0:00
Prawa autorskie: Jakub Wlodek / Agencja GazetaJakub Wlodek / Agenc...
09 lipca 2020

Kierowca seicento winny wypadku premier Szydło. Obrońca: winni są BOR-owcy [WYWIAD]

Sąd uznał, że Sebastian Kościelnik jest winny nieumyślnego spowodowania wypadku z udziałem premier Szydło. Umorzył jednak postępowanie i zawiadomił prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez BOR-owców. “To oni spowodowali wypadek” - mówi OKO.press obrońca Sebastiana

Wydrukuj

Sąd Rejonowy w Oświęcimiu orzekł dziś, że Sebastian Kościelnik kierowca seicento, był winny nieumyślnego spowodowania wypadku samochodu BOR.

Sąd warunkowo umorzył postępowanie i nakazał Kościelnikowi zapłacić tysiąc złotych nawiązki byłej premier Beacie Szydło i wiozącemu ją kierowcy. Zwolnił go jednak z opłacenia kosztów procesu, które mogły wynosić ok. 200 tys. zł.

Wypadek miał miejsce 10 lutego 2017 roku około godziny 18:30 w Oświęcimiu u zbiegu ulic Powstańców Śląskich i Orzeszkowej. Złożona z trzech samochodów kolumna rządowa, w której jechało auto wiozące Beatę Szydło, wyprzedzała fiata seicento. Kiedy pierwszy rządowy samochód minął seicento, fiat skręcił w lewo w ulicę podporządkowaną (Orzeszkową).

Wtedy doszło do wypadku: limuzyna, w której jechała premier Szydło, odbiła w lewo, by uniknąć bezpośredniego zderzenia z seicento. Otarła się o nie i uderzyła w drzewo stojące przy drodze. Obrażeń doznali premier, jej kierowca i szef ochrony.

Tyle wiadomo na pewno. Wokół śledztwa narosło jednak wiele wątpliwości. O nieprawidłowościach w pracy prokuratury rozmawiamy z mec. Władysławem Pociejem, obrońcą Sebastiana Kościelnika.

Daniel Flis, OKO.press: Sąd orzekł, że Sebastian Kościelnik w 2017 roku nieumyślnie spowodował wypadek z udziałem samochodu premier Beaty Szydło, ale warunkowo umorzył postępowanie na rok próby. Jesteście państwo przynajmniej częściowo usatysfakcjonowani?

Mec. Władysław Pociej: Istota orzeczenia polega na tym, że Sebastian nie jest skazany, a wyłącznie uznany za winnego zdarzenia. Nie ponosi żadnej kary, ale to nie jest satysfakcjonujący go wyrok. Zostanie on zaskarżony apelacją do Sądu Okręgowego w Krakowie. Sukcesem jest za to stwierdzenie sądu zawarte w ustnym uzasadnieniu, że samochody rządowe nie były pojazdami uprzywilejowanymi. O to walczyliśmy cały czas. Jeśli więc kierowcy Biura Ochrony Rządu nie byli uprzywilejowani, to oni spowodowali wypadek, nie Sebastian. To oni byli tam, gdzie nie powinni być.

Dlaczego więc sąd stwierdził, że pan Sebastian jest winny?

Nie wiem. Mam nadzieję, że dowiem się tego z uzasadnienia pisemnego.

Sąd stwierdził też, że kierowcy kolumny byli współwinni wypadkowi?

Nie odnosił się do winy czy braku winy kierowców BOR-u. Natomiast postanowił w związku ze swoimi ustaleniami zawiadomić Prokuraturę Rejonową w Oświęcimiu o możliwości popełnienia przestępstwa przez innych uczestników tamtego zdarzenia. Powiedział o tym dzisiaj w ustnym uzasadnieniu wyroku. Czyli uznał, że kierowcy rządowi również mogli popełnić przestępstwo.

Jakie to przestępstwo?

To samo, o które został oskarżony mój klient. Art. 177 par.1 kodeksu karnego: spowodowanie wypadku przy nieumyślnym naruszeniu zasad bezpieczeństwa w ruchu lądowym.

Co skłoniło sąd do zawiadomienia prokuratury?

Sąd uznał, że pojazdy rządowe nie były pojazdami uprzywilejowanymi. A jeżeli tak, to kierowcy lub kierowca jednego z pojazdów kolumny premier Beaty Szydło może również ponosić odpowiedzialność za wypadek drogowy.

Żeby być pojazdami uprzywilejowanymi, samochody rządowe musiałyby mieć włączone sygnały dźwiękowe. BOR-owcy twierdzili, że miały.

Nie wypowiadam się o treści zeznań funkcjonariuszy BOR, gdyż zeznania te objęte są klauzulą niejawności. Sąd stwierdził dzisiaj, że ze zgromadzonych w sprawie dowodów wynika, że ich (tych sygnałów dźwiękowych) nie było. Poza tym ważne jest, jakie sygnały świetlne miał włączony pierwszy samochód. Czy tylko niebieskie, czy niebieskie i czerwone. Od tego zależy status pojazdów, możliwość korzystania z przywileju łamania przepisów drogowych.

Co sąd ustalił?

Ustalił, że pojazdy rządowe nie były uprzywilejowane, natomiast miały włączone światła czerwone i niebieskie, czemu stanowczo się sprzeciwiam. Twierdzę, że pierwszy pojazd miał włączone tylko światła niebieskie, a to znaczy, że nie mógł być postrzegany jako pojazd rozpoczynający kolumnę. Ten bowiem powinien mieć włączone sygnały zarówno niebieskie jak i czerwone - jednocześnie. Są w materiale dowodowym nagrania z monitoringów - podkreślam: w kolorze - na których widać, że pierwszy pojazd nie ma włączonego światła czerwonego.

Sąd nie uznał tych dowodów?

Nie odniósł się do nich w ustnych motywach wyroku. Uznał tylko, że prawidłowe sygnały - czerwone i niebieskie - były włączone. Czekamy na pisemne uzasadnienie wyroku, o którego sporządzenie i doręczenie składamy jednocześnie wniosek.

Czy skoro Sebastian Kościelnik został uznany winnym wypadku, będzie musiał ponieść koszty procesu i rozbitej limuzyny? To ponad 5 mln zł.

Zgodnie z wyrokiem Sebastian został zwolniony w całości od ponoszenia kosztów tego postępowania. O wypłatę odszkodowania za rozbitą limuzynę Służba Ochrony Państwa może zwracać się do ubezpieczyciela Sebastiana. Ale może to zrobić dopiero po uprawomocnieniu wyroku, a to przecież jeszcze trochę potrwa. A jeśli kierowcy limuzyn zostaliby uznani za współwinnych zdarzenia, ubezpieczyciel Sebastiana ma prawo ograniczać wypłatę odszkodowania. Ale to już nie jest nasz problem.

W 2017 roku "Rzeczpospolita" donosiła, że według nieoficjalnych ustaleń audi premier Szydło poruszało się z prędkością 90 kilometrów na godzinę. Śledztwo to potwierdziło?

Nie. Eksperci z podległego ministrowi sprawiedliwości Instytutu Ekspertyz Sądowych im. Jana Sehna w Krakowie nie potwierdzili takiej prędkości. Wręcz przeciwnie. Ustalili, że prędkość zderzeniowa audi z lipą wynosiła 40-43 kilometry na godzinę. Co wydaje się, biorąc pod uwagę uszkodzenia samochodu rządowego i zakres obrażeń jego pasażerów, twierdzeniem budzącym poważne wątpliwości. Przy prędkości 40 km/godz. można doznać jedynie niegroźnych obrażeń, natomiast tu doszło do powstania u dwóch osób obrażeń bardzo poważnych w postaci połamania żeber, mostka, stłuczenia mięśnia sercowego, stłuczenia miąższu płuc, złamania kości długich.

Jak oszacowano tę prędkość, skoro - jak przyznawał wtedy Jarosław Zieliński, wiceminister spraw wewnętrznych - rejestratory w rządowych limuzynach niczego nie zapisały?

Rejestratory z pokładu audi utrwalały tylko przyśpieszenia oraz włączanie różnych urządzeń, nie rejestrowały ani prędkości pojazdu, ani przebytej przez ten pojazd drogi – te funkcje były bowiem wyłączone, mimo że istnieją do zastosowania w tych rejestratorach. Wyliczenie prędkości, dokonane przez biegłych, w mojej ocenie nie bazuje na danych z rejestratorów audi.

Powstały inne ekspertyzy?

Nie, to olbrzymie koszty. My nie mieliśmy takich możliwości.

W trakcie śledztwa media, w tym OKO.press, alarmowały, że prokuratura zachowuje się stronniczo.

Stronniczość to bardzo ostre określenie. Skłaniałbym się do stwierdzenia, iż w postępowaniu tym doszło do łamania przepisów procedury. Miało miejsce bowiem kilka zdarzeń, które muszą budzić zdecydowany sprzeciw obrońcy. Na przykład bezpowrotna utrata materiału dowodowego przez uszkodzenie (zniszczenie) płyt CD to raz.

Poza tym niedopuszczenie mnie do czynności przesłuchania pani Beaty Szydło. Złożyłem pisemny wniosek o dopuszczenie mnie do udziału również i w tej czynności. Zawiadomiono mnie pisemnie o terminie przesłuchania, po stawieniu się w wyznaczonym czasie i miejscu polecono mi czekać na korytarzu 27 minut, po czym poinformowano, że nie zostanę dopuszczony do udziału w tej czynności przesłuchania, a zatem mogę łaskawie pójść sobie do domu.

To nie powinno mieć miejsca w postępowaniu karnym. Tym bardziej że nie rozmawiamy o zamachu stanu i dokumentach tajnych specjalnego znaczenia, tylko o zwykłym wypadku komunikacyjnym. Podkreślam, że udział obrońcy w postępowaniu karnym to nie fanaberia podejrzanego tylko przewidziana prawem możliwość. Niestety, decyzja prokuratora, zaznaczam - spoza zespołu prowadzącego wówczas to postępowanie - zniweczyła to moje oczywiste uprawnienie zagwarantowane mi w kodeksie postępowania karnego. Motywów tej odmowy nie znam, mogę się tylko domyślać…

Prokuratura twierdziła, że na zniszczonych nagraniach z monitoringu niczego rozstrzygającego nie było. Pan je widział?

Nie zapoznałem się z nimi, zostały one zniszczone w początkowej fazie postępowania. Pan na pewno miał wiele razy w rękach płytę CD. Czy widział pan kiedyś płytę pękniętą od środka na długości 1,5-2 cm?

Nie widziałem.

A w tym przypadku tak właśnie było. Płyta pękła akurat w tym miejscu, w którym zaczyna się zapis danych, jaki pech, prawda? Być może na tej płycie rzeczywiście nie było niczego istotnego. A być może był tam zarejestrowany przejazd samochodu kluczowego świadka, który zatrzymał się bezpośrednio za naszym klientem tuż przed wypadkiem. Musiał zatem widzieć wszystko.

Tego już się nie dowiemy.

Nie dowiemy się tego, gdyż świadka tego niestety nie udało się ustalić aż do dnia dzisiejszego. Nie dowiemy się też innych rzeczy. Zanim płyn chłodniczy wystygł, na miejsce zdarzenia przyjechała prokurator okręgowa razem ze swoim mężem, biegłym sądowym. Od razu zabrał się do kontrolowania rejestratorów rozbitej limuzyny, przynajmniej tak przedstawiała to później prokuratura. A przecież z powodu pozostawania w związku małżeńskim z prokuratorem prowadzącym czynności na miejscu zdarzenia, podlega on wyłączeniu od wszelkich czynności w tym postępowaniu. Został wyłączony z postępowania dopiero, gdy sprawa została nagłośniona.

On też jest biegłym z krakowskiego Instytutu Ekspertyz Sądowych. Tego samego instytutu, z którego biegli wydali opinię o prędkości rozbitego audi. Po co ten biegły tam pojechał? Czy nie można było poczekać na oficjalne badanie z udziałem również obrońcy? Skąd ten pośpiech?

Żeby było jasne, nie chcę pomawiać kogokolwiek o jakieś niedozwolone działania. Jest jednak moim obowiązkiem obrończym podnieść taką okoliczność, która musi budzić nie tylko moje wątpliwości. Pani Szydło zapewniała Sebastiana w swoim prywatnym do niego liście (upublicznionym przez KPRM trzy minuty po jego doręczeniu adresatowi), że postępowanie będzie transparentne. Nie było!

Udostępnij:

Daniel Flis

Dziennikarz śledczy. W OKO.press od 2016 r., wcześniej pisał dla „Gazety Wyborczej”. Absolwent filozofii na UW i Polskiej Szkoły Reportażu, stypendysta OCCRP. Był nominowany do nagród dziennikarskich.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne