Niewydolny i nastawiony na rywalizację system edukacji napompował rynek prywatnych korepetycji. Za dobrej zmiany dwukrotnie - z 14 do 32 proc. - wzrósł odsetek rodziców, którzy sięgają do kieszeni, by opłacić „korki". Korzystają z nich głównie ci, którzy i tak mają wysoki kapitał kulturowy i pieniądze. Wg sondaży uboższym zostają marzenia o prywatnej szkole

W roku szkolnym 2018/2019 co trzeci rodzic posyłał dziecko na płatne korepetycje – wynika z badania opinii publicznej przeprowadzonego przez CBOS na zlecenie Fundacji im. Stefana Batorego. Średnio wydawał na nie 42o zł miesięcznie.

Jak często w trakcie ostatniego roku szkolnego Pani/Pana dziecko(i) korzystało(y) z płatnych korepetycji?

Rodzice z dziećmi w wieku szkolnym stanowili tylko 1/3 1000-osobowej grupy osób badanych – więc wyniki trudno uznać za reprezentatywne dla całej populacji. Ale doskonale rymują się z dorocznymi badaniami CBOS („Wydatki na edukację”) i potwierdzają silne i niepokojące trendy.

Płatne korepetycje stały się nieodłączną częścią polskiego systemu edukacji publicznej.

Według badań CBOS w roku szkolnym 2018/2019 aż dwie trzecie rodziców (67 proc.) zadeklarowało, że wysyła dzieci na zajęcia dodatkowe. Zaledwie w ciągu czterech ostatnich lat (zgodnie z kalendarzem szkolnym) odsetek ten wzrósł o 17 pkt. proc.

Najwięcej rodziców deklaruje, że posyła dzieci na dodatkową naukę języków obcych (61 proc.), zajęcia sportowe (57 proc.) i artystyczne (42 proc.). Ale z roku na rok rośnie liczba osób korzystająca z prywatnych korepetycji, co wyróżniliśmy jako podkategorię na wykresie poniżej.

W 2015 roku było to 14 proc. wszystkich rodziców. W minionym roku szkolnym (2018/2019) prawie dwa razy więcej – 32 proc. 

Czy któreś z Pana(i) dzieci uczęszcza lub będzie uczęszczać w bieżącym roku szkolnym na zajęcia dodatkowe, opłacane przez Pana(ią) w szkole lub poza szkołą?

Ministerstwo Edukacji Narodowej na podstawie danych z CBOS i Systemu Informacji Oświatowej szacowało, że już w 2016 roku rynek korepetycji miał wartość prawie 4 mld zł rocznie. Przy założeniu MEN, że średni koszt korepetycji wynosi 60 zł za godzinę, a na jednego ucznia przypadają średnio aż 2 godziny korepetycji tygodniowo.

Korepetycje, czyli klęska edukacji

Tak duży udział korepetycji w systemie edukacji świadczy o jego daleko posuniętej dysfunkcji. Płatne zajęcia dodatkowe – a nawet „drugie szkoły prywatne – poza szkołą publiczną pojawiają się tam, gdzie edukacja nastawiona jest na obłędną rywalizację, jak w Japonii czy Korei Południowej. W Unii Europejskiej próżno szukać podobnego zjawiska.

Pod angielskim „private tutoring” kryją się zajęcia dodatkowe, które rozwijają zainteresowania dzieci i młodzieży. Taki rynek prywatnych usług edukacyjnych rozwija się Stanach Zjednoczonych. W Polsce korepetycje napędzają wyścig po laury albo uzupełniają braki w szkole.

Poza obsesją rywalizacji źródłem korepetycji jest

niewydolność polskiej szkoły. Po reformie minister Zalewskiej podstawa programowa jeszcze się rozrosła. Tak bardzo, że nauczyciele nie radzą sobie z przerabianiem materiału na zajęciach.

Dzieci i młodzież muszą więc opanować coraz więcej wiedzy poza szkołą.

Ze względu na przepełnienie zarówno szkół podstawowych, jak i liceów (szczególnie w dużych miastach) zmniejszyła się też oferta zajęć dodatkowych, które pełniły też często funkcję wspierania nauczania przedmiotowego. A braki kadrowe sprawiają, że nauczyciele mają coraz mniej czasu na indywidualną pracę z uczniem. To wszystko razem oznacza, że

w szkole kurczy się przestrzeń na skuteczne nauczanie i te trudności z opanowaniem materiału są przerzucane na dom i rodziców.

Zdegenerowany system potęguje nierówności i budzi marzenia o prywatnej szkole

Znacząca obecność korepetycji w oświacie ma też inny poważny skutek. Bo z prywatnych usług edukacyjnych korzystają osoby, które już posiadają duży kapitał kulturowy, pochodzące z bardziej zamożnych domów.

Z sondażu przeprowadzonego na zlecenie Fundacji im. Stefana Batorego wynika, że najczęściej z korepetycji korzystają dzieci:

  • mieszkańców dużych miast – ponad 500 tys. – w aż 55 proc., 100-500 tys. – 45 proc.;
  • rodziców z wyższym wykształceniem – aż 47 proc. rodziców w tej grupie zadeklarowało, że płaci za dodatkowe zajęcia.

Rozczarowanie poziomem publicznej oświaty powoduje, że w Polkach i Polakach rodzi się pragnienie prywatnej edukacji.

Niemal 30 proc. badanych stwierdziło, że gdyby pieniądze nie stały na przeszkodzie, wysłaliby dziecko do szkoły prywatnej.

Dziś w całej Polsce w edukacji niepublicznej uczy się 4 proc. uczniów i uczennic, ale w dużych miastach ten odsetek jest dwucyfrowy. W Warszawie w 2018 roku do szkół prywatnych chodziło 13,6 proc. wszystkich uczniów.

Sondaż pokazał, że im niższe dochody i krótsze wykształcenie, tym marzenie o wyrwaniu się publicznej edukacji jest większe. Aż 50 proc. rodziców w rodzinach z dochodem poniżej 900 zł na osobę chciałoby wysłać dzieci do prywatnej szkoły. Tyle samo w rodzinach, w których rodzic ma wykształcenie podstawowe. To gorzkie świadectwo.

Lepszy start dla wybranych

„Jeśli w systemie edukacji publicznej nic się nie zmieni, większość dzieci z rodzin gorzej wykształconych i sytuowanych nigdy nie nadrobi dystansu do rówieśników, którym wykształcenie i zamożność rodziców dały lepszy start”

– zauważa Paweł Marczewski, ekspert Fundacji im. Stefana Batorego.

Prywatyzacja usług edukacyjnych to kierunek, który sprzyja pogłębianiu nierówności, ale antyrównościowy charakter ma cała reforma edukacji PiS.

Podwyższenie wieku szkolnego z sześciu do siedmiu lat spowodowało, że o rok później dzieci z uboższych kulturowo i finansowo domów zaczynają nadrabiać zaległości. Rezygnacja z gimnazjów skróciła o cały rok edukację ogólną (z dziewięciu lat do ośmiu, jak w PRL) i przyspieszyła próg selekcji.

Gimnazja, szczególnie dla dzieci ze wsi i małych miejscowości, same w sobie miały charakter wyrównawczy. Pozwalały wyjeżdżać do większych miejscowości, zmienić środowisko i uczyć się w szkołach lepiej wyposażonych, często z bardziej doświadczoną lub kreatywną kadrą.

A to wszystko (było) za darmo, bo dojazdy do gimnazjów – w przeciwieństwie do szkół średnich – były dofinansowane z pieniędzy publicznych.

Ani reforma, ani wynoszenie edukacji za mury szkoły nie służą nikomu, ale najbardziej cierpią na nich dzieci i młodzież ze środowisk defaworyzowanych. Tych, o które najbardziej miał się troszczyć PiS.

OKO.press wielokrotnie zwracało uwagę na ten uboczny skutek „deformy edukacji”. Edukacja w III RP, mimo swych słabości, akurat w kwestii wyrównywania szans miała ogromne osiągnięcia.

"Takie będą rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"
OKO pisze o edukacji. Wesprzyj nas.

Dziennikarz, aktywista, filozof bez dyplomu. Publikował m.in. w "Gazecie Wyborczej" i "Codzienniku Feministycznym". Laureat nagrody "Pióro Nadziei 2018" przyznawanej przez Amnesty International za dziennikarstwo zaangażowane. Nominowany do nagrody "Zielony Prus" Stowarzyszenia Dziennikarzy RP za wyróżniający start w zawodzie. W OKO.press pisze o edukacji, prawach człowieka, społeczeństwie obywatelskim i polityce społecznej.


Komentarze

  1. Andrzej Lisiak

    Cała ta nauka obecna to ble ble ble, skoro później dobra praca jest i tak uzależniona od statusu majątkowego rodziców względnie od ich politycznej pozycji.
    W czasach Polski Ludowej krytykowałem dynastyczne układy w niektórych zawodach; np. adwokatów. Obecnie ten syndrom obejmuje niemal wszystko.
    Pamiętam jak w Trybunie Ludu argumentowałem: "Upadały całe państwa dlatego, że nie stawiano na najlepszych ale na dynastie"
    I tam przynajmniej redakcja mnie popierała. Obecnie w czasach sitw i układów jestem jako ten wyklęty co odważa się powiedzieć coś co kuje w oczy tak zwany establishment.
    Ale nie jest mi wcale przykro bo często powtarzam tym zepchniętym na dół: Obalaliście socjalizm dający jakie takie ale mniej więcej równe szanse wszystkim to teraz marsz do czarnej roboty robole.

  2. Adrian Janecki

    Jak nauczyciele myślą o strajkach, zamiast o nauce dzieci, to i korepetycje potrzebne. Sam ich czasem udzielam. Z matematyki, fizyki czy historii. I powiem jedno. To nie podstawa programowa jest problemem. Choć akurat obecna jest katastrofalna, więc Zalewskiej nie będę bronił, wprost przeciwnie. Ale rozbudowaną podstawą programową nie wytłumaczy się faktu, że młodzież ma problemy np. z czterema podstawowymi działaniami arytmetycznymi. To już nie wina ministerstwa, a kadry nauczycielskiej! To oni w większości niszczą polskie dzieci. Nie umią uczyć i nie zasługują na przywileje… Ja osobiście z reguły za korepetycje nie brałem pieniędzy. A jeśli ktoś się uparł, to tylko 10 złotych za godzinę, ale wiem, że to "dobry biznes" i to właśnie nauczyciele go nakręcają. W szkole ograniczają się do "odbębnienia" lekcji, a gdy uczeń nie umie, to rodzicom zaproponują płatne korepetycje (często udzielane poprzez zaprzyjaźnioną osobę) … Chcecie rozwiązania problemu! Proszę. Ustawowy zakaz udzielania płatnych korepetycji przez nauczycieli lub czerpania z nich zysków (pod groźbą wydalenia z zawodu). A także kary finansowe dla nauczyciela, jeśli poziom nauczania w danej klasie drastycznie spada.

  3. Tak, poziom nauczycieli spada, bo spada poziom intelektualny społeczeństwa polskiego w ogóle. Ale i tak nauczyciele nadal stanowią intelektualną elitę. Jak zamierzasz zbadać spadek poziomu nauczania? I co to znaczy drastycznie? Poziom często spada wraz z wiekiem uczniów, co wiąże się z tym, że im starsze dziecko, tym mniej chętnie się uczy. Podstawy programowe są ogromnym problemem. Są odtwórcze, jest w nich mnóstwo nikomu niepotrzebnej teorii. Znajoma biolożka stwierdziła, że to co w poprzedniej podstawie było rozbite na trzy jednostki lekcyjne, dziś jest na jednej. Nie ma szans na omówienie całego tematu, więc reszta zostaje dzieciom do domu. Kiedyś jeden temat mieścił się na 2-3 stronach podręcznika, dziś nierzadko znajdziesz temat na 7-8 stronach. Nauczyciel cudów nie dokona. Tym bardziej nauczyciel opłacany grubo poniżej polskiej średniej krajowej.

Masz cynk?