20 listopada 2020

Już ponad 20 tys. „ukrytych ofiar" epidemii, Główny Inspektor Sanitarny składa dymisję [WYKRESY]

Już 20 tys. osób ponad średnią zmarło tej jesieni z nieznanych jeszcze powodów – bo w karcie zgonu nie mają COVID-19. Tymczasem Polska jest już na 4. miejscu w UE, jeśli chodzi o zgony na COVID-19. Czy władze liczą na „odporność zbiorowiskową"?

Za nami kolejny dzień, kiedy umierali pacjenci zakażeni podczas szczytu zakażeń dwa tygodnie wcześniej, gdy wykrywano ponad 27 tys. przypadków dziennie. W piątek 20 listopada Ministerstwo Zdrowia poinformowało o 626 zgonach. Wśród zmarłych 149 osób nie miało żadnych chorób współistniejących.

W związku z tą „górką” zgonów znaleźliśmy się na czwartym miejscu w Unii Europejskiej, jeśli chodzi o ich liczbę na 100 tys. mieszkańców w ciągu 14 dni. Przed nami są tylko Czechy, Belgia i Bułgaria.

Dzięki temu, że udało nam się łagodnie przejść przez wiosenną falę pandemii, nie jesteśmy jednak w czołówce liczby zgonów na milion mieszkańców od początku epidemii, choć i ta liczba wciąż rośnie.

W tej chwili wynosi u nas 336 na milion mieszkańców. Dla porównania Czechy, które w jesiennej fali całkowicie ugięły się pod ciężarem zakażeń, mają już 641 zgonów na milion, ale na przykład Estonia tylko 66.

Niestety, potwierdzają się informacje, że listopad może być jeszcze gorszy od października, jeśli chodzi o liczbę zgonów w Polsce.

Według portalu Medonet, który powołuje się na dane z Rejestru Stanu Cywilnego, w 45. tygodniu roku (2-8 listopada) wystawiono 16 075 aktów zgonu. To najgorszy tydzień w tym roku, w dodatku dwa razy tyle, ile średnio umierało ludzi w Polsce w tym samym okresie w latach poprzednich.

Jak pisze portal: „W sumie w 2020 od 36. do 46. tygodnia roku (31.08-15.11) zmarło 112 154 osoby. Rok wcześniej w tym samym okresie odnotowaliśmy 83 447 zgonów. Różnica wynosi 28 707 zgonów. Po uwzględnieniu śmierci z powodu COVID-19 (8 322 zgony w tym okresie), dostajemy ponad 20 tys. tzw. ukrytych ofiar epidemii”.

To osoby, które zmarły z powodu niewykrytego COVID-19, ale także te, które z powodu związanej z epidemią zapaści ochrony zdrowia nie otrzymały pomocy na czas. Więcej o przyczynach ich śmierci będzie można powiedzieć za rok, gdy GUS opublikuje dane statystyczne za 2020.

źródło: Medonet

(widoczny na wykresie spadek w 46. tygodniu to skutek opóźnienia w wystawianiu aktów zgonu w stosunku do daty śmierci, która jest podawana w statystyce).

Skąd się wzięło więcej przypadków na Mazowszu?

W ciągu ostatniej doby przyrosły, choć niewiele w stosunku do poprzednich wartości, hospitalizacje i liczba osób wymagających respiratora. W szpitalach przebywa w tej chwili 22 643 pacjentów z COVID-19, a pod respiratorami leży 2 135 osób. Resort zdrowia poinformował również o 22 464 nowych zakażeniach.

To więcej niż na początku tygodnia, ale być może ten wzrost jest odpowiedzią na zagadkę sięgających aż 14 tys. przypadków rozbieżności pomiędzy wynikami podawanymi przez powiatowe stacje sanitarno-epidemiologiczne w województwie mazowieckim a Ministerstwem Zdrowia.

Zauważone przez prowadzącego arkusz z danymi o epidemii Michała Rogalskiego różnice obiecał wyjaśnić szef resortu Adam Niedzielski. Tymczasem zamiast wyjaśnienia mamy wzrost przypadków na Mazowszu w ciągu ostatnich trzech dni, a jednocześnie rozbieżność zmalała do 12 tys. Czy oznacza to, że są one „po cichu" dodawane do statystyk?

W pozostałych województwach liczba wykrytych zakażeń maleje. Wyjątkiem jest województwo pomorskie, gdzie wzrosła nieznacznie.

Rozbieżności pozostają niewyjaśnione, ale do dymisji podał się Główny Inspektor Sanitarny Jarosław Pinkas, tłumacząc się pogarszającym się stanem zdrowia. Nieoficjalnie wiadomo, że sposób zarządzania instytucją przez Pinkasa był krytykowany przez ministra zdrowia Adama Niedzielskiego.

Ustępujący GIS zasłynął zaleceniem politykom opozycji w lutym tego roku, żeby włożyli sobie lód do majtek, jeśli dla celów politycznych dramatyzują zagrożenie koronawirusem.

Wracając do wskaźników, sukcesywnie maleje też liczba zleceń testów na koronawirusa dokonywanych przez lekarzy POZ. W stosunku do danych z ubiegłego piątku 13 listopada spadła o 14,5 tys.

Wykonano 55 048 testów, a odsetek wyników pozytywnych wyniósł 40,81 proc. Wciąż jesteśmy w tej kategorii „mistrzami” Europy, a na świecie średnia tygodniowa procentu pozytywnych wyników jest wyższa tylko w Meksyku. To wynik tego, że od września testujemy przede wszystkim pacjentów z objawami COVID-19.

Czy zdobędziemy odporność zanim dotrze do nas szczepionka?

W związku z tym – nie wiadomo, czy zamierzonym, czy też wynikającym z niewydolności państwa – wprowadzaniem w praktyce „modelu szwedzkiego” z wiosny, czyli przyzwoleniem na to, żeby jak największy odsetek mieszkańców Polski przeszedł zakażenie i zdobył przeciwciała – eksperci coraz częściej mówią o tym, że epidemia może zacząć wygasać u nas zanim jeszcze zdobędziemy szczepionkę.

Prof. Robert Flisiak, prezes Polskiego Towarzystwa Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych, twierdzi na przykład, że już 6,5 mln mieszkańców Polski miało kontakt z wirusem SARS-CoV-2. Im bowiem mniej testujemy, ograniczając się tylko do pacjentów objawowych, tym więcej zakażeń niskoobjawowych i bezobjawowych nam znika.

Według analityków z Uniwersytetu Warszawskiego w szczycie zakażeń mogło ich być dziennie nawet dziewięć razy więcej, niż wskazywały statystyki.

„Przy aktualnym poziomie dziennych wyników dodatnich i po uwzględnieniu nieuchronnego ich obniżenia w najbliższym czasie, należy się spodziewać, że połowa populacji polskiej będzie uodporniona w lutym. W tym czasie rozpoczną się szczepienia i w marcu liczba zakażeń będzie już szczątkowa, a do maja epidemia zgaśnie - za sprawą uodpornienia populacji - naturalnego i sztucznego - oraz warunków klimatycznych” – mówił prof. Flisiak „Gazecie Wyborczej".

O uodpornieniu populacji mówił wcześniej również główny doradca rządu, prof. Andrzej Horban. Trzeba jednak pamiętać, że ta sztuka – zdobycie odporności zbiorowiskowej – nie udała się w Szwecji, mimo że ta nie stosowała na wiosnę rygorystycznych ograniczeń w kontaktach międzyludzkich. Teraz mierzy się z cztery razy większym wzrostem wykrytych zakażeń niż w kwietniu.

Remdesivir ma złą prasę, Unia kupuje szczepionkę od Pfizera

Światowa Organizacja Zdrowia nie rekomenduje używania Remdesiviru, leku antywirusowego, do leczenia pacjentów z COVID-19. Nie ma bowiem dowodów na to, że zwiększa on przeżywalność lub poprawia stan chorych. Oświadczenie panelu ekspertów WHO to konsekwencja dużego przeglądowego badania nad skutecznością preparatu przeprowadzonego pod egidą tej organizacji.

W polskich szpitalach, podobnie jak w całej UE, stosuje się Remdesivir w leczeniu COVID-19. Kupuje się go w ramach wspólnych europejskich przetargów i lekarze często się skarżą na szczątkowe ilości leku, które trafiają do ich placówek. Popularność tego leku jest wynikiem obiecujących rezultatów wstępnych badań nad jego stosowaniem w pandemii koronawirusa.

W piątek dowiedzieliśmy się także, że Unia Europejska przeznaczy 10 mld dolarów na zakup 425 mln szczepionek przeciwko SARS-CoV-2 produkcji Pfizera/BioNTech i CureVac. Według szefowej Komisji Ursuli von der Leyen pierwsze szczepienia mogłyby być dostępne dla obywateli Unii już w grudniu. Oba preparaty muszą jeszcze jednak zostać dopuszczone do użytku w UE.

Udostępnij:

Miłada Jędrysik

Miłada Jędrysik – dziennikarka, publicystka. Przez prawie 20 lat związana z „Gazetą Wyborczą". Była korespondentką podczas konfliktu na Bałkanach (Bośnia, Serbia i Kosowo) i w Iraku. Publikowała też m.in. w „Tygodniku Powszechnym", kwartalniku „Książki. Magazyn do Czytania". Była szefową bazy wiedzy w serwisie Culture.pl. Od listopada 2018 roku do marca 2020 roku pełniła funkcję redaktorki naczelnej kwartalnika „Przekrój".

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne