0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: 09.09.2013 Walbrzych , fabryka porcelany Krzysztof . fot. Mieczyslaw Michalak / Agencja Wyborcza.pl09.09.2013 Walbrzych...

Na zdjęciu powyżej: pracownice fabryki porcelany "Krzysztof" w 2013 roku. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl

Przemysłowy Wałbrzych kojarzony jest zazwyczaj z kopalniami i koksowniami. Mniej osób wie, że Wałbrzych był także zagłębiem przemysłu lniarskiego i ceramicznego. Były tu trzy dość duże fabryki porcelany. Dwie o tradycjach sięgających Habsburgów i dalej, jedna rodzimego projektu, wybudowana pod koniec PRL-u, w założeniu najnowocześniejsza w Europie.

Były, ale już nie ma. „Wałbrzych” (dawny „Tielsch”) został zlikwidowany w 2012 roku, „Książ” w 2008. Został tylko „Krzysztof”. I prawdopodobnie są to jego ostatnie miesiące. Bez mała dwustuletnia historia kończy się na naszych oczach.

192 lata historii

„Krzysztof”, niemiecki „Krister”, 192 lata niemal ciągłej produkcji wysokogatunkowej porcelany, w szczytowym okresie 10 milionów wyrobów. Udany balans pomiędzy masową, zmechanizowaną produkcją a wysmakowanym rękodziełem, zastawy i ozdoby ocierające się o dzieła sztuki, zamawiane chętnie przez dwory, rządy i wymagających kolekcjonerów. Wydawać by się mogło, że w tak wyspecjalizowanej niszy, z taką renomą, z taką tradycją można tylko trwać i robić swoje, choćby do końca świata.

I rzeczywiście, następowały rewolucje i wojny, zmieniali się właściciele, zmieniały się nazwy – porcelanę w Wałbrzychu wciąż produkowano.

Nawet rok 1945 niewiele tu zmienił i mimo wymiany ludności (Waldenburg został przemianowany na Wałbrzych, „Krister” na „Krzysztofa”) oraz radykalnej zmiany w strukturze własnościowej (fabrykę znacjonalizowano), szybko odtworzono kontakty handlowe. Renoma zakładu zrobiła swoje, ciągłość została zachowana.

Również z przełomu 1989 roku i różnych zawirowań związanych z koniecznością funkcjonowania w ramach globalnej gospodarki rynkowej „Krzysztof”, wydawało się, wychodził obronną ręką. Gdy pod koniec pierwszej dekady XXI wieku zakład był w upadłości, niespodziewanie przyszło duże zamówienie z dworu szwedzkiego, postępowanie upadłościowe się przedłużyło, a zaraz potem, w 2010 roku, znalazł się krajowy inwestor, potentat w branży mrożonek, który tchnął w fabrykę drugie życie w postaci zastrzyku gotówki, dzięki czemu nie podzieliła ona losów innych wałbrzyskich zakładów produkujących porcelanę – zlikwidowanego w 2012 roku „Wałbrzycha” oraz zlikwidowanego w 2008 roku „Książa”.

hala fabryczna
Fabryka porcelany Krzysztof w 2013 roku. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl

Stan likwidacji

Niestety, dziś wszystko wskazuje na to, że „Krzysztof” jednak do nich dołączy.

Zakład postawiono w stan likwidacji. Produkcję wstrzymano, uruchomiono procedurę zwolnień zbiorowych.

Jako oficjalną przyczynę podano rosnące ceny gazu. Oddajmy głos Patrycji Jarząbek-Dyląg, współwłaścicielce „Krzysztofa”:

„Najświeższa faktura za gaz w grudniu ma cenę 550 zł/MWh, najwyższa w sierpniu 990 zł/MWh, podczas gdy w 2021 roku płaciliśmy 85 zł za MWh. To jest niemal ponad 11-krotna przebitka w stosunku do tego, co płaciliśmy wcześniej. To oznacza, że udział gazu w ogólnych kosztach produkcji obecnie wzrósł do około 70-80 proc. A mówimy tu o kalkulacji kosztów już po uwzględnieniu podwyżek kosztów surowca. Sytuacja wygląda bardzo źle, tragicznie wręcz”.

