Prezes PiS mówi, że podatek katastralny, który miałaby wprowadzić opozycja, „doprowadziłby [...] do wywłaszczenia z wszelkiego rodzaju własności odnoszącej się do nieruchomości ogromnej części Polaków”. Bzdura. Większość opozycji nie chce jego wprowadzenia, a sam podatek nie miałby takich skutków. Ale PiS skutecznie go zohydza - w interesie najbogatszych

„To jest instytucja co prawda znana w różnych krajach i mająca swoją historię, ale instytucja, która w polskich warunkach – gdyby ją wprowadzić na poważnie, a nie ma sensu jej wprowadzać nie na poważnie – doprowadziłaby po prostu do wywłaszczenia z wszelkiego rodzaju własności odnoszącej się do nieruchomości ogromnej części Polaków” – straszył prezes PiS Jarosław Kaczyński 10 czerwca na konferencji prasowej.

Chodzi o groźnie brzmiący podatek katastralny, czyli podatek od nieruchomości uzależniony od jej wartości.

Dlaczego prezes PiS nagle zaczął o nim mówić, choć nikt realnie nie próbował go wprowadzać od ponad 20 lat? To nie jest całkiem jasne, ale najpewniej chodzi o Raport Fundacji Batorego pod redakcją prof. Dawida Sześciło z Uniwersytetu Warszawskiego, który proponuje rozwiązania mające w założeniu wzmocnić polski rozwój i samorządność. Wśród opisanych koncepcji znalazł się również właśnie podatek katastralny.

Czy to dobry pomysł i dlaczego partia rządząca postanowiła straszyć nim jako nowym zagrożeniem szykowanym przez „totalną opozycję”?

Kataster mógłby zaradzić kilku polskim bolączkom: nieefektywnej polityce publicznej, w tym szczególnie fatalnej polityce mieszkaniowej, a także skończyć uprzywilejowaniem najbogatszych. Nic z tego się raczej nie wydarzy, bo demonizowany przez media podatek nie znajduje poparcia wśród polityków. Wielkiemu kapitałowi udaje się zaprzęgnąć ludowo zorientowany populizm w celu zohydzenia podatku katastralnego – pisze dla OKO.press politolog i urbanista dr Łukasz Drozda.

Nowy podatek od nieruchomości?

Raport „Polska samorządów: Silna demokracja, skuteczne państwo”, odbił się szerokim echem. W sprzyjających PiS mediach, a także ustami polityków tej partii, dokument ten demonizowany jest na różne sposoby. Nie pomaga mu, że w medialnych relacjach jest mylony z projektem #ZdecentralizowanaRP, przygotowawynym przez Stowarzyszenie Inkubator Umowy Społecznej.

Obok idei decentralizacji, przez rządzącą prawicę kojarzonej z nowym rozbiorem Polski, grupa ekspertów Batorego proponuje wprowadzenie podatku katastralnego.

Upraszczając: chodzi o zastąpienie obecnego podatku od nieruchomości nowym. Miałby on być liczony od ich wartości, a nie powierzchni, jak miało to miejsce do tej pory.

Jarosław Kaczyński potępił ten pomysł, sugerując, że tworzy on ryzyko masowego wywłaszczania obywateli, których nie będzie stać na pokrycie nowej daniny publicznej.


To jest instytucja co prawda znana w różnych krajach i mająca swoją historię, ale instytucja, która w polskich warunkach (…) doprowadziłaby po prostu do wywłaszczenia z wszelkiego rodzaju własności odnoszącej się do nieruchomości ogromnej części Polaków

Jarosław Kaczyński, konferencja prasowa, 10 czerwca 2019. - 10/06/2019

zrzut ekranu


Fałsz. Podatek katastralny doprowadziłby do wzrostu obciążeń dla części właścicieli, ale głównie najzmożniejszych. Pozostali mogliby liczyć na ulgi. Nic nie wskazuje na ryzyko eksmisji. Spodziewac można się zahamowania wzrostu cen nieruchomości.


Prawdą jest, że dla niektórych oznaczałoby to wzrost opodatkowania. Ale czy aż tak silny?

Wbrew obiegowym przekonaniom o wysokich obciążeniach tego rodzaju, jeszcze niższe od stosunkowo niskich w Polsce na unijnym tle podatków dochodowych (a raczej – niskich dla osób zamożnych i  wysokich dla niezamożnych) są nasze podatki od nieruchomości.

Autorzy raportu podają, że warte setki tysięcy złotych lokale, takie jak 50-metrowe mieszkanie w Warszawie, są obciążone podatkiem o wysokości 40 zł w skali roku. Na dodatek tańsze nieruchomości w biedniejszych częściach kraju są często opodatkowane wyżej.

Taki kształt polityki fiskalnej powoduje, że mamy do czynienia z nieefektywną polityką publiczną i uprzywilejowaniem najbogatszych. Innymi słowy – dochody publiczne są niskie, a sprawiedliwość społeczna niewielka.

Po co eksperci chcą sięgnąć do kieszeni posiadaczy nieruchomości? Najważniejszy powód to oczywiście rosnące wydatki publiczne. Państwowa kasa nie jest studnią bez dna. O ile propagandowy sukces przyniósł program Rodzina 500 plus, to na zbliżone nakłady nie mogą liczyć inne, podobnie kosztowne przedsięwzięcia. W gronie tym znajduje się polityka mieszkaniowa.

W szponach dewelopera

Ta ostatnia w Polsce z grubsza nie działa. Realizacja polityki mieszkaniowej już z założenia trwa długo i pochłania mnóstwo pieniędzy. Przygotowany dla rządu „Narodowy Program Mieszkaniowy” z 2016 roku podawał, że statystyczny deficyt (różnica między liczbą zamieszkanych lokali i gospodarstw domowych) wynosił wtedy 900 tys. mieszkań. Sytuacja przedstawia się jeszcze gorzej, jeśli zwrócić uwagę na niską jakość istniejącego zasobu. Nasza produkcja mieszkaniowa, czyli niecałe 200 tys. mieszkań rocznie, tych problemów nie rozwiązuje.

Budują na ogół deweloperzy, co mniej zamożnych zostawia na lodzie. W dodatku powolny przyrost liczby mieszkań zmniejsza wyłączanie z użytku tych, które są w najgorszym stanie. Dość powiedzieć, że w całej Polsce w ubiegłym roku oddano do użytku 1,8 tys. mieszkań komunalnych przy aż 112,3 tys. od deweloperów.

Hucznie zapowiadany program Mieszkanie plus, często już oceniany jako niewypał, ten problem rozwiąże najwyżej fragmentarycznie. Przypomnijmy, że rozwiązanie istniejących problemów wymaga budowy przeszło miliona lokali, a zdaniem optymistycznych szacunków operatora rządowego programu, ma on grunty na 113 tys. mieszkań. W praktyce, na razie mieszka w nich raptem 1,5 tys. najemców. Gdyby nie emigracja, byłoby pewnie jeszcze gorzej. Gdzie jednak mają mieszkać w tej sytuacji imigranci, tacy jak masowo pracujący już u nas Ukraińcy?

Źródłem bogactwa rzadko jest ciężka praca

Zespół prof. Sześciło dostrzega ten problem i proponuje, żeby poprawić sytuację na bazie wprowadzenia nowego podatku. Jest to zgodne z ustaleniami takich ekonomistów jak Thomas Piketty, chwalony nawet przez premiera Morawieckiego z mównicy sejmowej.

W swoich badaniach Piketty dowodzi, że źródłem współczesnego bogactwa rzadko ciężka praca, a częściej majątek. To wskazuje, że polityka fiskalna dotykać powinna nie tylko opodatkowania pracy (PIT i CIT), ale też obciążeń majątkowych, takich jak te dotyczące nieruchomości.

Co ciekawe, raport, do którego wielu odbiorców propagandy PiS raczej nie sięgnie, przewiduje wiele potencjalnych zarzutów, które rzeczywiście wytoczyli politycy. Autorzy piszą na przykład o „figurze emerytki mieszkającej w centrum”, czyli staruszki, którą nieuchronnie dociąży kilkutysięczny podatek katastralny. Proponują z myślą o takich osobach rozmaite ulgi. Ten głos rozsądku nie ma jednak szans przebić się w obliczu uproszczonej propagandy.

Kataster, czyli nic nowego

Pomysł podatku katastralnego nie jest nowy. Kataster zamojski, czyli pierwszy w Polsce rejestr nieruchomości, wprowadzono już w zaborze rosyjskim w II połowie XIX wieku. Aktualnie w całym kraju prowadzony jest, niestety dość niedokładny i zapóźniony cyfrowo, rejestr pod nazwą Ewidencji Gruntów i Budynków (EGiB), za który odpowiada Główny Urząd Geodezji i Kartografii. Dużo wyższe podatki od nieruchomości funkcjonowały w międzywojniu.

We Francji podatki od nieruchomości liczone na podstawie wartości zapisanych w katastrze funkcjonują już od dwóch stuleci. Pomysł ich wysokiego opodatkowania nie jest zresztą domeną komunistów, jak sądzą niektórzy. Źródłem opodatkowania może być nie tylko wartość rynkowa (sama w sobie kontrowersyjna i podatna na działalność spekulantów), ale też wartość użytkowa. Bliżej tego modelu jest nawet ojczyzna kapitalizmu – Stany Zjednoczone. Głośne były szczególnie eksmisje właścicieli nieruchomości z wielu upadłych amerykańskich miast, takich jak Detroit. Kupowane za śmieszną cenę domy były obłożone wielotysięcznymi podatkami, trudnymi do udźwignięcia na przykład dla ubogich Afroamerykanów. To tylko pogłębiło dolegliwości słynnego kryzysu tamtejszego rynku hipotecznego.

Podatkiem straszono już wcześniej

Przeciwnicy podatku katastralnego straszą właśnie taką wizją i zawyżają wartość proponowanej daniny. W Unii Europejskiej ten problem jest praktycznie nieznany, chociaż podatki są od nieruchomości są wyższe niż u nas (również w Europie Środkowej). Wyzwanie stanowi utrzymanie systemu, wymagające analizy danych o tysiącach transakcji na rynku nieruchomości. Jest to jednak wykonalne już przy istniejącej technologii, o czym świadczy udostępnianie przez niektóre samorządy rozmaitych baz danych.

Podstawową korzyścią byłoby, że podatek katastralny nie tylko nie uderzy w najuboższych, ale raczej ograniczy kupowanie mieszkań bez umiaru na cele inwestycyjne. Dzisiaj zabiera to wiele nieruchomości z rynku, podwyższając ceny pozostałych. Zamożni inwestorzy nie tracą nawet przy utrzymywaniu pustych lokali. Podatek za luksusowy apartament nie przekracza przecież ceny dania głównego w porządnej restauracji w Trójmieście czy Krakowie.

Nad kwestią nowego kształtu opodatkowania nieruchomości przyjmującego postać podatku katastralnego dyskutuje się właściwie od trzydziestu lat, kiedy urynkowiony został obrót nieruchomościami w Polsce. Rozwiązanie to pojawia się często w debacie eksperckiej, omawiane jest też ze studentami wielu kierunków, gdzie katastrowi poświęca się całe przedmioty.

Naturalnie ma jednak i swoich przeciwników. Po ukazaniu się raportu Fundacji Batorego skrajnie krytyczny materiał na ten temat opublikował portal Bezprawnik, którego autor określił potencjalny podatek mianem nie tylko niesprawiedliwego, ale wręcz niemoralnego. Chwilę przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi podobną wizją straszył należący do zagranicznego koncernu tabloid „Fakt”. Jak podawali jego dziennikarze, gdyby podatek katastralny został wprowadzony, „wiele osób byłoby zmuszonych do sprzedaży nieruchomości i przeprowadzki do tańszych i gorszych lokali. To rodzaj eksmisji w białych rękawiczkach!”. Te publikacje pokazują specyficzny sojusz w jaki wielkiemu kapitałowi udaje się zaprzęgnąć ludowo zorientowany populizm w celu zohydzenia podatku katastralnego.

Podatku nie będzie, ale straszak działa

Niepopularny i demonizowany przez media pomysł nie znajduje poparcia wśród polityków. We wstępnych założeniach strategicznego programu „Krajowa Polityka Miejska 2023” wskazywano na możliwość wprowadzenia „podatku od wartości nieruchomości ad walorem lub podatku zależnego pośrednio od wartości nieruchomości”. Już w 2012 roku, kiedy dopiero opracowywane były ramy KPM, ówczesny rząd wycofał się jednak z tej propozycji, odpowiadając na krytykę ze strony opozycyjnego Prawa i Sprawiedliwości. Sam PiS zdaniem dziennikarzy miał pracować nad podobnym projektem latem 2015 roku, a więc krótko przed przejęciem władzy. Zdecydowanie zaprzeczali jednak temu wtedy politycy tego ugrupowania. W tym Andrzej Adamczyk – przyszły minister infrastruktury i budownictwa w rządach Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego.

Podstawy do straszenia podatkiem katastralnym są więc miałkie. Rozwiązanie to nie tylko nie doprowadzi do przepowiadanej przez Jarosława Kaczyńskiego hekatomby, ale co więcej, raczej nikt się nie pokusi o jego wprowadzenie.

Politycy zdają sobie sprawę z niechęci wyborców do jakiegokolwiek podwyższania podatków. Nie chce tego ani partia rządząca, ani większość opozycji. PiS chętnie gra zatem na emocjach związanych z niechęcią do organizacji pozarządowych takich jak Fundacja Batorego.

Przyjdzie Soros i nas zje

Jest to w tym przypadku tym łatwiejsze, że wśród fundatorów Fundacji był George Soros. Amerykański miliarder węgiersko-żydowskiego pochodzenia nie jest wprawdzie w Polsce wrogiem publicznym nr 1, tak jak ma to miejsce w państwie Viktora Orbána. Także i u nas plasuje się jednak wysoko w hierarchii symbolicznych przeciwników obozu rządzącego, których pomysły łatwo atakować z pozycji nacjonalistycznego populizmu, który sam siebie chętnie obsadza w roli obrońcy polskiej ziemi.

Konkludując, podatek katastralny to dobry pomysł z punktu widzenia polityki publicznej, ale skazany na porażkę w warunkach permanentnej kampanii wyborczej. Tym samym doskonały temat do atakowania przeciwników politycznych i utopia, której prędko nie doświadczymy.

dr Łukasz Drozda – politolog i urbanista, adiunkt w Instytucie Profilaktyki Społecznej i Resocjalizacji UW. W lipcu ukaże się jego najnowsza książka pt. „Urbanistyka oddolna: koszmar partycypacji a wytwarzanie przestrzeni”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym