0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Lukasz Cynalewski / Agencja Wyborcza.plFot. Lukasz Cynalews...

Spójrzmy na kluczowe obietnice podatkowo-świadczeniowe nowego prezydenta:

  • PIT 0% dla rodzin z co najmniej dwójką dzieci,
  • podwyższenie drugiego progu podatkowego do 140 tys. zł rocznie,
  • likwidacja tzw. podatku Belki (również do kwoty 140 tys. zł rocznie),
  • wprowadzenie ulg prorodzinnych dla przedsiębiorców,
  • obniżenie podstawowej stawki VAT z 23% do 22%,
  • gwarancja waloryzacji emerytur – zawsze o minimum 150 zł i nie mniej niż wskaźnik inflacji.

Inicjatywę ustawodawczą z pierwszym z wymienionych projektów Nawrocki podpisał dziś, 8 sierpnia, w Kolbuszowej.

Wiele z tych propozycji wygląda na „zdroworozsądkowe”. Można by pomyśleć, że obniżka podatków dla rodzin z dziećmi faktycznie może promować dzietność. Podobnie mają z pewnością działać ulgi prorodzinne dla przedsiębiorców.

Ale gdy przyjrzeć się im bliżej, okazuje się, że nie ma tutaj spójnej wizji, a pod prorodzinnymi propozycjami kryją się w dużej mierze propozycje dla najbogatszych.

Spójrzmy więc na nie z perspektywy.

Waloryzacja emerytur

Jeśli chodzi o waloryzację emerytur – emeryci już dziś są w stosunkowo korzystnej sytuacji wobec innych świadczeniobiorców. Ich świadczenia co roku waloryzowane są o wskaźnik bardzo blisko związany z inflacją. Waloryzację oblicza się bowiem, dodając do wskaźnika inflacji co najmniej 20 proc. realnego wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej (jeśli wzrost ten wyniósłby 5 proc., do wskaźnika należałoby doliczyć przynajmniej 1 punkt procentowy – 20 proc. z 5 proc.).

To jednak oznacza, że jeśli inflacja jest stosunkowo niska, taka też będzie waloryzacja. To oznacza z kolei, że dla osób z najniższymi świadczeniami kwota waloryzacji może być bardzo niska i wynieść kilkanaście-kilkadziesiąt złotych. A specyfiką polskiego systemu jest to, że emeryturę wypłaca się nawet po jednej odprowadzonej składce — mamy więc dużo dosłownie groszowych emerytur (w skrajnych przypadkach obsługa tych świadczeń bywa droższa niż samo świadczenie).

Prezydent chce, by takim osobom pomóc i zagwarantować wszystkim przynajmniej 150 zł. Jeśli potraktować jego obietnicę dosłownie, jest to pozbawione sensu i potencjalnie bardzo kosztowne rozwiązanie. Za dodatkowe podwyżki zapłacić będzie musiał Fundusz Ubezpieczeń Społecznych, co z pewnością skończy się dużymi dopłatami z budżetu państwa. Znamy jednak mało szczegółów, a na głębszą ocenę warto poczekać, gdy zobaczymy ustawę.

Obniżka VAT

Prezydent chce za to obniżki VAT do 22 proc. To stosunkowo mało kontrowersyjna propozycja. Ona również zmniejsza dochody budżetu państwowego, ale obniżka jest niewielka. Obniżka ta to też niespełniona obietnica wielu kolejnych rządów. VAT z 22 proc. do 23 proc. podniósł w 2011 roku rząd Donalda Tuska i miała to być podwyżka tymczasowa, na czas stagnacji ekonomicznej, by podnieść dochody budżetu państwowego. 22 proc. miało wrócić w styczniu 2014 roku. Tymczasowość trwa już jednak 14 lat. Zmianę tę obiecywała również Beata Szydło w kampanii wyborczej w lipcu 2015 roku. A jednak przez osiem lat rząd PiS tego nie zrobił.

Faktem jest jednak, że byłoby to zmniejszenie dochodów państwa o kilkanaście miliardów złotych – przy wysokim deficycie budżetowym spowodowanym m.in. wzrostem wydatków na armię trudno sobie wyobrazić odpowiedzialną władzę, która godzi się na coś takiego.

Co z progiem?

To stosunkowo najmniej problematyczna propozycja, bo podwyższenie granicy drugiego progu podatkowego może być w końcu konieczne – próg jest statyczny, a my wciąż się bogacimy, więc wpada w niego coraz więcej osób. W 2024 r. liczba osób, które weszły w drugi próg podatkowy, wzrosła do niemal 2 mln – to prawie 8 proc. wszystkich podatników rozliczających się według skali podatkowej.

Karol Nawrocki proponuje proste, jednorazowe podniesienie progu o 20 tys. zł, ze 120 tys. zł do 140 tys. zł. W tej formie da to korzyści tym, którzy zarabiają w tym przedziale. To osoby z pensją 10-11,6 tys. zł brutto miesięcznie. Znów jednak wraca kwestia obecnego stanu finansów publicznych oraz redystrybucji: czy to na pewno dobry moment na zmianę podatkową, na której skorzystają osoby stosunkowo zamożne?

Dodatkowo nasza skala podatkowa jest wyjątkowo płaska. Mamy dwa progi – 12 i 32 proc., a w drugi próg wciaż mimo wszystko wpada stosunkowo niewiele osób. Ale o szerszej, bardziej progresywnej skali podatkowej nie dyskutuje nikt. Bo podatków w Polsce podnosić nie wolno.

Przeczytaj także:

Podatki tylko obniżamy

Tę populistyczną licytację obserwujemy w Polsce od dawna. Dużo mówimy o konieczności realizacji wielkich inwestycji: Centralnego Portu Komunikacyjnego, rozwoju kolei, modernizacji istniejącej infrastruktury. Ale o zmianach w podatkach – które są ważnym źródłem dochodu państwa – mówić nie wolno.

