W dyscyplinie „satyra polityczna” „Ucho Prezesa” nie ma dziś konkurencji. Dlaczego nas tak śmieszy? „Oko” ma hipotezę: wbrew pozorom nie tylko dlatego, że obśmiewa Kaczyńskiego i jego partię. „Ucho” mogłoby się dziać w prywatnej firmie, publicznej instytucji czy międzynarodowej korporacji

Internetowy serial „Ucho Prezesa” w ciągu kilku tygodni odtworzono łącznie ponad 20 mln razy. W dobie spadającej oglądalności telewizji naziemnej zakupem programu zainteresowani są najwięksi gracze branży portalowej.

Serial budzi sprzeczne emocje. Roberta Górskiego (autora i odtwórcę roli Prezesa) krytykowano m. in. za to, że „śmieszy tych, których nie powinien”, „niechcący” ociepla wizerunek Kaczyńskiego, a także, że wizerunek PiS-u z serialu jest „antykaczystowską propagandą”. Niepokój przeciwników Jarosława Kaczyńskiego może budzić fakt, że najwyraźniej pierwowzory bohaterów wypowiadają się o nim pozytywnie.

W ostatnich latach satyry politycznej w Polsce w zasadzie nie było. Im bardziej poglądy Polek i Polaków są spolaryzowane, tym mniej się opłaca producentom „alienacja” z powodów politycznych dużej części swoich fanów i fanek.

„Ucho Prezesa” w dyscyplinie „satyra polityczna” nie ma zatem konkurencji.

Ciężko bowiem za konkurencję uznać żenująco nieudany program „Studio Yayo”, którego jedyny sukces to szybkie osiągnięcie statusu ikony kiczu (a przy okazji odświeżenie kariery Szymona Majewskiego). Twórcy programu, Makowski i Dłużewski, najwyraźniej rozczarowali nawet Jacka Kurskiego: z początkiem roku program zniknął z anteny telewizji publicznej.

Uwaga! Tłumaczymy żarty. Co nas śmieszy w „Uchu Prezesa”

Nic nie zabija żartu tak skutecznie, jak próba jego analizy. Trochę jednak poanalizujemy.

Źródłem powodzenia „Ucha prezesa” jest struktura serialu.

„Ucho” to komedia dworska we współczesnym wariancie biurowym.

Pan szef – Król – Prezes – zbudował wokół siebie system władzy oparty na totalnym podporządkowaniu. Humor serialu ufundowany jest na napięciu między służalczymi „dworzanami” walczącymi o osobiste cele a srogim carem, który o wszystkim decyduje.

Tu należy docenić talent aktorski Górskiego, który sportretował Prezesa jako postać w gruncie rzeczy pozytywną i dającą się lubić (taka jest m. in. funkcja żartów o kotach). To podlegli Prezesowi dworzanie są obśmiewani najmocniej – za służalczość, przyziemne motywacje czy dwulicowość.

Prezes telewizji: „To co? Dalej będę prezesem?”.
Prezes: „A bądź sobie”.

Prezes: Jak pan ocenia prezesa telewizji?
Prezes zarządu: A co?
Prezes: Nie no, tak pytam, bo on pana fatalnie. A dla mnie osobiście to jest ostatnia kanalia.
Prezes zarządu: Ooo tak! Kanalia, jakich mało.
Prezes: No to skoro tak, to dlaczego go pan nie zwolni?
Prezes zarządu: Mogę?
Prezes: Przecież to pan jest jego przełożonym, a nie ja.
Prezes zarządu: Nie no, panie Prezesie, dobra, to ja się biorę do roboty w takim razie. A tym prezesem zarządu to ja dalej będę?



Na „folwarczne” warunki pracy w Polsce zwracał uwagę m.in. filozof Andrzej Leder. „Ucho Prezesa” pośrednio wyśmiewa właśnie relacje, które dominują w polskich firmach i instytucjach. W tym sensie „Ucho” jest serialem biurowym. Większość żartów po lekkich korektach mogłaby przecież dotyczyć prywatnej firmy, publicznej instytucji czy międzynarodowej korporacji.

Bohaterowie są ukazani w sposób względnie empatyczny, a widz łatwo może utożsamić się z bohaterami serialu. Stąd zapewne wrażenie wśród niektórych przeciwników PiS, że „Ucho” zbyt łagodnie traktuje rząd.

„Ucho Prezesa” obśmiewa relacje władzy, które w Polsce znamy aż za dobrze – niezależnie od tego, czy interesujemy się polityką czy ona nami. Każdy z nas choć raz wystąpił w jednej z prezentowanych przez „Ucho” ról: w pracy, szkole czy rodzinie. „Ucho Prezesa” to „Ranczo”, w którym zmieniono dekoracje: z prowincjonalnego miasteczka na gabinet na Nowogrodzkiej.

Co mogą Amerykanie, a Polacy nie

To, że w polskiej telewizji jest tak mało żartów z polityków, to także efekt uchwalanego przez tych ostatnich prawa.



W Polsce konstrukcja ochrony dóbr osobistych (prawa do wizerunku osób publicznych) i regulacje mediów powodują, że emitowanie programów satyrycznych o polityce jest po prostu  ryzykowne. Rada Etyki Mediów przy KRRiTV może bowiem nałożyć na stacje kary za „nieetyczne treści”.

Tak było m. in., kiedy Marek Raczkowski w programie Kuby Wojewódzkiego skrytykował  właścicieli psów, którzy po nich nie sprzątają i umieścił miniaturowe polskie flagi w psich ekskrementach. Na stację nałożono kary, co chyba skutecznie zniechęciło inne telewizje do podejmowania tematyki społeczno-politycznej.

Można sobie wyobrazić, że gdyby „Ucho Prezesa” emitowane było w telewizji, to po lawinie skarg do Rady Etyki Mediów nadająca go stacja zostałaby ukarana finansowo. Żaden z obecnych na rynku telewizyjnym inwestorów takiego ryzyka nie lubi. Chociaż po pozytywnych recenzjach ze strony rządzących ryzyko to znacznie spadło.

W Stanach Zjednoczonych jest inaczej: satyra polityczna jest prawnie chroniona.

Umożliwia to m. in. interpretacja Konstytucji z wyroku Sądu Najwyższego z 1988. Stroną tej sprawie był Larry Flynt, właściciel m.in. Hustlera, który publikował satyryczno-erotyczne zdjęcia i rysunki odnoszące się do wizerunków postaci biblijnych i polityków. Sąd Najwyższy orzekł, że ponieważ „nikt rozsądny” nie może pomylić satyry (filmu, rysunku, fotografii) z prawdziwym dziennikarstwem, to nakładanie kar na autorów byłoby sprzeczne z ochroną swobody wypowiedzi twórczej. Poniżej w wersji z filmu Milosa Formana.

Polska się śmiała, zanim powstał ASZdziennik

Satyra polityczna kwitnie w mediach społecznościowych. Niezliczone fanpejdże, memy czy amatorskie filmiki w zasadzie zmonopolizowały ostatnio ten sektor rozrywki. Często powstawały spontanicznie, jeszcze częściej miały krótki żywot. Chlubny wyjątek to Dziennik TV Jacka Fedorowicza.

Z czasów „przedinternetowych” w pamięci zbiorowej zapisały się produkcje telewizyjne: „Za chwilę dalszy ciąg programu” Mana i Materny, „Szopka polityczna” Marcina Wolskiego, „Dziennik TV”, „Ale Plama” duetu Rewiński-Piasecki czy „Rozmowy w tłoku” Szymona Majewskiego. To nie przypadek, że wszystkie przykłady pochodzą sprzed co najmniej dekady. A w przeciwieństwie np. do USA większość znanych satyryków telewizyjnych ma poglądy prawicowe (Rewiński, Piasecki, Wolski czy Makowski).

„Ucho Prezesa” wywodzi się bezpośrednio z repertuaru Kabaretu Moralnego Niepokoju.

W cyklu skeczy scenicznych trupa obśmiewała polityków koalicji PO-PSL. Żarty z „haratania w gałę” i korupcji ekipy Tuska szybko stały się popularne, tym bardziej, że wśród polskich kabareciarzy poruszanie tematyki politycznej to dziś rzadkość. KMN był jednak ograniczony konwencją – seria nieregularnych i niepowiązanych ze sobą skeczy – i nie zaistniał szerzej jako kabaretowi spece od spraw publicznych.

W dobie serializacji i rozwoju telewizji internetowych cotygodniowy format „Ucha” się sprawdza. I pewnie serial będzie żył dalej.

Współzałożyciel, członek zarządu i analityk Fundacji Kaleckiego. Prawnik i Kulturoznawca, absolwent MISH UW. Współpracownik i doradca ds. międzynarodowych Instytutu Myśli Demokratycznej powołanego przez Roberta Biedronia. Publikował też m.in. w Gazecie Wyborczej, Krytyce Politycznej, Przekroju, Newsweeku, Kulturze Liberalnej, Res Publice Nowej.


Masz cynk?