0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Slawomir Kaminski / Agencja Wyborcza.plSlawomir Kaminski / ...

Jak można bagatelizować inflację? Można podważać obliczenia specjalistów, zwalać winę na cwaniactwo producentów, przeszacować wzrost płac Polaków, uznać, że właściwie to żywność staniała.

A wszystko to w jednym wywiadzie wicepremiera.

Najpierw mieliśmy szybki szacunek za październik – inflacja wyniosła 6,8 proc. 3 listopada Rada Polityki Pieniężnej podwyższyła referencyjną stopę procentową aż o 0,75 pkt proc. do 1,25 proc. Ten ruch to patrzenie w przyszłość – nie zbije inflacji od razu, ale powinien pomóc ograniczyć jej wzrost w przyszłości.

Wiemy, że przyczyny obecnej inflacji są bardzo złożone. Nie tym jednak w tym tekście będziemy się zajmować. Inflacja jest też politycznym faktem. Nawet jeśli rząd nie jest w pełni winny temu, że ceny w październiku 2021 są wyższe o 6,8 proc. niż w październiku 2020, to ludzie dużą część swojego niezadowolenia skoncentrują na rządzących.

A ci nie są gotowi na odpowiedź. Bagatelizują problem, odsuwają odpowiedzialność od siebie, brakuje im rozwiązań.

Doskonałym przykładem jest wywiad wicepremiera i ministra rolnictwa, Henryka Kowalczyka w Radiu Zet 4 listopada 2021 roku. Rozbierzmy jego pięć wypowiedzi o inflacji na części pierwsze.

Przeczytaj także:

„Nie potrafią liczyć"

Wywiad zaczął się od pytania o podwyżki stóp procentowych. Słuchacze mogli dowiedzieć się, że wicepremier Kowalczyk uważa Adama Glapińskiego za świetnego prezesa NBP. A negatywne skutki podniesienia stóp dla kredytobiorców bagatelizuje. Na słowa dziennikarki, że ludzie będą płacić przeciętnie o 221 złotych więcej za ratę kredytu hipotecznego powiedział:

„Nie sądzę, to chyba nie potrafią liczyć. Jak można przez jeden procent płacić 200 zł więcej? To trzeba po prostu policzyć”.

Wicepremier Kowalczyk mówi, jakby uważał, że wzrost stóp procentowych o 0,75 pkt proc. oznaczał taki sam wzrost indywidualnych rat kredytowych. To nieporozumienie. Banki nakładają swoje marże, cena kredytu i raty zależy od liczby lat, na które zaciągnięty jest kredyt. Wyliczenia, które cytowała w rozmowie Beata Lubecka, wykonała firma pośrednictwa finansowego Expander. Z tych samych wyliczeń wynika, że po listopadowej podwyżce dostępna kwota kredytu spadnie o 12,5 proc.

Czyli jeśli ktoś w październiku mógł sobie pozwolić na kredyt w wysokości 500 tys. złotych, po podwyżce stóp tylko na 437,5 tys.

Warto też przypomnieć - stopy są wciąż niższe niż przed pandemią. Przed 18 marca 2020 roku przez prawie pięć lat stopa referencyjna wynosiła 1,5 proc. Ale po pierwsze obecne podwyżki są nagłe i gwałtowne, a po drugie najpewniej czekają nas kolejne. Wtedy kredyt będzie jeszcze droższy. Tymczasem wysokość raty kredytu zmienia się zwykle raz na trzy miesiące. Więc przy szybkich podwyżkach zmiany dla posiadaczy kredytów hipotecznych będą dotkliwe.

Nie oceniamy tutaj tego ruchu – zwiększenie stóp procentowych jest znanym narzędziem polityki monetarnej do zbijania inflacji. Ale trzeba pamiętać, że ma swoje konsekwencje. Wicepremier Kowalczyk swoim lekceważącym tonem na pewno nikogo nie uspokoi.

Ekonomista

Dalej Kowalczyk wygłosił krótkie, makroekonomiczne twierdzenie:

„Na inflację trzeba patrzeć przez perspektywę wzrostu wynagrodzeń. Jeśli wzrost wynagrodzeń jest dużo szybszy niż inflacja, to jest to w porządku”

Zajmijmy się najpierw ustaleniem, czy mamy do czynienia z sytuacją, w której wzrost wynagrodzeń jest dużo szybszy niż inflacja?

Po pierwsze, wicepremier Kowalczyk mówi tutaj z pewnością o wzroście płac nominalnym, a nie oczyszczonym z inflacji. Inaczej bowiem byłby to jeden wskaźnik. Wzrost płac pomniejszony o inflację to realny wzrost płac. Kowalczyk mówi o wzroście „dużo szybszym”. To relatywne pojęcie. Załóżmy, że to wzrost np. trzykrotnie wyższy. Gdyby przyjąć takie kryteria, rzeczywiście regularnie miewaliśmy do czynienia z taką sytuacją w ostatnich latach. Za czasów rządów PiS nominalny wzrost płacy minimalnej mieścił się między 5,7 proc. w 2016 roku a 15,6 proc. w roku 2020 (po wyborczej obietnicy z 2019 roku). Nominalny wzrost średniego wynagrodzenia – między 3,8 proc. w 2016 a 7,3 w 2018 i 2019. Średnioroczny wskaźnik inflacji dopiero w 2020 roku przekroczył 3 proc.

Teraz jednak sytuacja jest inna. Najnowsze dane dotyczące wzrostu wynagrodzeń dotyczą września. Wówczas średni wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw w stosunku do września 2020 roku wyniósł 8,7 proc. W tym samym miesiącu inflacja wyniosła 5,9 proc.

Gdyby obecne prognozy się utrzymały, w tym i kolejnym roku wzrost płac może wynieść 7-8 proc. Inflacja 4-5 proc., być może więcej.

Ale pamiętajmy, że to średni wzrost płac. Nie wszyscy otrzymują podwyżki, niektórzy są zmuszeni zmienić pracę na słabiej płatną, inni korzystają z zasiłków, które w ogóle nie są waloryzowane. Dodatkowo wzrost płac w sektorze przedsiębiorstw nie obejmuje wszystkich pracowników, a jedynie firmy powyżej dziewięciu pracowników. Pensje w mniejszych firmach są średnio niższe.

Tym osobom dane makroekonomiczne nie dadzą żadnego pocieszenia. A nawet w skali makro wzrost płac z pewnością nie przekroczy inflacji kilkukrotnie.

Niebezpieczne przyspieszenie

Skoro już ustaliliśmy, że wzrost płac wcale nie jest dużo wyższy niż inflacja, to musimy zadać proste pytanie: czy to rzeczywiście w porządku? Oddajmy głos głównemu ekonomiście „Pulsu Biznesu”, Ignacemu Morawskiemu, który już po najnowszym odczycie inflacyjnym napisał:

„Utrzymanie 9-10-procentowego wzrostu płac, czyli takiego, jaki widzimy obecnie, będzie trzymało nam fundamentalny trend inflacyjny w okolicach 4-5 proc. Wynika to z faktu, że realna wydajność pracy rośnie w tempie ok. 4 proc., więc każdy nominalny wzrost płac powyżej tego poziomu prowadzi do wzrostu cen.

Jeżeli zacznie nam się rozkręcać spirala płacowa, czyli sytuacja, w której pracownicy żądają jeszcze wyższych podwyżek, a pracodawcy je dają, bo są przekonani, że spokojnie to przerzucą na ceny, to znajdziemy się w nieprzyjemniej sytuacji. Wtedy fundamentalny trend inflacyjny może się jeszcze podnieść, a bank centralny w końcu spanikuje i zacznie radykalnie podnosić stopy procentowe – nie do 1,5-2 proc., ale może do 3 proc.”.

Mówiąc więc krócej – sytuacja, w której wzrost płac przyspiesza przy rozkręcającej się inflacji może tę inflację napędzać. A to, panie wicepremierze, z pewnością nie jest w porządku.

„Jak ktoś zarabia 20 proc. więcej"

Wicepremier Kowalczyk ma też bardzo optymistyczne założenia co do podwyżek, które otrzymują Polacy. Bagatelizując inflację, mówił w Radiu Zet:

„Jeśli ktoś zarabia o 20 proc. więcej, a inflacja jest 6 proc., to mu 14 proc. zostaje w kieszeni”.

Gdyby ktoś jeszcze miał wątpliwości, czy Henryk Kowalczyk ma pojęcie o sytuacji na rynku pracy, w tym momencie powinien je stracić. 20-procentowe podwyżki nie są regułą, a wyjątkiem. Dane o średnich wzrostach płac z ostatnich lat przytaczaliśmy już powyżej. Łatwo jednak o tym zapomnieć, skoro posłowie, do których Henryk Kowalczyk się zalicza, otrzymali w tym roku podwyżkę 60-procentową. Ich podstawowe uposażenie wzrosło z 8 tys. zł do 12,8 tys. zł. Uposażenie wicepremiera z 13 tys. do 18,3 tys. zł. Z tej perspektywy Henryk Kowalczyk z pewnością nie musi się obawiać, że na inflacji realnie straci. Łatwo sobie też wyobrazić, że przy podwyżce o 60 proc., podwyżka 20-procentowa może wydawać się czymś normalnym. Większość z nas nie ma jednak takich przywilejów.

Realna dynamika płac najpewniej nie spadnie poniżej zera. Ale się do niego zbliży. A mówimy o wartościach średnich. To znaczy, że dla znacznej części z nas ten wskaźnik będzie ujemny. Odwołajmy się jeszcze raz do Ignacego Morawskiego. Oto wykres, który udostępnił na Twitterze:

Wynika z niego, że zwykle niska realna dynamika płac oznaczała dołowanie notowań rządu. Przez większość rządów PiS była ona relatywnie wysoka. Teraz zanosi się na najniższą dynamikę płac od dołku z przełomu lat 2012-2013.

Żywność staniała?

Ponownie oddajmy głos Henrykowi Kowalczykowi:

„Wzrost cen żywności jest niższy niż inflacja, więc można powiedzieć, że relatywnie staniały”.

Rzeczywiście na razie wzrost cen żywności jest niższy niż ogólny poziom inflacji. Według szybkiego szacunku GUS za październik wyniósł 4,9 proc., ogólny poziom inflacji – 6,8 proc. Właściwie jeśli uwzględnić cytowany wyżej wzrost cen we wrześniu (8,7 proc., żywność we wrześniu – 4,4 proc.), można uznać, że Henryk Kowalczyk ma rację. Ale tylko jeśli włączymy do wywodu wzrost płac, a z dosłownej analizy wynika, że jeśli wzrost cen jest niższy niż ogólny poziom inflacji, wówczas ceny spadają. A to już nieprawda.

Nawet jednak życzliwa analiza słów wicepremiera pozostawia pewien problem. Operujemy bowiem na wartościach średnich. Tymczasem pamiętajmy, że koszyki konsumpcyjne Polaków się różnią. Dla mniej zamożnych gospodarstw domowych wydatki na żywność stanowią większą część takiego koszyka. Ci, którzy w tym roku nie dostali żadnej podwyżki, ale wydają na żywność więcej, nie będą zachwyceni takim technokratycznym wyjaśnieniem. Jest też niebezpieczeństwo, że z powodu wysokich cen nawozów rolniczych wzrosty cen żywności dopiero ruszą. Wówczas tłumaczenia, że inne rzeczy drożeją szybciej mogą wypaść wyjątkowo niezręcznie.

Choć warto też zaznaczyć, że przy analizie naszych codziennych rachunków spożywczych nie zawsze warto panikować. Część artykułów, szczególnie owoców i warzyw, ma swoje sezonowe fluktuacje. Nie zawsze cena wyższa niż miesiąc temu oznacza szalejącą inflację.

Chleb

I na koniec ważny temat. Cena chleba:

„Ja kupuję chleb za trzy złote” – przekonywał Kowalczyk. I dodawał: „Ale może kupuję w dobrej piekarni, która nie zdziera z klientów”.

Na początku warto pochwalić wicepremiera, że odrobił lekcję z wpadki premiera Morawieckiego. Zamiast potoku słów bez znaczenia w miarę precyzyjnie powiedział, ile kosztuje bochenek chleba. Przy pensji po rządowej podwyżce wciąż kupuje chleb po cenie średniej, z pewnością od zakupu chleba nie biednieje.

Problem jest natomiast z drugim zdaniem. Bo tutaj mamy sugestię, że tam, gdzie podnoszą ceny, piekarze są nieuczciwi wobec klienta. A przecież w wielu przypadkach jest tak, że koszt produkcji rzeczywiście wzrósł. To wypowiedź w podobnym tonie, gdy prezes Kaczyński sugerował, że na Polskim Ładzie stracą „cwaniacy”.

Inflacja nie jest żadną wojną kulturową, nie ma tutaj możliwości, by mobilizować bliższy sobie elektorat za pomocą „Wiadomości” TVP, obrzydzania Donalda Tuska i przypominania rządów PO-PSL. To prosty problem, który może dotknąć portfeli Polaków, bez względu na sympatie partyjne. Dlatego odpowiedzi wicepremiera Kowalczyka wypadają nieprzekonująco. To problem, z którym PiS jeszcze się nie mierzyło.

;

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze