Wokoło płonie świat, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy stawać w obronie takich skrawków – Daniel Petryczkiewicz, społecznik i fotograf, opowiada o 27 hektarach cennej przyrody w środku terenu przemysłowego. To życiodajne mokradło, gdzie osiedliły się m.in. żurawie, czajki i bobry. Przez plany gminy może niedługo zniknąć
Gmina Konstancin-Jeziorna zajmuje niecałe 8 tysięcy hektarów. To jedyne uzdrowisko w województwie mazowieckim. Wciąż w miarę zielona enklawa, korytarze ekologiczne biegnące wzdłuż Doliny Wisły oraz w ramach tzw. Zielonego Pierścienia Warszawy.
Prawdopodobnie jedno z tych miejsc, które wywołują ślinotok każdego dewelopera w Polsce. Z roku na rok jako mieszkańcy czujemy się coraz bardziej jak w zgniatanej puszce po gazowanym napoju o smaku coli. Podobnie czuje się przyroda.
„Widzę to tak” to cykl, w którym od czasu do czasu pozwalamy sobie i autorom zewnętrznym na bardziej publicystyczne podejście do opisu rzeczywistości. Zachęcamy do polemik.
W ostatnich kilku latach na konstancińskich ulicach można się poczuć jak w zapomnianym trochę serialu – „Przystanek Alaska”. Łoś idący chodnikiem przy Parku Zdrojowym albo blokujący ruch na jedynej wylotówce z miasta w kierunku Warszawy. Dziki spacerujące po okolicy całymi rodzinami. One nie mają gdzie pójść. Wchodzą do miasta w poszukiwaniu wody, której zaczyna brakować w okolicy oraz pożywienia.
Na konstancińskich Łąkach Oborskich i pobliskich mokradłach wciąż gniazdują nieliczne czajki, żurawie, bekasy. Ogłuszająca wrzawa żab jeziorkowych i śpiew kumaków niosący się po okolicy rzeki Jeziorki jest jakby żywcem wyjętych z późno wiosennych nocy, kiedy miałem 13 lat i nie mogłem spać.
Pamiętacie takie czasy i zjawiska? Wciąż istnieją, choć znikają jak nic innego w Polsce.
Na wyłożonych niedawno planach ogólnych miasta i gminy Konstancin-Jeziorna jest kilka pokolorowanych stref. Odcienie brązu to strefy zabudowy mieszkaniowej, żółte – rolnicze, zielone to strefy otwarte, leśne i zieleńce, szare to strefy infrastrukturalne.
Zieleń wciąż dominuje, choć nie jest to jednoznaczne, ale to temat na osobny tekst. Jest też strefa oznaczona odcieniami różu. To strefy usługowe, handlu wielkopowierzchniowego i tzw. strefa gospodarcza. Ta ostatnia ma fioletowy kolor i jest zgrupowana w trzy bliskie sobie obszary ulokowane w starorzeczu Jeziorki.
Teren to przedziwny. Niby na peryferiach, ale tak naprawdę blisko centrum Konstancina. Częściowo zagospodarowany, m.in. przez lokalną oczyszczalnię ścieków oraz kontrowersyjną na obszarze uzdrowiska – asfalciarnię, a także kilka hurtowni budowlanych.
A w samym środku tej strefy 27 hektarów, które okazują się jednym z najcenniejszych przyrodniczo miejsc na całym Mazowszu. Żyją tu ściśle chronione gatunki ptaków – co najmniej 173 gatunki w tym lęgowe; ściśle chronione gatunki płazów – co najmniej 10 gatunków, w tym prawdopodobnie jedna z najaktywniejszych, być może dziś jedna z największych populacji kumaka nizinnego Bombina bombina.
Wszystko to istoty związane z mokradłami – najszybciej dziś znikającymi obszarami, nie tylko na Mazowszu, ale w skali globalnej.
O mokradłach, bagnach i torfowiskach pisałem tyle razy, że nie chcę się powtarzać. Kluczową funkcją bagien jest wiązanie węgla poprzez powstrzymywanie szczątków roślin od pełnego rozkładu. Tego samego węgla, który wraz z tlenem tworzy dwutlenek węgla, główny gaz cieplarniany odpowiedzialny za postępujące ocieplenie klimatu. Torfowiska mają wyjątkową supermoc: trzymają łącznie dwa razy więcej węgla niż wszystkie lasy na Ziemi przy dziesięciokrotnie mniejszej zajmowanej powierzchni!
Drugą supermocą mokradeł i aktywnych torfowisk jest utrzymywanie niesamowitych ilości wody. W przypadku tych ostatnich pierwsza i druga supermoc są ze sobą ściśle powiązane – tylko mokre torfowiska akumulują węgiel i retencjonują wodę. Osuszone emitują dwutlenek węgla i nie spełniają funkcji retencyjnej.
W dobie galopującej suszy, która kumuluje się już 15. rok z rzędu, ta ostatnia funkcja – retencja wody – wydaje się czymś, czego trzeba strzec i dbać ponad wszystko! Do tego dochodzi wspomniana kwestia funkcji przyrodniczej terenów podmokłych, które są domem większość z najszybciej ginących roślin, zwierząt, ptaków i płazów planety – tych związanych z mokradłami.
Trudno odpowiedzieć na pytanie, dlaczego te kilkanaście hektarów stało się tak cennym przyrodniczo ekosystemem. Być może jest to splot kilku spraw, w tym izolacji terenu oraz jego wodnego dziedzictwa. Nie da się do niego łatwo dotrzeć właśnie ze względu na skoncentrowany tam przemysł.
Wodociągi ograniczają zupełnie dostęp od południa; od zachodu asfalciarnia i hurtownie budowlane oraz płot z kolczastym drutem.
Od wschodu ciągną się chaszcze i prywatne domy z płotami, choć ostatnio teren został wychędożony z roślin, co wzbudziło duży sprzeciw lokalnych przyrodników, z uwagi na gniazdujące tam licznie gatunki ptaków.
Wreszcie od południa jest wał sztucznie wykopanego w latach 50. koryta rzeki Jeziorki. I to właśnie stamtąd jest najlepszy widok na rozlewiska i dostęp do tego terenu zwanego przez miejscowych Bielawskim Ługiem.
Nie jest to żadna oficjalna nazwa. Została zaproponowana przez miejscowego aktywistę, społecznika Tomasza Zymera, byłego radnego. Ług oznacza po staropolsku właśnie bagno, mokradło. Teren jest mocno podmokły, choć ostatnie susze dają mu się mocno we znaki. Wodna pamięć tego obszaru związana jest z największą rzeką okolicy – nie licząc Wisły – czyli Jeziorką, nad którą ulokowano naszą gminę. Kiedyś Jeziorka rozlewała się na tym terenie szeroko i płynęła co najmniej trzema korytami. Całą tę historię opisuję w swojej debiutanckiej książce „Mała historia znikania. Opowieść o rzece” (właśnie się ukazała).
Bielawski Ług łatwo zniszczyć, bo niewielu go zna. Nie ma o nim opowieści, tak jak o Małej czy Łąkach Oborskich, które są zresztą częścią tego samego rzecznego dziedzictwa i hydrologicznie stanowią całość z opisywanym.
Jeśli dany teren, krajobraz, nie ma swojej opowieści, nazwy, nie funkcjonuje w społeczności – można go zasypać, zaorać niemal niezauważenie! I tak się prawie stało!
Pod koniec 2023 roku rozpoczęło się sypanie drogi przez Ług. Nie wiadomo kto to robił. Nie sposób było się tego dowiedzieć, a ratusz zapytany o sprawę, jeszcze nie odpowiedział. Przez dwa lata grobla przez bagna była stopniowo budowana, choć działo się to w dziwnym trybie – wieczorami, powoli, jakby niepostrzeżenie.
Nie było obowiązkowej żółtej tablicy informacyjnej. Jakiś czas później pojawiała się tylko tablica „Teren prywatny” i plastikowa taśma zagradzająca wstęp na budowaną groblę. Budowę nagle przerwano, plastikowa taśma sparciała, potargał ją wiatr. Tablica się przechyliła i rozwarstwiła.
Nawłoć i konyza kanadyjska, przywleczone z gruzem i ziemią do zasypywania mokradła, porosły teren. Tak się między innymi roznosi tzw. roślinność inwazyjną. Nikt nie bierze za to odpowiedzialności, a płaci przyroda. Dziś niedoszła grobla stanowi świetne miejsce obserwacji przyrody.
W środku wysychających mokradeł, których nie zdążyła przeciąć sypana grobla, gniazdo mają żurawie, cztery pary czajek, bobry europejskie, które wzniosły pokaźne żeremie na zachodzie terenu. W trzcinach i terenach otwartych między nimi, co roku lęgną się brzęczki, kokoszki, wodnik, głowienka, gęgawy, krwawodziób, cyranki, derkacz, łabędzie, bączki, łyski, błotniaki stawowe, zielonki, mewy siwe i gągoły. Zalatują tu: bąk, bataliom, łęczak, uszatka błotna, czapla purpurowa, rybitwa białoskrzydła.
Co jakiś czas tworzy się – w zależności od warunków wodnych – kolonia mewy śmieszki licząca więcej niż 500 par! To wszystko gatunki ściśle chronione, wymieniane w dyrektywie siedliskowej. Żaby zielone, rzekotki i kumaki nizinne urządzają tu późną wiosną swoje gody i koncerty plenerowe, od których nie słychać własnych myśli. Jest ich mnóstwo. Kiedy puszczam nagrania znajomym przyrodnikom – nie są w stanie uwierzyć, że to kilkanaście hektarów wciśniętych między przemysł a miasto na środkowym Mazowszu!
Wnioskodawcy ochrony tego terenu, Mazowiecko-Świętokrzyskie Towarzystwo Ornitologiczne, we wniosku o wprowadzenie tam rezerwatu przyrody pisali do Warszawskiej Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (RDOŚ) tak: „Obszar »Rozlewiska rzeki Jeziorki« spełnia kryteria przyrodnicze do objęcia ochroną prawną jako rezerwat przyrody, ponieważ stanowi jedną z ostatnich w tej części doliny Jeziorki mozaik siedlisk wodno-błotnych, łąkowych i szuwarowych o potwierdzonej, wieloletniej wartości dla ptaków, płazów, ssaków związanych z wodą oraz dla retencji dolinowej. Zgromadzone dane wskazują, że teren nie jest wyłącznie lokalnym fragmentem nieużytków, lecz funkcjonującą ostoją fauny mokradłowej w silnie urbanizującym się krajobrazie podwarszawskim”.
Wieloletni badacz tego terenu, lokalny przyrodnik Łukasz Matyjasiak oraz Sławomir Chmielewski, doktor nauk biologicznych, ornitolog, założyciel Mazowiecko-Świętokrzyskiego Towarzystwa Ornitologicznego mówią o skarbie, którego przez lata NIKT nie chciał zauważyć. A może tak było wygodniej dla kolejnych włodarzy miasta i lokalnych grup interesu?
Co zrobi na przykład firma Arche, która już buduje w Konstancinie, a tuż obok opisywanego terenu chce postawić osiedla dla 20 tys. ludzi? Pętla się zaciska.
Teren wymaga natychmiastowej reakcji władz miasta, ale też RDOŚ. Nie może być tak, że RDOŚ wiedząc o wadze przyrodniczej tego miejsca (stosowne pismo oraz ewidencję przyrodniczą otrzymali 5 grudnia 2025) trzyma buzię na kłódkę!
Nie może patrzeć biernie, kiedy uchwalany jest plan ogólny gminy Konstancin-Jeziorna, który przesądzi o przeznaczeniu tego terenu na następne dekady! Ten tekst to początek tej bitwy, która powinna być naprawdę bardzo krótka.
Jedną z najbogatszych gmin w Polsce naprawdę stać na to, aby wyłączyć 27 hektarów z prawie 8 tysięcy hektarów, aby oddać je przyrodzie. Pierwszym krokiem powinna być zmiana kwalifikacji terenu w planie ogólnym, a następnie wykup tego terenu z rąk właściciela i utworzenie tam co najmniej użytku ekologicznego.
Jeśli nie zostanie to zrealizowane, to na gminie będzie ciążyła odpowiedzialność zniszczenia przyrodniczego dziedzictwa Mazowsza. Dziedzictwa, które skrawkami znika na naszych oczach.
Wokoło płonie świat, ale to nie znaczy, że nie powinniśmy stawać w obronie takich skrawków.
Skrawki się liczą. Liczą się skrawki.
Fotograf, bloger, aktywista, pasjonat rzeczy małych, dzikich i lokalnych. Absolwent pierwszego rocznika Szkoły Ekopoetyki Julii Fiedorczuk i Filipa Springera przy Instytucie Reportażu w Warszawie. Laureat Nagrody Stołka Czytelników Gazety Wyborczej 2022. Inicjator spotkania twórczo-aktywistyczno-poetyckiego „Święto Wody” w Konstancinie-Jeziornej. Publikuje teksty i fotoreportaże o tematyce przyrodniczej, społecznej i ekologicznej.
Fotograf, bloger, aktywista, pasjonat rzeczy małych, dzikich i lokalnych. Absolwent pierwszego rocznika Szkoły Ekopoetyki Julii Fiedorczuk i Filipa Springera przy Instytucie Reportażu w Warszawie. Laureat Nagrody Stołka Czytelników Gazety Wyborczej 2022. Inicjator spotkania twórczo-aktywistyczno-poetyckiego „Święto Wody” w Konstancinie-Jeziornej. Publikuje teksty i fotoreportaże o tematyce przyrodniczej, społecznej i ekologicznej.
Komentarze