W wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” marszałek Senatu Stanisław Karczewski pouczył ambasador USA o tym, czym się powinna zajmować. „Nie jest rolą ambasadora bronić dziennikarzy. Nie jest rolą ambasadora bronić interesów korporacji”. Sprawdziliśmy: dyplomacja USA robiła i jedno, i drugie od dziesięcioleci

Wypowiedzi ambasador USA Georgette Mosbacher w obronie wolności słowa w Polsce podczas spotkania z polskimi parlamentarzystami (pisaliśmy o tym tutaj) wzbudziły furię w prawicowych mediach, podobnie jak list, który skierowała do premiera Morawieckiego broniąc TVN przed atakami ze strony polityków rządzącej partii. Omawialiśmy to w tekście „Miał być fort Trump, będzie fort TVN”.

Ambasador wypomniano, że jest „nowojorską celebrytką”, że miała czterech mężów i że jest to jej debiut w dyplomacji. Komentatorów na prawicy szczególnie zabolały literówki w liście ambasador – przestawione litery w nazwiskach premiera Mateusza Morawieckiego i ministra spraw wewnętrznych Joachima Brudzińskiego. Zostało to odebrane jako wyraz lekceważenia ze strony amerykańskiego sojusznika.

Do chóru głosów sprzeciwu ze strony rządzącej prawicy dołączył się marszałek Senatu Stanisław Karczewski. W wywiadzie udzielonym „Rzeczpospolitej” 28 listopada 2018, Karczewski tłumaczył, że ma dobre relacje z ambasador USA i usiłował załagodzić sprawę. Mówił:

„Pani ambasador głównie wyraziła troskę o wolność mediów i wolność słowa. W Polsce mamy i jedno, i drugie. Nasz kraj, podobnie jak USA, jest przywiązany do tych wartości. Nie są i nie będą one zagrożone, póki rządzi PiS”.

OKO.press dziękuje za tę deklarację marszałkowi Karczewskiemu! Dotąd bowiem z zapowiedzi polityków PiS wynikało raczej coś przeciwnego: wysocy rangą przedstawiciele partii rządzącej zapowiadali m.in. „dekoncentrację” i „repolonizację mediów”, nie ukrywając, że nie są zadowoleni z tego, co piszą i mówią o rządzących media będące własnością zagranicznych firm — zwłaszcza niemieckich, ale także należący do Amerykanów TVN. O planach PiS wobec mediów pisaliśmy wielokrotnie.

Amerykanie bronią swoich korporacji (czasem siłą)

Jesteśmy więc zadowoleni z przywiązania marszałka Karczewskiego do wolności słowa, chociaż mamy ograniczone zaufanie do jego deklaracji. Przy okazji jednak marszałek Senatu wypowiedział się, co – jego zdaniem – należy do obowiązków ambasadora.


Nie jest rolą ambasadora bronić dziennikarzy. Nie jest rolą ambasadora bronić interesów korporacji.

Stanisław Karczewski, "Rzeczpospolita" - 28/11/2018

25.07.2018 Warszawa . Senat . Marszalek Senatu Stanislaw Karczewski podczas prac nad prezydenckim projektem dotyczacym referendum konstytucyjnego , ktore mialoby sie odbyc w dniach 10 - 11 listopada 2018 roku , mimo obchodow setnej rocznicy odzyskania niepodleglosci przez Polske . Fot. Dawid Zuchowiczi / Agencja Gazeta


Fałsz. Jest dokładnie na odwrót!


Otóż sam Departament Stanu USA traktuje promowanie interesów amerykańskich firm jako jedno ze swoich podstawowych zadań. Biuro ds. Gospodarki i Biznesu („Bureau of Economic and Business Affairs”) podporządkowane Podsekretarzowi Stanu ds. Wzrostu Gospodarczego, Energii i Środowiska należy do głównych wydziałów Departamentu Stanu. Biuro pisze o swojej misji:

„Promujemy silną amerykańską gospodarkę zapewniając sprawiedliwe warunki działania dla amerykańskich firm prowadzących interesy na świecie i przyciągając zagranicznych inwestorów, którzy tworzą miejsca pracy w Ameryce. (…) Wszystko, co robimy, służy temu, aby USA pozostały najsilniejszą i najbardziej dynamiczną gospodarką świata”.

Dodajmy również, że dyplomacja amerykańska bardzo agresywnie pilnowała interesów firm z USA właściwie od początku swojego istnienia. W obronie swoich biznesmenów Amerykanie często też używali siły. Już w latach 1801-1805 marynarka wojenna Stanów Zjednoczonych zaatakowała cztery państwa w Północnej Afryce. Okręty tych państw przejmowały amerykańskie statki handlowe i porywały ich załogi oczekując okupu. Od drugiej połowy XIX w., kiedy USA stały się już światowym mocarstwem, interweniowały w obronie interesów amerykańskich firm wielokrotnie – głównie dyplomatycznie, ale także zbrojnie. Np. w 1953 r. USA współorganizowały zamach stanu w Persji, której rząd planował znacjonalizować brytyjską firmę naftową. Amerykanie obawiali się, że da to przykład do naśladowania innym krajom. W 1954 r. CIA pomogło obalić demokratyczny rząd w Gwatemali, w dużej mierze dzięki lobbingowi potężnego koncernu United Fruit Company, którego interesy były zagrożone.

Dziś jednym z głównych zadań dyplomacji amerykańskiej – o którym pisze Departament Stanu – jest pilnowanie ochrony „własności intelektualnej” amerykańskich firm, w tym zwłaszcza oprogramowania i opatentowanych farmaceutyków. 

Krótko: jest dokładnie na odwrót, niż twierdzi Karczewski. Rolą amerykańskiego ambasadora była — i jest — obrona interesów amerykańskich firm. Amerykanie bronią dziennikarzy

Amerykanie bronią dziennikarzy (choć hipokryzji im nie brakuje)

Marszałek Karczewski myli się również mówiąc, że rolą ambasadora USA nie jest obrona dziennikarzy. Departament Stanu pisze o swojej misji:

„Promowanie wolności i demokracji oraz ochrona praw człowieka na świecie zajmują centralne miejsce w amerykańskiej polityce zagranicznej. Wartości zawarte w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka i w innych globalnych i regionalnych traktatach są spójne z wartościami, na których zostały ufundowane Stany Zjednoczone stulecia temu”.

Departament Stanu publikuje też co roku szczegółowe raporty dotyczące przestrzegania praw człowieka na świecie. W raporcie za 2017 roku (opublikowanym w kwietniu 2018) w sekcji „szacunek dla wolności obywatelskich” szczególną uwagę poświęcono przejęciu przez władze mediów publicznych oraz karze nałożonej na TVN przez Krajową Radę Radiofonii i Telewizji.

Prawda, że same Stany Zjednoczone same są krytykowane często przez organizacje broniące praw człowieka. Siłą rzeczy także za hipokryzję – kiedy głoszą, że występują w ich obronie albo przymykają oczy na łamanie praw człowieka przez sojuszników. Mimo to nie ulega wątpliwości, że obrona dziennikarzy represjonowanych przez władze należy do zadań amerykańskiego ambasadora.

Prawica może więc krytykować Mosbacher, ale na jej miejscu inny ambasador amerykański robiłby zapewne dokładnie to samo.

 

Historyk i socjolog, profesor na Uniwersytecie SWPS, publicysta. Autor dwóch książek reporterskich o Afryce i kilku książek o historii. "Szkalował" Polskę m.in. w „the Guardian”, „Le Monde”, „El Pais”, „Suddeutsche Zeitung”. Ostatnio wydał książkę o polskiej samoocenie – „No dno po prostu jest Polska. Dlaczego Polacy tak bardzo nie lubią swojego kraju i innych Polaków” (WAB 2017).
W OKO.press pisze o polityce i historii.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym