w zeszłym tygodniu w jednym z podtelawiwskich miasteczek. Rozmawialiśmy o tym, że zapowiadał się niespokojny i pełen alarmów wieczór. „Ale to dobrze!” – mówił mi – „ha-ba le-horgecha, haszkem le-horgo”. To cytat z Talmudu zalecający zabicie wroga, jeśli ten zamierza zabić ciebie; nadstawianie drugiego policzka to w żydowskiej teologii, a zarazem izraelskiej polityce obce pojęcie. „W tej części świata nie można mieć skrupułów, bo twoi wrogowie interpretują je jako słabość” – perorował – „czy oni [przyp. red. Irańczycy] naprawdę myśleli, że mogą nam grozić zniszczeniem, a my nic z tym nie zrobimy? No to się doigrali”.

Zapytałem, czy życie w stanie permanentnej wojny go nie męczy. Mężczyzna zignorował moje pytanie i mówił dalej: „Europejczycy udają obrzydzenie wojną, ale na czym stoi ich kontynent? Każda europejska stolica ma pod sobą tony kości i krwi ich wrogów. Teraz jest tam pokój, ale tylko dlatego, że wcześniej była tam wojna. U nas będzie samo”. Po tej tezie zapadła w taksówce dłuższa cisza. Jeszcze chwilę wcześniej, gdy piłem kawę ze znajomą, opowiadała mi, że Izrael nie potrafi rozwiązywać swoich problemów; „Izrael swoje problemy po prostu zabija” – podsumowała. Teraz kierowca bronił dokładnie takiej filozofii.

Innym ważnym wydarzeniem ostatnich dni jest przegłosowanie przez izraelski Kneset prawa wprowadzającego karę śmierci dla osób, które „umyślnie odbierają życie obywatela lub rezydenta Izraela [...] celem zaprzeczenia istnienia Państwa Izrael’’. 62 członków Knesetu zagłosowało za a 48 przeciw; ustawę zainicjowała skrajnie prawicowa partia Ocma Jehudit, z której wywodzi się Minister Bezpieczeństwa Narodowego Itamar Ben-Gwir.

Jasne jest, że nowe przepisy dotkną tylko Palestyńczyków. Wprowadzono je także mimo sprzeciwu ze strony większości opozycji, społeczeństwa obywatelskiego, agencji bezpieczeństwa, a nawet urzędników i ekspertów Ministerstwa Sprawiedliwości. Izraelskie Stowarzyszenie Praw Obywatelskich zapowiedziało apelację do Sądu Najwyższego.

Opinie wśród Izraelczyków są bardzo różne: wielu z nich, szczególnie w kontekście ataku z 7 października oczekuje najsurowszych kar dla palestyńskich terrorystów. Inni przekonują, że status quo było problematyczne, bo co jakiś czas Palestyńczycy mogli porwać izraelskich obywateli, aby potem wymieniać ich na więźniów skazanych za akty terrorystyczne. Obecne prawo ma nie dopuszczać do takich sytuacji. Ale to tłumaczenie nie przekonuje wielu Izraelczyków: w przywróceniu kary śmierci widzą symbol przejęcia państwa przez ekstremistów i zdecydowane zawrócenie z „prozachodniej” ścieżki.

Przebłyski z rzeczywistości

Nie jest jednak prawdą, że izraelskie społeczeństwo odgrodziło się od wojny w Iranie i sytuacji na Zachodnim Brzegu grubym murem. Już po izraelsko-amerykańskim ataku wybrałem się na projekcję irańskiego filmu „Hit the road” z 2021 roku, który opowiada o rodzinie z Teheranu próbującej nielegalnie przekroczyć granicę z Turcją. Sala była pełna – film prezentował Izraelczyk perskiego pochodzenia, a jednocześnie przyjaciel reżysera. „Teraz bardziej niż kiedykolwiek musimy znaleźć w sobie gotowość, aby nie odwracać się od irańskiej kultury i Irańczyków; musimy starać się ich wysłuchać i zrozumieć” – mówił, a goście kiwali głowami.

Dom Solidarności, kultowa przestrzeń aktywistyczna w Tel Awiwie, zorganizowała również wielką akcję pakowania żywności i materiałów higienicznych dla najbardziej potrzebujących w związku z nadchodzącym świętem Pesach; paczki otrzymają m.in. uchodźcy z Erytrei, osoby starsze czy palestyńskie rodziny. Całe przedsięwzięcie trwało kilka dni i zaangażowało setki wolontariuszy. Wcześniej Dom Solidarności organizował cotygodniową pomoc żywnościową dla Palestyńczyków na Zachodnim Brzegu podczas Ramadanu.

Także aktywiści, którzy koordynują protective presence na Okupowanych Terytoriach, czyli towarzyszenie Palestyńczykom w ciągu dnia celem odstraszenia lub uwiecznienia potencjalnych ataków ze strony osadników, mówią o rosnącym zainteresowaniu ze strony Izraelczyków.

Aktywistów nadal jest dużo mniej niż agresywnych osadników, ale zdaje się, że im sytuacja na Zachodnim Brzegu jest gorsza, tym więcej Izraelczyków decyduje się w jakiś sposób zaangażować.

Nie sposób więc mówić o wspólnej reakcji całego społeczeństwa na wojnę w Iranie i przemoc na Zachodnim Brzegu; część osób popada w apatię, część żyje jak gdyby nigdy nic, część się radykalizuje, a część podejmuje się pokojowego aktywizmu. Mówiąc szczerze, większość osób łączy kilka tych podejść, jednocześnie np. otwarcie krytykują wojnę w Iranie i bronią dobrego imienia izraelskich żołnierzy na Okupowanych Terytoriach.

Krytyka wojny w Iranie zazwyczaj sprowadza się do technikaliów: timing był nieodpowiedni, państwo kolejny raz priorytetyzuje interesy wojskowe nad sytuację socjalną obywateli czy nie przewidziano odporności irańskiego reżimu.

Żołnierzy broni często jeszcze w tym samym zdaniu, w którym ostro krytykuje się osadników, mimo że IDF najczęściej jest obojętny na ich zbrodnie. Narzekanie na osadników, szczególnie tych, którzy popełniają przestępstwa, nie jest żadnym tabu w Izraelu, bo jako grupa reprezentują wizję zbyt ekstremistyczną i religijną dla większości społeczeństwa. Z wojskiem jest inaczej, bo przecież prawie każdy obywatel odbywa obowiązkową służbę wojskową, więc krytykę armii, interpretuje się jako krytykę ich samych.

Tylko czas pokaże, czy niecierpliwość i zmęczenie wygra z poczuciem obowiązku wspierania państwa i ogólną wojenną dyscypliną.

Na zdjęciu Kacper Max Lubiewski
Kacper Max Lubiewski

Dziennikarz, autor reportażu o izraelskich aktywistach i dysydentach, student historii i socjologii na Uniwersytecie Humboldta w Berlinie; związany z ruchem pokojowym w Izraelu, pisze o historii i teraźniejszości konfliktu izraelsko-palestyńskiego, antysemityzmie oraz o lokalnych inicjatywach solidarnościowych i społeczeństwach Bliskiego Wschodu.

Komentarze