To też część programu Karola Nawrockiego. W sekcji „podatkowy kontrakt” czytamy: „Nie podpiszę ustaw podnoszących podatki dla Polaków!”.

Ostatni raport OECD na temat Polski daje rekomendacje, jak zwiększyć dochody podatkowe:

„Więcej dochodów można uzyskać, zmieniając podstawę rocznego podatku od nieruchomości z powierzchni na wartość mieszkania, jak to ma miejsce w większości krajów OECD. Opracowanie kompleksowego opodatkowania pojazdów opartego na emisjach, podwyższenie ceł na paliwa, zmniejszenie liczby pozycji z preferencyjnymi stawkami podatku VAT oraz podwyższenie podatków środowiskowych przyniosłoby bardzo potrzebne dochody”.

Tych rekomendacji – jeśli uznać je za sensowne – nie można będzie jednak wprowadzić, jeśli prezydent zamierza trzymać się swojego programu. Bo przecież każda z nich podnosi podatki dla Polaków.

Jeśli prezydent na serio traktuje to zobowiązanie, to przez najbliższe pięć lub dziesięć lat nie zobaczymy żadnych podwyżek podatków i zostaniemy ze stawkami 12 i 32 proc., bez szans na ewentualną reformę podatkową.

19 mld zł

Wiosną think tank ekonomiczny CenEA opublikował komentarz do programu podatkowego Karola Nawrockiego. Został on potem dodatkowo uzupełniony załącznikiem, w którym autorzy omawiają wpływ propozycji na dochody rodzin. Analiza ta skupiała się na trzech punktach z tych wymienionych wyżej: podwyższeniu progu podatkowego, zerowym PIT dla rodzin z co najmniej dwójką dzieci i ulgach prorodzinnych dla przedsiębiorców.

W podsumowaniu komentarza możemy przeczytać:

„Program podatkowy Karola Nawrockiego jest wyraźnie skierowany do osób najbogatszych: przeciętne korzyści gospodarstw należących do najbogatszych 10 proc. populacji to ok. 580 zł miesięcznie, podczas gdy najbiedniejsze 10 proc. właściwie nie odczułoby tych zmian w swoich portfelach”.

Koszt tych propozycji według CenEA to 19 mld zł. Prezydent Nawrocki chciałby więc transferu miliardów złotych przede wszystkim do dobrze zarabiających rodzin. A mówimy tu tylko o zmianach w podatku dochodowym.

Prezent dla zamożnych

Już dziś w systemie podatkowym mamy liczne ulgi na dzieci i np. kwotę wolną od podatku w wysokości 30 tys. zł. Sprawiają one, że rodziny z kilkorgiem dzieci i stosunkowo niskimi dochodami właściwie już dziś nie płacą PIT.

Jeśli obowiązek płacenia podatku PIT zdejmiemy ze wszystkich rodzin z dwójką lub więcej dzieci bez ewentualnego progu dochodowego, najniżej zarabiający nie zyskają nic, bo i tak już tego podatku nie płacą. Świetnie zarabiające rodziny dostaną natomiast kolejną ulgę.

Spójrzmy na przykłady, jakie podsuwa nam analiza CenEA.

Małżeństwo z dwójką lub trójką dzieci, jednym rodzicem bez pracy a drugim z zarobkami bliskimi płacy minimalnej w ogóle nie odczuje zmian, jakich chce Karol Nawrocki. Gdyby jednak pracujący rodzic miał bardzo wysoką pensję – 20 tys. zł miesięcznie – to dochód takiej rodziny zwiększy się wówczas o 1208 zł.

Drugi przykład. Dwójka rodziców z płacą minimalną i dwójką lub trójką dzieci zyskuje 314 zł. Ale jeśli to dwójka bardzo dobrze zarabiających rodziców, zysk wynosi 5220 zł. Małżeństwo z płacą minimalną zyskuje nieco ponad 3 proc., zamożne małżeństwo – 13 proc.

Zrealizuje?

To pokazuje, że propozycje Karola Nawrockiego nie są przemyślaną, spójną reformą. To przede wszystkim populistyczne hasła, które mają sprawić wrażenie prospołecznych, prorodzinnych i korzystnych dla wszystkich. Ich konsekwencje są jednak zupełnie inne. A koszt wysoki. Analiza kilku propozycji autorstwa CenEA mówiła o ubytku 19 mld zł w budżecie. To jednak nie wszystkie propozycje – jak policzyła „Rzeczpospolita”, gdy dodać do tego zniesienie podatku Belki i wszystkie inne pomysły, łączne koszty realizacji propozycji nowego prezydenta mogą sięgać od 54 mld zł do nawet 125 mld zł.

Jako prezydent Nawrocki nie może rzecz jasna sam wprowadzić swoich obietnic w życie — to wyborcza ściema obecna zresztą w kampanii prawie wszystkich kandydatów na ten urząd. Może jednak podpisywać kolejne inicjatywy ustawodawcze i naciskać na rząd, przedstawiając się jako podatkowy obrońca ludu. A że w rzeczywistości broni interesów głównie bogatszej części społeczeństwa — to już pozostanie wiedzą dla wtajemniczonych.

;
Na zdjęciu Jakub Szymczak
Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press od 2018 roku. Publikował też m.in. w Res Publice Nowej, Miesięczniku ZNAK i magazynie „Kontakt”. Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu, arabistyki na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i historii na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Autor reportażu historycznego "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022) o powojennych rozliczeniach wewnątrz polskiej społeczności żydowskiej. W OKO.press pisze głównie o gospodarce i polityce międzynarodowej oraz Bliskim Wschodzie.

Komentarze