Siedzimy w gabinecie pani Patrycji, naprzeciw wisi portret nieżyjącego już ojca, który swego czasu, jak głosi rodzinna legenda, zaszedł przypadkowo po garnitur naczyń, a kupił całą porcelanę. Mam przed sobą rachunki za energię, są rzeczywiście wysokie. Przeglądam je zgrabiałymi palcami, jest przeraźliwie zimno. Nie działają piece produkcyjne, nie ma więc czym ogrzewać. Z dostawcą energii elektrycznej zakład też nie ma podpisanej umowy. Aby dogrzać pomieszczenia, uruchamiane zostaje ogrzewanie elektryczne. Ale to dzieje się tylko raz na jakiś czas, na kilka godzin. Koszt takiego niezakontraktowanego ogrzewania jest horrendalny i wynosiłby 80 tysięcy złotych dziennie, gdyby chcieć ogrzać cały zakład, z halami produkcyjnymi włącznie.

Ogrzewania więc nie ma. Ani na hali produkcyjnej, ani w biurach, ani w firmowym sklepie. A pracownicy wciąż przychodzą do pracy.

Przed pandemią było ich około 320, z czego 80 proc. to pracownicy produkcyjni. Dziś zostało tylko około 100 osób, zajmują się głównie inwentaryzacją i wysyłką towaru oraz obsługą sklepu firmowego. Większość jest na wypowiedzeniu trzymiesięcznym. Garstka została z umowami o pracę. Prawdopodobnie będą obsługiwać wyprzedaż towaru. Nie wiadomo dokładnie, ile to potrwa. Może kilka miesięcy, może do końca roku. Towaru zostało dużo.

09.09.2013 Walbrzych . Fabryka porcelany Krzysztof .
Fot. Mieczyslaw Michalak / Agencja Wyborcza.pl
Fabryka porcelany Krzysztof w Wałbrzychu. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl

Porcelanę zniszczył rząd PiS? To nie takie proste

Argument z lawinowo rosnących kosztów energii – w ciągu niecałych dwóch lat wzrost o około 900 proc. - jest podstawowym, jaki pada w dyskusjach wokół sytuacji „Krzysztofa”. Bo jak można było się tego spodziewać, wraz z niemałym zainteresowaniem, jaki wzbudził upadek zakładu, rozpoczęła się też medialna wrzawa. Przed bramą zakładu zaczęli pojawiać się politycy, głównie przedstawiciele partii opozycyjnych, oraz ekipy telewizyjne. Organizowano rozmaite konferencje prasowe i briefingi.

Większość tego, co mówiono, można sprowadzić do jednego: porcelanę zarżnął PiS. To partia rządząca miała doprowadzić do lawinowej inflacji i niekontrolowanych wzrostów cen energii. A jeśli nie doprowadzić, to chociaż mu nie przeciwdziałać, lub robić to zbyt słabo. Subtelniejsza wersja tego argumentu brzmi następująco: może i PiS nie jest bezpośrednio odpowiedzialny za inflację i ceny energii, ale już za faktycznie monopolistyczną pozycję dostawców energii (są to głównie spółki skarbu państwa) i nadużywanie tej pozycji - owszem.

Gdy jednak trochę podrążyć, nie wygląda to tak jednoznacznie i prosto, jak chcą tego politycy i media. Przyczyny upadku „Krzysztofa” są bardziej złożone.

Wszyscy, z którymi udało mi się na ten temat porozmawiać – a byli wśród nich obecni i byli właściciele, a także specjaliści z branży oraz przedstawiciele miasta – wydają się dostrzegać co najmniej trzy przyczyny.

Przeczytaj także:

Wielka niewiadoma, czyli koszty energii

Najbardziej bezpośrednią i krótkoterminową jest, jak wspomniano, wzrost cen gazu. Można się oczywiście spierać, kto lub co za to odpowiada. Faktem jest, że po uwzględnieniu wzrostu cen energii – zresztą nie tylko energii, bo również surowców – kalkulacja kosztów okazuje się niekorzystna. Zrealizowano więc już istniejące zamówienia i wstrzymano się z kontraktowaniem kolejnych.

Nie wiadomo, jak w przyszłości, również tej najbliższej, kształtować się będą ceny energii i surowców. W takiej sytuacji trudno o jakiś rozsądny plan sprzedażowy na przyszłość.

Gdy nie wiadomo, ile wyniesie finalny koszt produktu, trudno podpisywać rozsądne kontrakty. Koniec końców może się bowiem okazać, że do produktu trzeba będzie dołożyć.

A trzeba pamiętać o tym, że „Krzysztof”, mimo wyspecjalizowanego, jakościowego asortymentu i raczej niemasowego odbiorcy, nie jest manufakturą, w której wytwarza się „od ręki” pojedyncze sztuki na specjalne zamówienia. Jest fabryką, która swoje produkty wytwarza seryjnie i takich właśnie zamówień – seryjnych, na całe partie – potrzebuje. Z nowym rokiem rusza co prawda rządowy program dopłat do branż energochłonnych, Patrycja Jarząbek-Dyląg kwituje go jednak następująco: „Początkowo branża ceramiczna nie była w nim uwzględniona, choć ostatecznie, dzięki różnym staraniom, została weń włączona. Ale dla nas to za późno, po czasie. Klamka zapadła, likwidujemy produkcję”.

Pandemia i zatrzymana produkcja

Średnioterminową przyczyną obecnej sytuacji była niedawna pandemia covid 19. W ciągu pierwszego dwutygodniowego lockdownu zerwały się łańcuchy dostaw. Niektóre kontrakty zostały anulowane. Produkcja spadła do 65 proc. stanu wyjściowego. Zaczęły się pierwsze większe zwolnienia. W 2021 roku, gdy doszły problemy z ceną gazu, produkcja stała przez prawie 2 miesiące. Pracownikom płacono postojowe.

Oddajmy znów głos Patrycji Jarząbek-Dyląg: „Podczas covidu nie załapaliśmy się na żadną z tarcz pomocowych. Załapali się za to nasi konkurenci, na przykład pośrednicy w handlu porcelaną chińską. My przez dwa miesiące, w styczniu i lutym ubiegłego roku, staliśmy z produkcją. Rozumiem, że instrumenty pomocowe tworzone były na szybko, w warunkach presji czasu i niepewności płynącej z wielorakiego ryzyka. Ale zakrawa to na ironię losu, że państwo dotowało tych, którzy zabijają rodzimą branżę, czerpiąc zyski ze sprowadzania tańszych produktów niższej jakości”.

Globalna konkurencja

I tutaj dochodzimy do trzeciej przyczyny. Ma ona charakter długoterminowy i wiąże się z włączeniem polskiej gospodarki w globalny obieg wolnorynkowy i ewentualną rolą państwa lub instytucji finansowych w zakresie zabezpieczeń rodzimej gospodarki.

Owszem, jest to kwestia sporna i mocno upolityczniona. Owszem, można się zżymać na pomysł, że państwo miałoby dotować nierentowne branże (a jednocześnie, cóż za paradoks, domagać się od rządu, by dotował energię dla tych branż). Gdy jednak spojrzeć na problem szerzej, nie tylko z punktu widzenia bilansu ekonomicznego, może się okazać, że chodzi o branże o wyjątkowych walorach społecznych i kulturowych. Tak właśnie jest z wałbrzyską porcelaną. Swego czasu sławiła ona miasto na cały świat.

Pytanie, czy takie branże należy ratować, czy pozwolić im odejść w ciszy wraz z ostatnim niekorzystnym bilansem handlowym?

Bo że branżę trzeba przynajmniej wspomóc barierami celnymi, jej przedstawiciele trąbili, gdzie tylko mogli od lat. Kluczowe okazują się zwłaszcza lata 2007-2008. Świat zachodni otworzył się wtedy na producentów wschodnich, a rynki zalała dużo tańsza, często mniej jakościowa porcelana chińska.

"Wygryźli nas z większości rynków"

Oddajmy znów głos właścicielce „Krzysztofa”:

„Nie można powiedzieć, że branżowe starania były bezskuteczne. Unia Europejska wprowadziła cła antydumpingowe. Sęk w tym, że były one zbyt małe. Chińczycy, stawiając na produkt imitacyjny, absurdalnie niskie koszty pracy oraz niezwykłe bogactwo surowców mineralnych, które występują u nich w dużych ilościach, potrafili poradzić sobie również z tym. Ich produkt, mimo wprowadzonego cła, wciąż jest konkurencyjny. Wygryźli nas więc z większości rynków, zwłaszcza jeśli chodzi o produkty masowe.

Zresztą nie tylko Chińczycy. Również rodzime sieci handlowe potrafiły wypuścić po niskich cenach produkty chińskie łudząco, w zasadzie jeden do jednego przypominające nasze projekty. Poszliśmy z tym do sądu. I przegraliśmy. Prawnicy reprezentujący naszych adwersarzy sprawnie wykorzystali kruczki prawne dotyczące praw własnościowo-patentowych. Batalia prawna była zresztą tak długa, że nawet gdybyśmy ją wygrali, to i tak zostaliśmy częściowo wyparci z rynku i trudno byłoby odrobić tę stratę”.

Dziedzictwo

Produkowana w Wałbrzychu porcelana jest więc – choć powoli można w zasadzie mówić: była – nie tylko elementem gospodarki, ale i częścią naszego – polskiego, niemieckiego, ogólnoludzkiego – dziedzictwa kulturowego. Stąd właśnie głosy, by w ratowanie „Krzysztofa” włączyło się miasto Wałbrzych.

Miasto – jak podkreśla w rozmowie ze mną Edward Szewczak, kierownik Biura Promocji Miasta – nie dysponuje jednak żadnymi instrumentami finansowymi i prawnymi, by ratować „Krzysztofa” jako podmiot gospodarczy.

„Możemy nad tym ubolewać, ronić łzy, ale tak jest. Porcelana »Krzysztof« jest prywatną firmą. My, jako miasto, przeżywamy własne kłopoty. Również te związane z zaopatrzeniem w energię. Wraz z innymi miastami, bo Wałbrzych jest częścią klastra, ogłosiliśmy przetarg na dostawę energii elektrycznej. Żadna firma się nie zgłosiła".

Jego zdaniem fabryk w rodzaju wałbrzyskiej porcelany Krzysztof nie da się uratować bez poważnego wsparcia władz centralnych, czyli państwa.

"Ale żeby tak się stało, trzeba by spojrzeć na problem pod innym kątem. To prawda: upada prywatna firma, upada biznes, który rządzi się logiką rynkową, gdzie najważniejszy jest zysk. Ale produkcja porcelany, zwłaszcza tak wysokogatunkowej, jak ta wałbrzyska, to również nasze dziedzictwo kulturowe, nasza historia i tradycja. Tego zabrakło, takiego myślenia jest dziś coraz mniej”.

Zachować dorobek

Co zatem dalej z dziedzictwem „Krzysztofa”? Władze miasta - podobnie jak to miało miejsce w przypadku upadającej Porcelany „Wałbrzych”, która była kontynuacją słynnego przed wojną „Tielscha” - gotowe są na własny koszt zabezpieczyć i zachować formy odlewnicze. W ramach Centrum Nauki i Sztuki Stara Kopalnia, placówki muzealnej zlokalizowanej na terenie zabytkowej Kopalni Węgla Kamiennego „Julia” (dawniej „Thorez”), od prawie dekady funkcjonuje Centrum Ceramiki Unikatowej w Starej Kopalni, stworzone właśnie po to, żeby ratować dziedzictwo kulturalne wałbrzyskiej porcelany.

Tłumaczy Roman Szełemej, prezydent Wałbrzycha: „Wtedy na koszt miasta zabezpieczyliśmy dziesiątki ton form – te wszystkie formy i wzorce są teraz w posiadaniu Centrum. Odbywają się tu warsztaty, wydarzenia, jest profesjonalna instalacja, można wykonywać prace ceramiczne. Ta sytuacja jest niedobra, bo powoduje likwidację ostatniego zakładu porcelany w Wałbrzychu, ale jest o tyle dobra, że ma charakter uporządkowany. Właściciel fabryki pozostaje z nami od kilku lat w dobrych relacjach.

W momencie, kiedy ta decyzja, która wydaje się nieodwracalna, choć trzymamy kciuki, żeby tak nie było, stanie się faktem, jesteśmy w stanie przejąć dorobek tej fabryki.

Oczywiście zakres tego przejęcia zależy od decyzji właściciela, a wtedy Centrum Ceramiki Unikatowej stanie się miejscem depozytu tego wszystkiego, co w Porcelanie ‘Krzysztof’ ma charakter unikalnego artystycznego dziedzictwa i nie powinno ulec zniszczeniu”.

Koszt pracy

„Krzysztof”, podobnie jak pozostałe zakłady polskiej branży ceramicznej, zmuszony był konkurować głównie kosztami pracy. Dla mnie samego to chyba najbardziej szokujący element tej historii: renomowany zakład, wyspecjalizowana produkcja, jakościowy produkt – i około połowa kosztów produktu zależna od kosztów pracy. Tak jest, połowa. Dodajmy: od minimalnego kosztu pracy.

Niby nic nowego, niby wszystko już wiemy o półperyferyjnej pozycji naszej gospodarki w globalnym systemie, a jednak naoczna, empiryczna konfrontacja, choć z wycinkiem rzeczywistości ludzi, którzy w tabelkach w Excelu figurują jako „koszt pracy”, bywa dojmująco smutna.

Sama próba nawiązania kontaktu z szeregowymi pracownicami – w większości to właśnie kobiety – wiele mówi o tutejszych warunkach pracy.

Pod bramą zakładu pojawiłem się kilka razy. Na mój widok i próbę zagajenia wychodzący rozpierzchali się na wszystkie strony.

Niemal nikt nie chce rozmawiać. W odmowach jest coś panicznego.

Podobne rzeczy działy się na forach. Jak już ktoś odpisał, to dialog urywał się po dwóch, trzech zdaniach. A przecież jestem stąd, z Wałbrzycha, i przynajmniej mam jakieś wyobrażenie o realiach pracy w prowincjonalnym mieście, które bardzo boleśnie przeszło proces transformacji i ma nie zagojone rany. Mimo to pracownicy brali mnie za „szpiega”. Zostałem uznany albo za przedstawiciela zarządu fabryki, albo kogoś „obcego” i w tym sensie niegodnego zaufania. W sumie słusznie. Jestem stąd, ale nie jestem z nimi. Dystynkcja klasowa – jeśli ktoś uważa kategorie klasowe za przebrzmiałe, nienadające się do opisu współczesnych zjawisk, ten powinien iść choć raz pod bramę likwidowanego „Krzysztofa” – została prawidłowo rozpoznana.

Robotnica maluje porcelanowy dzbanek
Fabryka porcelany Krzysztof w 2013 roku. Fot. Mieczysław Michalak / Agencja Wyborcza.pl

Życie w strachu

Udało mi się porozmawiać z ośmioma osobami. Nikt nie upoważnił mnie do przedstawienia szczegółów swojej historii. A były to historie osób pracujących „w porcelanie” od zawsze, od 20, 30 czy nawet 40 lat, niekiedy całymi rodzinami, w dwóch pokoleniach, nie tylko żona z mężem, ale i dzieci.

Podstawowym uczuciem, jakie wyłania się z tych opowieści, jest strach.

Przede wszystkim strach o jutro – czy znajdzie się nowa praca, czy mieszkanie będzie do utrzymania, gdy nie będzie z czego opłacić, czy domowe budżety będą się spinać w sytuacji braku pracy, czy zrezygnować z tego, czy z tamtego, z leków czy z internetu.

Pracownicy boją się też o teraźniejszość. Czy ich sytuacja w pracy nie pogorszy się przez rozmowę ze mną? Czy nie dostaną „wilczego biletu”? Wałbrzych to przecież nieduży rynek pracy – ludzie boją się stygmatyzacji, łatki tych, którzy „wynoszą informację”. Całe życie żyli w strachu. O pracę, o utrzymanie. Jedyne podwyżki, na jakie mogli liczyć, to te wymuszone odgórnie, poprzez podniesienie pracy minimalnej.

„Poprawiło nam się dopiero w ostatnich latach, za PiSu” – mówi mi jeden z pracowników. „Jeśli ktoś dziś nadal nie rozumie, dlaczego prowincja głosuje na PiS, ten tego już prawdopodobnie nie zrozumie. My tu od zawsze boimy się o pracę. A nawet jeśli ta praca jest, to ledwo idzie przeżyć”.

Ten strach był tak dojmujący, że za czasów nowego właściciela – od 2010 roku – tylko raz odważyli się poprosić o podwyżkę. Dostali ją, niewielką. Zaraz jednak przyszła podwyżka płacy minimalnej i wywalczona podwyżka nie została zrewaloryzowana.

Boją się również o przeszłość. Że całe przepracowane w „Krzysztofie” i innych zakładach produkujących porcelanę, ta ich podstawowa tożsamość, fach w ręku, choć opłacany minimalnie, tak że starcza na absolutne minimum egzystencji, pójdą na marne, okażą się bezsensowne.

Miasto poprzemysłowe

Owszem, wielu pracowników „Krzysztofa” jest w wieku przedemerytalnym. Ci dopracują w zakładzie te kilka miesięcy i zaczną pobierać świadczenia. Owszem, w Wałbrzychu mamy dziś rekordowo niskie bezrobocie, poniżej 4 procent. Tak mówią statystyki. Ale nastroje są inne. Ludzie boją się kolejnych zamknięć i likwidacji. Porcelana „Karolina” w pobliskiej Jaworzynie Śląskiej też ledwo zipie. Wielki producent ceramiki, „Cersanit”, już zapowiedział wygaszanie części produkcji – do wałbrzyskiego Urzędu Pracy przyszło zgłoszenie o zwolnieniach zbiorowych nawet większych niż te w „Krzysztofie”.

Część załogi „Krzysztofa” znajdzie zapewne zatrudnienie we wspomnianej manufakturze, jeśli taka powstanie w Centrum Ceramiki Unikatowej. Ale będzie to raczej kilka niż kilkadziesiąt osób.

A „Krzysztof” dołączy najprawdopodobniej do długiej listy wałbrzyskich fabryk i zakładów pracy zlikwidowanych lub upadłych w ostatnim trzydziestoleciu. Można tylko mieć nadzieję, że jest to ostatni akcent długiego trwania transformacji.

Z większych dawnych zakładów pozostała już tylko koksownia „Victoria”. Wałbrzych staje się powoli miastem poprzemysłowym.

Kolejka przed sklepem firmowym „Krzysztofa” w ostatnich dniach jakby zmalała. Ale bez obaw, towaru jeszcze zostało. A jeśli nie starczy, to w pobliżu sklepu jest Muzeum Porcelany. Przyjeżdżajcie i zwiedzajcie.

;
Jakub Duraj

Doktor nauk humanistycznych, tłumacz literatury naukowej; pisze dla "Czarnego" książkę o Wałbrzychu. Na co dzień pracuje w młynie kukurydzianym.

Komentarze