Zachęcając kobiety do rodzenia martwego dziecka, Kaczyński przekonuje, że będzie "mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię". Sprawdzamy. Władze świeckie dają zmarłemu dziecku imię, pogrzeb, a rodzicom świadczenia. Kościół, choć powtarza, że człowiek jest od poczęcia, odmawia chrztu. Stawia też warunki przy pogrzebie

Osławioną zapowiedź Jarosława Kaczyńskiego o zaostrzeniu prawa aborcyjnego OKO.press postanowiło sprawdzić z innej niż poprzednio perspektywy (powyższe zdjęcie jest fotomontażem, taki krzyż mógłby stanąć na Pomniku Dzieci Nienarodzonych, o którym piszemy na końcu).


Ale będziemy dążyli do tego, by nawet przypadki ciąż bardzo trudnych, kiedy dziecko jest skazane na śmierć, mocno zdeformowane, kończyły się jednak porodem, by to dziecko mogło być ochrzczone, pochowane, miało imię

Jarosław Kaczyński, Wywiad dla PAP - 12/10/2016

06.10.2016 Warszawa , Sejm . Jaroslaw Kaczynski podczas porannego bloku glosowan . Najwazniejsze glosowanie nad projektem Ustawy Antyaborcyjnej . Fot . Slawomir Kaminski / Agencja Gazeta


Imię tak, pochówek też. Ale z chrztem mogą być kłopoty


Pytamy, czy zapewnienia, które prezes składa kobietom – występując niejako w imieniu władz państwowych i kościelnych – są uzasadnione. Czy rzeczywiście urodzenie martwego dziecka pozwoli nadać mu imię, pochować i – co ma zasadnicze znaczenie dla osób wierzących – ochrzcić? Odpowiedź okazuje się zaskakująca.

Chrzest w wodach płodowych?

Wydawałoby się, że skoro katolicka etyka opiera się na założeniu, że człowiekiem jest już zapłodniona komórka jajowa, Kościół zapewni chrzest dziecku kobiety, która decyduje się donosić ciążę pomimo wady letalnej płodu. Z perspektywy katolickiej podejmuje ona przecież heroiczny wybór ratowania „życia poczętego”, mając świadomość, że prawdziwe życie potrwa moment.

Ale to nie takie proste.

Kościół udziela sakramentów  jedynie ludziom żywym i to – ograniczając swoje rozumienie „życia” – koniecznie na zewnątrz ciała kobiety.

Kodeks prawa kanonicznego odzywa się tu językiem medycyny: „płody poronione, jeśli żyją, należy, jeśli to możliwe, chrzcić” (kanon 871).

Nie można więc ochrzcić płodu tuż przed porodem, nawet jeśli wiadomo, że lada moment dojdzie do śmierci dziecka. Właściwie dlaczego? Przecież akt symboliczny z definicji nie musi być rozumiany dosłownie. Ale jest.

Duszpasterze tłumaczą czasem w sposób trywialny, czemu nie chrzczą „dopochwowo”: „Jak polać czy tym bardziej zanurzyć w wodzie kogoś, kto jest cały zanurzony w wodach płodowych?”

  • Zobacz cały cytat

    Dopochwowo – tłumaczy wiernym portal mateusz.pl – nie chrzcimy po pierwsze dlatego, że to Pan Bóg zbawia człowieka, a nie człowiek, nawet jeśli sam Pan Bóg człowiekowi dał tak wiele środków zbawienia z sakramentami na czele. Życie sakramentalne to nie jakaś technika medyczna, która można stosować niczym diagnostykę prenatalną. Dlatego to nie stosujemy również zbiorowych rozgrzeszeń „in periculo mortis” dla osób wychodzących co dzień z domu np. do niebezpiecznej pracy. Podobnie też nie przesadzamy z szafowaniem sakramentem chorych (np. wobec autentycznie cierpiących na chrypkę, trądzik czy kaca). Chrześcijanie starają się raczej najpierw głosić Ewangelię, a dopiero potem stosować sakramenty. Logika „zbawiania za wszelką cenę” metodą pewnych magicznych automatyzmów jest nam stanowczo obca.

    Po drugie nie zapominamy, że sakramenty będąc narzędziami łaski są jednocześnie ważnymi symbolami, których czytelności zamazywać nie wolno. Chrzest jest włączeniem w Kościół – Ciało Chrystusa. Jest więc przeznaczony dla istot obdarzonych pewnego rodzaju autonomią, samodzielnością, choćby nawet bardzo ograniczoną, ale na tyle symbolicznie jasną, by takie rzeczywistości jak woda, tchnienie, wspólnota mogła być w sakramencie materialnie wyrażone. Jak polać czy tym bardziej zanurzyć w wodzie kogoś, kto jest cały zanurzony w wodach płodowych? Jak mówić o wspólnocie w przypadku kogoś kto póki co żyje w symbiozie z matką? Jak wreszcie mówić o wyborze drogi życia między ciemnością a światłem u kogoś, kto biologicznie cały jest w Bożych rękach? 

Poród, czyli wyścig z czasem

W 2014 roku było – według danych GUS – 1341 martwych porodów (na 376,5 tys. – 3,5 promila). Trudno oszacować, ile z nich to niespodziewane zdarzenia, a ile oczekiwane tragedie – porody uszkodzonych płodów. Według najnowszych znanych „Oku” szacunków w 2007 r. w pierwszych 24 godzinach umarło 187 dzieci z wrodzonymi wadami. Ale od 2007 r. liczba legalnych aborcji, głównie z powodu uszkodzeń płodu, się potroiła, więc można więc szacować, że porodów uszkodzonych płodów jest dzisiaj mniej. Może kilkadziesiąt rocznie?

Gdy kobieta decyduje się na donoszenie ciąży i ma szczęście trafić do dobrze prowadzonego hospicjum perinatalnego (Kaczyński używa błędnej nazwy „prenatalnego”) obok położnika/czki, neonatologa/żki,w porodzie uczestniczy też kapelan, który jest gotów udzielić natychmiast chrztu, o ile dziecko choć na chwilę przeżyje poród.

Nieoficjalnie można usłyszeć historie o ludzkich odruchach kapelana, który daje chrzest także w sytuacji niejasnej, a nawet wtedy, gdy dziecko właśnie zmarło.

Gdy to się jednak nie uda, pary, które wybrały poród zamiast aborcji z motywów religijnych, czeka rozczarowanie.



Pozostaje im pociecha psychologiczna – pamiątkowe zdjęcie, które robi fotograf, wybierając jak najmniej drastyczny kadr, a jeśli to nie jest możliwe, kosmyk włosów, odcisk stópki czy dłoni. Dla niektórych – zdarza się to także wśród niereligijnych par – tragiczny poród jest mimo wszystko lepszym rozwiązaniem niż aborcja.

Rodzice mają teoretycznie do dyspozycji także możliwość, że w wyjątkowych wypadkach chrztu może udzielić każda osoba wierząca. Wystarczy prosta formuła i kropla wody.

Czy nieochrzczone dziecko może zostać zbawione?

Przez długie wieki obowiązywała w chrześcijaństwie „teoria otchłani”, gdzie nieochrzczone dzieci bytowały w stanie zawieszenia między zbawieniem a potępieniem. Jej wymowa jest okrutna.

  • Początek sporu: Augustyn kontra Pelagiusz 

     Spór jest prawie tak stary jak chrześcijaństwo. W IV/V w. n.e. Pelagiusz w swoich wywrotowych – i dziwnie współcześnie brzmiących naukach – odrzucał prawdę o dziedziczeniu grzechu Adama i twierdził, że dziecko bez chrztu może zostać zbawione. Św. Augustyn doprowadził  jednak do uznania jego poglądu za herezję. Sam Augustyn doszedł do wniosku, że takie dzieci są skazane na piekło. Kluczowy był tu – i jest do dziś – cytat z Ewangelii św. Jana: „Zaprawdę, zaprawdę, powiadam ci, jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego”. Narodzenie z wody oznaczało chrzest.

    „Jest jeden chrzest – pisał Augustyn myląc przyczynę ze skutkiem – który jest taki sam dla dorosłych i dla dzieci oraz jest na odpuszczenie grzechów. Jeśli również małe dzieci są chrzczone, to dlatego, że są grzesznikami.

    Mimo że w sposób oczywisty nie są winne grzechu osobistego to (…) zgrzeszyły w Adamie”. Dlatego pójdą do piekła.

    Przez kolejne wieki obowiązywała „teoria otchłani”, z tym, że piekło zastąpiły wizje limbus puerorum, gdzie nieochrzczone dzieci bytowały w stanie zawieszenia między zbawieniem a potępieniem. Można sobie wyobrazić, ile taka nauka spowodowała cierpień moralnych kobiet, zwłaszcza, że śmiertelność okołoporodowa aż do XX wieku była ogromna (dziś w najmniej rozwiniętych krajach umiera nawet 100 dzieci na 1000 urodzeń).



W 2005 roku Watykan powołał międzynarodową komisję, która po dwóch latach prac wydała obfity dokument. Punktem wyjścia jest teologiczna bezradność: „Bóg nie objawił nam prawdy o losie tych dzieci bezpośrednio i wyraźnie”.  Komisja waha się. Z jednej strony cytuje Jana „Jeśli się ktoś nie narodzi z wody i z Ducha, nie może wejść do królestwa Bożego”, a z drugiej Mateusza: „Dopuśćcie dzieci i nie przeszkadzajcie im przyjść do Mnie; do takich bowiem należy królestwo niebieskie”.

Komisja pognębiła nieszczęsnych rodziców stwierdzeniem, że „rozważenie na nowo tych kwestii teologicznych nie może pomijać tragicznych konsekwencji grzechu pierworodnego. Grzech pierworodny pociąga za sobą stan oddzielenia od Chrystusa, który wyklucza możliwość oglądania Boga przez umierających w tym stanie”.

Ale jest też pociecha. Komisja wyraża

„nadzieję, że Bóg w swym miłosierdziu oczyści je [dzieci] przed śmiercią z grzechu pierworodnego, który nie został odpuszczony w chrzcie św., i przyjmie je do swojego królestwa w niebie”.

Pomóc w tym może modlitwa liturgiczna zwłaszcza w obrzędach pogrzebowych.

  • Zobacz co mówi o tym Katechizm

    Podobnie Katechizm Kościoła Katolickiego (art. 1261): „Dzieci zmarłe bez chrztu Kościół może tylko polecać miłosierdziu Bożemu, jak czyni to podczas przeznaczonego dla nich obrzędu pogrzebu. Istotnie, wielka łaskawość Boga, który pragnie, by wszyscy ludzie zostali zbawieni (1 Tm 2,4), i miłość Jezusa do dzieci pozwalają nam mieć nadzieję, że istnieje jakaś droga zbawienia dla dzieci zmarłych bez chrztu”. 

Imię musi mieć płeć 

Prawnie kluczowe było tu rozporządzenie ministra zdrowia [Zbigniewa Religi] z czasów poprzednich rządów PiS, które wprowadza tzw. kartę martwego urodzenia. Wydaje ją szpital. Zgodnie z ustawą z 2014 r. na jej podstawie Urząd Stanu Cywilnego sporządza akt urodzenia (z adnotacją, że dziecko urodziło się martwe), który zawiera m.in. nazwisko, imię (imiona) oraz płeć. Konieczność określenia płci dowodzi z kolei pewnej sztywności przepisów państwowych i sprawia, że wczesne poronienia są traktowane inaczej.



Rzecz jest o tyle istotna, że zalegalizowane martwe urodzenie daje prawo do świadczeń, w tym urlopu rodzicielskiego.

W marcu 2016 Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się – i to powtórnie – do resortu pracy o ujednolicenie przepisów w tym zakresie, aby umożliwić korzystania ze świadczeń, także kobietom, które poroniły.

Konsekwentnie rzecznik uważa, że konieczna jest rezygnacja z wymogu określenia płci w akcie urodzenia dziecka martwego. Ministerstwo się waha, bo idee, ideami, a kasa, kasą – liczba poronień może sięgać kilkadziesiąt tysięcy rocznie (według raportu Fundacji Przetrwać Cierpienie – 40 tysięcy w 2014 r.).

Nadawanie imion po utraconej ciąży, nawet zupełnie nieformalne,  jest dla niektórych par sposobem przeżywania straty. „Straciłam dwoje dzieci w pierwszym trymetrze i nie poznałam ich płci. Mówiłam pierwsza ciąża albo drugie dziecko i za każdym razem źle się z tym czułam. Aż (…) nadaliśmy naszym dzieciom imiona. Chcieliśmy mieć najpierw syna potem córkę, więc mamy Witka i Różę. Cieszę się, że wreszcie mówię o nich i do nich po imieniu, a z drugiej czuję się jak wariatka – opowiada internautka na stronie poronienie.pl.

  • Zobacz, o co walczy Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu

    Stowarzyszenie Rodziców po Poronieniu walczy ze stereotypami dotyczącymi poronienia. Poprzez wykłady, prelekcje, materiały informacyjne i działalność konsultacyjną stara się dotrzeć do opinii publicznej z podstawowymi prawdami:

    – że strata dziecka we wczesnej ciąży boli tak samo, jak strata dziecka donoszonego czy kilkulatka. Arogancją jest umniejszanie cierpienia matki po poronieniu: kobieta po poronieniu traci dziecko i traci wszystko, czym to dziecko mogło dla niej się stać. Czy można stracić więcej?

    – że kobiecie roniącej i ojcu dziecka należy się szacunek i pomoc, o które wcale nie jest tak trudno: zachowanie intymnej atmosfery przy badaniu, niekładzenie kobiety po poronieniu w jednej sali z ciężarnymi pacjentkami podpiętymi do ktg i skazywanie jej na słuchanie bicia serduszek ich dzieci, podczas gdy serce jej dziecka właśnie bić przestało, wreszcie udzielanie wyczerpującej informacji medycznej o tym, co się stało i jakie może mieć skutki – to są procedury, o które aż wstyd walczyć, takie się wydają oczywiste i podstawowe,

    – że decyzja o tym, czy matka może oglądać zmarłe dziecko, należy do matki, a nie do personelu medycznego, lekarzy lub położnych. Lekarze i położne powinni na tyle orientować się w procesach psychologicznych związanych z przeżywaniem żałoby, by chcieć i umieć delikatnie zachęcić kobietę do pożegnania się z dzieckiem, wiedząc, że pomoże jej to w dochodzeniu do siebie,

    – że nieocenioną rolę w psychicznym zdrowieniu kobiety po poronieniu odgrywają pamiątki po dziecku, takie jak odcisk stópki czy rączki na kartce papieru – pomoc w wykonaniu takiej pamiątki to kolejny gest, który niewiele kosztuje, a wiele znaczy. 

Pogrzeb: państwo go ułatwia ale …

Od 2007 r. prawo daje rodzicom możliwość odebrania ciała zmarłego dziecka, co wcześniej wymagało nieformalnych zabiegów. Pochówek jest możliwy także wtedy, gdy płeć dziecka nie została ustalona, na podstawie karty zgonu, ale wtedy kobieta jest pozbawiona prawa do zasiłku i urlopu macierzyńskiego, a nawet prawa do zasiłku pogrzebowego. Właśnie o zmianę tej sytuacji zabiega RPO.

Konferencja Episkopatu Polski zezwala na katolicki pogrzeb i mszę świętą pogrzebową dzieci nieochrzczonych, jeżeli rodzice pragnęli je ochrzcić.

Dowodem, że rodzice rzeczywiście chcieli ochrzcić dziecko, może być to, że regularnie uczestniczą we Mszy św. niedzielnej, czynnie uczestniczą w życiu jakiejś grupy parafialnej i z wiarą przeżywają śmierć dziecka.

Powodem odmowy pogrzebu nie może być fakt, że rodzice nie mają ślubu kościelnego lub nie są związani z życiem danej parafii.

„Należy mieć jakiś rodzaj moralnej pewności, że rodzice rzeczywiście mieli zamiar ochrzcić swoje dziecko. Wtedy dopiero można je uznać za katechumena, któremu w tej dziedzinie przysługują w Kościele te same prawa co ochrzczonym”.

Trudno zrozumieć, dlaczego Kościół chce kontrolować – a może dyscyplinować – religijność rodziców, którzy chcą pochować swoje dziecko.

Argument, że rodzice „chcą tylko jakiegoś magicznego zabiegu na wszelki wypadek” wygląda na czystą złośliwość, bo z punktu widzenia zmarłego dziecka nie ma przecież znaczenia, a pochówek i towarzysząca mu modlitwa liturgiczna – wedle zapewnień Kościół – może pomóc w zbawieniu. Innymi słowy, zmarłe dziecko jest karane za niedostateczną gorliwość rodziców.

Można zrozumieć wymóg religijności rodziców czy chrzestnych w przypadku chrztu dziecka żywego, bo ich wiara jest warunkiem chrześcijańskiego wychowania. Ale po co Kościół stosuje „szantaż religijny” w przypadku dziecka, którego nikt już nie będzie wychowywał?

Pomnik – grób Dzieci Nienarodzonych

Z tą ostrożnością w pochówku zmarłych dzieci kontrastuje zaskakująca praktyka chowania we wspólnym grobie płodów, które nie zostały odebrane ze szpitali przez rodziców.

W Płocku np. taki „pochówek dziesięciorga dzieci odbył się dzięki wsparciu biskupa płockiego Piotra Libery, prezydenta Płocka Andrzeja Nowakowskiego oraz radnych miejskich, którzy zdecydowali o przyznaniu środków finansowych na ten cel”. Jak informuje strona Deon.pl,

„inicjatywę zbudowania Grobu Dzieci Nienarodzonych podjęli wspólnie Biskup i Prezydent”.

Pierwszy taki grób w diecezji płockiej stoi w parafii św. Walentego w Gzach.



„Doczesne szczątki dzieci poronionych będą chowane w tym wyjątkowym grobie dwa razy w roku: w marcu i w październiku”. Czas oczekiwania spędzą w szpitalnych chłodniach

W pogrzebie nie uczestniczą (zapewne) kobiety, które utraciły ciążę. Są one jednak – pośrednio – piętnowane przez Kościół. „Biskup pomocniczy w Płocku Roman Marcinkowski prosił wiernych, aby modlić się za tych, którzy cierpią po stracie dzieci, oraz by przepraszać za brak troski o życie bezbronnych.”

Nie ma chyba racji „Gość Niedzielny”, że organizując takie pogrzeby, Kościół „wspiera rodziców, którzy doświadczają bolesnej straty, i umacnia ich nadzieję, że to dziecko żyje w Bogu, nie jakoś częściowo, ale jest w pełni szczęśliwe”.


Abonament na wolność słowa

Naczelny OKO.press. Redaktor podziemnego „Tygodnika Mazowsze” (1982–1989), przy Okrągłym Stole sekretarz Bronisława Geremka. Współzakładał „Wyborczą”, jej wicenaczelny (1995–2010). Współtworzył akcje: „Rodzić po ludzku”, „Szkoła z klasą”, „Polska biega”. Autor książek "Psychologiczna analiza rewolucji społecznej", "Zakazane miłości. Seksualność i inne tabu" (z Martą Konarzewską); "Pociąg osobowy".


Popularne:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym