"Niech z tego bólu płynie moc" - mówił Duda na obchodach rocznicy katastrofy smoleńskiej. Kaczyński już nie "zbliżał się do prawdy". PiS odchodzi od histerii zamachu, szuka nowych interpretacji. Takie są skutki podwójnej klęski: podkomisji smoleńskiej w szukaniu bomby i dyplomacji - w odzyskaniu wraku. Ośmieszony Macierewicz znika ze smoleńskiej sceny

„Zbliżamy się do prawdy” – te słowa szef PiS Jarosław Kaczyński wypowiadał przy okazji kolejnych rocznic i miesięcznic 10 kwietnia 2010 roku wielokrotnie. Nie wypowiedział ich 10 kwietnia 2019 na oficjalnych obchodach 9. rocznicy katastrofy smoleńskiej. Podczas przemówienia pod Pałacem Prezydenckim, tuż po marszu pamięci, nie mówił już, że ofiary wypadku „poległy”, ale że – po prostu – „zginęły”.

Od znanej od lat retoryki wolne było również przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy. Głowa państwa wiele mówiła o stracie, jaką przyniosła katastrofa, uderzyła w osobiste tony, wzdychała i robiła retoryczne pauzy, ale nie wskazywała na żadne „zamachowe” insynuacje.

A kamera TVP, która lustrowała otoczenie Jarosława Kaczyńskiego, gdy ten słuchał słów prezydenta, nie zarejestrowała Antoniego Macierewicza. Pod jego adresem ze sceny nie padły też żadne słowa podziękowania.

Z obydwu wystąpień wyłania się zupełnie inna narracja, która w smoleńskiej tragedii upatruje raczej źródła siły niż niegojącej się rany. PiS żegna się z histerią o zamachu, próbując ją zastąpić inną opowieścią.

Źródeł tego zwrotu należy upatrywać w dwóch klęskach PiS:

  • klęsce podkomisji smoleńskiej Antoniego Macierewicza, która miała udowodnić tezę o zamachu, ale jej odkrycia, ustalenia i eksperymenty nie przekonały nawet działaczy PiS;
  • niemożności odzyskania wraku prezydenckiego Tupolewa z rąk rosyjskich.


Kaczyński: „Musimy pamiętać, ale także myśleć o przyszłości”

„Wyprawa do Smoleńska, Katynia, nie była zwykłym wyjazdem. Była pełnieniem pewnej misji. Misji, która obejmowała sprawy dużo szersze niż tylko wspomnienie o tych, którzy zostali wtedy 70 lat temu wymordowani” – mówił Kaczyński.

„Tu chodziło o to, żeby Polska odzyskiwała to, co jest niezwykle istotne i co nam zabierano nie tylko w czasie II wojny światowej, ale także i później. Odzyskała prawo do prawdy”.

Przy czym – przynajmniej nie powiedział wprost – nie chodzi tu o prawo do prawdy o tym, co „naprawdę” stało się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku. Teza była ogólnikowa: „prawo do prawdy jest także prawem do godności”: „Poczucia, że nasz naród wypełniał w różnych trudnych chwilach swoje zobowiązania, bardzo często ogromnym kosztem. Nie oczekując zapłaty i jej nie otrzymując. Ta prawda ciągle jest przez bardzo wielu kwestionowana”.

Dalej podkreślał, że „status wielkiego europejskiego narodu […] nam się należy” i jeśli chcemy go odzyskać, to „musimy o tę prawdę walczyć”.

„Nie pozwalamy, aby ci, którzy się jej przeciwstawiają, odnieśli sukces, poddali amnezji pamięć narodu, jak wygląda polska historia” – dodał i tu był najbliżej starej narracji o zdradzie, która doprowadziła do smoleńskiego zamachu, za co trzeba rozliczyć winnych, na czele z Donaldem Tuskiem.

Najbliżej, ale daleko.

Podkreślił jednak, że ta „droga prawdy” „obejmuje nie tylko kwestie pamięci”, ale „wszystko, co składa się na siłę naszego narodu, państwa”. A tę siłę trzeba budować, a nawet odbudowywać, by mieć „nie tylko argumenty moralne, ale i materialne”.

Zakończył wezwaniem: „Pamiętajcie o tej tragedii. Pamiętajcie o tych, którzy zginęli”. Po co pamiętać? Już nie po to, by wyjaśnić prawdę, rozliczyć winnych. Uładzony mit ma wpisać się w narodową narrację w służbie politycznych celów PiS: „Musimy pamiętać, ale także myśleć o przyszłości. Decyzjach, które będą być może rozstrzygające dla losów naszego narodu. Polacy muszą zwyciężyć!”.

Duda: „Ręka nie odrośnie, ale z tego bólu płynie moc”

„Tamten lot do Smoleńska to nie był sentymentalnym wyjazdem na grób polskich oficerów. To było kolejne silne przesłanie pokazujące, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Jaka jest nasza historia i jakiej ojczyzny chcemy” – mówił po Kaczyńskim prezydent Andrzej Duda. „Kiedy dzisiaj, po 9 latach, patrzymy na nas i na Rzeczpospolitą, to powiedzmy otwarcie, jesteśmy jak człowiek, który utracił rękę. Ona nie odrośnie, tak samo jak nic ICH nie zastąpi”.

Kontynuował żale z makabryczną metaforą utraconej ręki: „Straciliśmy to, co bez wątpienia najlepsze. Jednak nam nie łzy, nie załamanie rąk. Kiedy człowiek straci rękę, ma dwa wyjścia – albo się podda, załamie i nic już w życiu nie osiągnie, albo powie sobie, potrzebuję tyle siły i determinacji i drugą ręką nauczę się robić to, co wcześniej robiłem dwoma. Będzie mi trudniej, ale dam radę”.

Zaś obowiązkiem, który zostawił prezydent Lech Kaczyński i inni jest „obowiązek prowadzenia polskich spraw”. Puenta pełnej egzaltacji mowy była taka jak u Kaczyńskiego: nieszczęście (ale już nie zamach) ma stać się źródłem siły.

„Niech z tego bólu płynie moc, imperatyw, aby to realizować. Doprowadzić do takiej Polski, o jakiej oni marzyli, o jakiej marzył nasz prezydent. To najważniejsze, bo to jest nasz wielki obowiązek i jestem przekonany pragnienie większości naszego społeczeństwa”.



Gruba „smoleńska kreska”, czyli czego zabrakło

Obydwa wystąpienia – i Kaczyńskiego, i Dudy – mają ze sobą wiele wspólnego:

  1. odchodzą od mówienia o katastrofie jako czymś, co domaga się wyjaśnienia;
  2. próbują – pomimo podkreślanego bólu – przekuć doświadczenie smoleńskiej traumy na coś pozytywnego; dla Kaczyńskiego to walka o „należący się” Polakom „status wielkiego narodu”, dla Dudy – „doprowadzenie do takiej Polski, […] o jakiej marzył nasz prezydent”;
  3. doświadczenie katastrofy smoleńskiej powinno być czymś narodotwórczym, co czyni z Polaków wspólnotę i nadaje jej wspólny cel;

Kaczyński i Duda zakreślili „grubą smoleńską kreskę”, odeszli od spiskowych konfabulacji.

Niewątpliwie wpływ na to miało fiasko „dociekań” podkomisji smoleńskiej. Ta od trzech lat bezskutecznie próbuje przedstawić choćby ślad dowodu, że katastrofa prezydenckiego Tupolewa nie była po prostu lotniczym wypadkiem, lecz wynikiem zamachu.

Jeszcze kilka dni przed obchodami Antoni Macierewicz zapewniał, że teraz to mają już pewny dowód na wybuch, bo brytyjskie laboratorium odnalazło ślady materiałów wybuchowych na szczątkach samolotu, ale nikt – może poza nim samym, jego „ekspertami” i najtwardszymi smoleńskimi „ultrasami” – nie wziął już tego na serio. A sam były szef MON wypadł chyba z łask Kaczyńskiego.

Drugim istotnym czynnikiem mogło być też ostateczne fiasko starań odzyskania od Rosji wraku. Od 2016 roku dyplomacja PiS zabiegała za granicą – również w USA – o pomoc w tej sprawie, ale bezskutecznie.


Dziennikarz i publicysta. W OKO.press pisze o ochronie przyrody, łowiectwie, prawach zwierząt, smogu i klimacie oraz dokonaniach komisji smoleńskiej. Stały współpracownik miesięcznika „Dzikie Życie”.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym