Prawa autorskie: AFPAFP
28 października 2022

Karol. Człowiek, który nie był wyjątkiem. O odpowiedzialności Jana Pawła II za tuszowanie pedofilii

Pionierskie wobec polskiego Kościoła dziennikarskie śledztwo Marcina Gutowskiego ws. odpowiedzialności Jana Pawła II za przestępstwa seksualne duchownych odsłania obraz papieża jako człowieka Kościoła, uwikłanego w watykańską parantelę władzy

Były rektor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego ks. Andrzej Szostak, pytany przez Marcina Gutowskiego o swoją bliską relację z papieżem, odpowiada szeroką frazą: „Kiedy odwiedziłem go w Castel Gandolfo, Jan Paweł II poszedł do spowiedzi. Czyli, wbrew spiżowemu wizerunkowi, jaki wystawił mu Kościół powszechny i Kościół w Polsce, Karol Wojtyła popełniał grzechy. I błędy" – wyłuszcza swoją myśl ksiądz-filozof. „Ale czy także błędy pobłażliwości wobec seksualnych przestępców w sutannach, kosztem ich ofiar?" – dopytuje się dziennikarz. I idzie jeszcze dalej, bo docieka, czy Jan Paweł II nie miał z tego powodu wyrzutów sumienia. Ale tu kończą się możliwości dziennikarstwa śledczego. Bo źródło, ks. prof. Szostak, uczciwie przyznaje: „Nie wiem".

Mimo to książkowa i filmowo-dokumentalna wersja dziennikarskiego śledztwa jest precedensem. Przenika ono przez szczelne mury Kościoła i jego rzymskiej centrali.

Przez wieki strzegły ją wysokie mury papieża Leona. Później watykańskie tajemnice dla dobra Kościoła, przy okazji dla rodzaju ludzkiego, chroniła dyskrecja. W przypadku Watykanu o zwielokrotnionej sile. Co wynikało z kulturowo bliskiej kościelnej centrali politycznej kulturze włoskiej, zawierającej także elementy mafijnej omerty.

Co jeszcze bardziej istotne, strukturalna nieufność Watykanu wywodziła się z prokuratorskiej podejrzliwości wobec świeckiego państwa, odkąd dynastia sabaudzka zjednoczyła wszystkie kraje włoskie, pozbawiając papieża wielkiego terytorialnie Państwa Kościelnego (1870). Przez cały wiek XX dystans Kościoła katolickiego do zewnętrznego świata wzmacniały obawy przed ideologiami i prądami kulturowymi: liberalizmem, marksizmem, a w końcu sekularyzacją. Od Stolicy Apostolskiej po wiejską parafię urzędnicy Boga wszelkich szczebli czujnie stali na baczność, zewsząd węsząc niebezpieczeństwo.

Eklezjalna tożsamość wypalana kwasem solnym

Najdoskonalej ilustruje to tajna instrukcja watykańska „Crimen sollicitationis”. Od 1922 roku określała ona proceder wewnętrznego i utajnionego postępowania w przypadku oskarżenia księży o aktywność seksualną, co rozciągnięto na każdą formę przestępstwa na tle seksualnym.

To ta instrukcja umożliwiała przeniesienie po cichu seksualnego drapieżcy w sutannie do innej parafii, diecezji, innego państwa, a nawet na inny kontynent (najczęściej przepastny afrykański). Utajniony egzemplarz każdy biskup ordynariusz przechowywał w sejfie. Procesy również przebiegały w formie utajnionej, a ich uczestnicy, w tym ofiara, także dziecko, składali przysięgę zachowania tajemnicy pod karą ekskomuniki. Ujawnił ją ks. Thomas Doyle, za pontyfikatu Jana Pawła II ekspert od prawa w nuncjaturze w Waszyngtonie, gdy wybuchł skandal w diecezji bostońskiej. Za „zdradę” pozbawiono go wszelkich stanowisk kościelnych (2003).

„Instrukcja służyła wyłącznie ochronie sprawców przestępstw, unikaniu skandali, wyłączała perspektywę ofiary i utrudniała pracę państwowemu wymiarowi sprawiedliwości“ – punktował hipokryzję tajnego pisma Dole.

Odpowiedzialny za seksualny skandal w Bostonie kard. Bernard Law uniknął sprawiedliwości w USA, uciekł do Watykanu, gdzie Jan Paweł II obdarzył go zaszczytem zarządcy papieskiej bazyliki Santa Maria Maggiore. Papież widział w nim wiernego człowieka Kościoła, który w przeciwieństwie Dole’a nie zdradził swojej instytucji, tylko zadziałał zgodnie z papieską wolą i „Crimen sollicitationis”, zamiatając pod dywan pedofilię. Bo Jan Paweł II funkcjonował jako człowiek Kościoła.

Fetyszyzacja tej instytucji, roszczącej sobie prawo do wyłącznego depozytu spuścizny założyciela religii, przybrała groteskowe wymiary. Od struktury samej hierarchii (od papieża, przez kardynała, arcybiskupa, biskupa, wszelakie szczeble prałatów, kanoników po szarego plebana), po gradacje świątyń (od bazyliki większej, mniejszej, katedry, konkatedry, po kościół farny, parafialny, rektorat itp.), nie mówiąc już o przyozdabianiu się duchownych w tytuły, zawołania, herby, czy stroje. Wypalało to jak kwasem solnym wszystkim członkom tej struktury eklezjalną tożsamość. O czym rzecz jasna żydowski założyciel religii, przemierzający na bosaka w I wieku Palestynę w ogóle pojęcia nie miał.

Outsider z Krakowa wchłania kulturę kurii

Jan Paweł II wchłonął opary klerykalizmu, oddychał nimi – jak lwia część katolickich duchownych. Mechanizm ten jeden polskich katolickich felietonistów z PRL Stefan Kisielewski pointował następująco: „Z każdego psa wyhodowanego pod szafą musi wyrosnąć jamnik”. Owszem, zdarzały się wyjątki jak ks. Doyle. Karol Wojtyła wyjątkiem nie był. Dlatego można w ciemno założyć, że jako ordynariusz w Krakowie, do wyboru na głowę Kościoła (1978), w pełni stosował instrukcję „Crimen sollicitationis”. Na co może są jeszcze dokumenty w krakowskiej kurii, choć, jak wiadomo, w takich sprawach przezorni kurialiści sprawy załatwiali na gębę.

Owszem, konsultowana przez Gutowskiego Anna Ostrowska, która prywatnie poznała Karola Wojtyłę, ujawniła, że posiadał on kilka wcieleń: wrażliwego poety-filozofa, aktora teatralnego, starszego kolegi. Ale w ich rozmowach w Watykanie – to ona informowała go o skandalu seksualnym poznańskiego abp. Juliusza Paetza (2003) – rozpoznawała w nim człowieka instytucjonalnego Kościoła, który osobowościowo „otwarty”, w tej akurat materii „murował” dostęp do siebie. Tu do głosu dochodziła dominująca wśród kleru eklezjalna tożsamość.

Wejście na szczyt katolickiej hierarchii w przypadku Karola Wojtyły tylko ją spotęgowało, skoro w Watykanie rozstrzygano zagadnienia o najważniejszym, bo globalnym znaczeniu dla Kościoła. Wkroczenie outsidera z Krakowa, spoza kościelnej komando-centrali (rzymskiej kurii), przymusiło zarazem dotychczasowego kardynała do krakania obowiązującego w przysłowiowym stadzie wron. A w rzymskiej kurii karty rozdawała włoska parantela władzy. Dziś już wiadomo, że wieloma sieciami powiązana ze skorumpowaną chadecją premiera Giulio Andreottiego, mafią i antykomunistyczną lożą P2.

Watykańska „racja stanu” wymagała dalszego stosowania instrukcji „Crimen sollicitationis”. Aż do wpadki z Marcialem Macielem Degollado. Upublicznienie w USA przestępstw seksualnych religijnego psychopaty, hołubionego przez papieża, sprowokowało w końcówce pontyfikatu Jana Pawła II do wyłamania się z eklezjalnej lojalności i tak nieprzynależącego do klanu włoskich purpuratów niemieckiego kardynała Josepha Ratzingera. Przykład jego, a także kolejnego następcy, zmuszonych do zmierzenia się z kryzysem Kościoła powszechnego, ilustruje, co dzieje się z papieżem, który nie idzie na pasku rzymskiej kurii. Benedykt XVI abdykował, Franciszek przy próbach wcielenia połowicznych reform gryzie ścianę. I był już ofiarą próby usunięcia go z urzędu.

Jan Paweł II bezdyskusyjnie „rację stanu” rzymskiej kurii przyjął za swoją.

Ciąży na nim nie tylko odpowiedzialność za krycie pedofilii w Kościele, bo nawet wtórne staje się główne pytanie dziennikarskiego śledztwa: „co i ile wiedział”, skoro woluntarystycznie akceptował w pełni „Crimen sollicitationis”. Ale, zgodnie z regułą tajności watykańskich posunięć, jest też integralnie odpowiedzialny za niejasne związki rzymskiej kurii z półlegalnymi strukturami. Wierzchołkami tej sieci pozostają spektakularne, a niewyjaśnione incydenty: zamach na niego i trop prowadzący do Watykanu (1981), śmierć przez powieszenie na londyńskim moście bankiera katolickiego banku Ambrosiano Roberta Calviego (1982), uprowadzenie nastoletnich obywatelek Watykanu Emanueli Orlandi i Mirelli Gregori (1983) i podwójny mord na szwajcarskich gwardzistach (1998).

Mimo to śmierć Jana Pawła II (2005) skłoniła wierchuszkę Kościoła, w istocie najwyższych hierarchów, zawdzięczających mu kariery, do dalszego zdyskontowania pontyfikatu. Wprawdzie medialnie skoncentrowanego na swojej osobie, ale magnetyzującej tłumy, zwłaszcza młodzieży. Przyjęło to potem formę turbo-beatyfikacji i turbo-kanonizacji, pomimo głosów krytyki pochodzących z zewnątrz, a nawet z wewnątrz Kościoła. Także te niejasne procedury wyniesienia na ołtarze opisuje Marcin Gutowski. I tradycyjnie potyka się o kościelną kulturę (prze)milczenia.

Uciekający przed dziennikarzem na warszawskiej ulicy postulator procesu prałat Sławomir Oder z budzącą podziw śródziemnomorską opalenizną, niczym papierek lakmusowy ucieleśnia ucieczkę urzędowych funkcjonariuszy Kościoła przed odpowiedzialnością za krzywdę ofiar molestowania seksualnego. W istocie jednak staje on w obronie własnej, konstytuującej eklezjalnej tożsamości. De facto – w obronie sensu własnego życia. Stąd też egzystencjonalne milczenie kardynała Dziwisza, watykańskich kurialistów, w tym pociągającego za sznurki za pontyfikatu Jana Pawła II kardynała Giovanniego Battisty Re. Organiczne milczenie żywiące się ofiarami kościelnej pedofilii. I praktykowane wbrew woli założyciela religii, który mówił: „Przyszedłem bowiem na świat, aby dać świadectwo prawdzie”.

Marcin Gutowski, „Bielmo", Agora 2022

Marcin Gutowski, Bielmo. Cykl reportaży o pedofilii w Kościele katolickim, tvn24

Udostępnij:

Arkadiusz Andrzej Stempin

Historyk, politolog i watykanista, prof. w WSE KS. Tischnera w Krakowie i na Uniwersytecie we Freiburgu.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne