Kuchnia Konfliktu, restauracja i przedsiębiorstwo społeczne, które zatrudnia uchodźców i migrantów, jest o krok od zamknięcia. Jarmiła Rybicka, założycielka: "Nie dajemy rady finansowo, bo nie jesteśmy zwykłą knajpą. Szukamy mieszkań dla naszych pracowników, zapisujemy ich do lekarza, pomagamy w integracji z Polakami. Wszystko to powinno robić państwo"

„Stoję przed dramatycznym wyborem. Albo zrezygnuję z misji społecznej: zrobię optymalizację i zamiast trzech osób na zmianie zatrudnię jedną, obniżę pensję ludziom i zrezygnuję z zatrudniania pani, która ma problemy z kręgosłupem. Albo zamknę lokal. Nie mamy szans zarobić na tak wysoki czynsz z naszym modelem biznesowym” – mówi OKO.press Jarmiła Rybicka z Kuchni Konfliktu.

Kuchnia Konfliktu powstała we wrześniu 2016 roku. Na początku działała sezonowo, tylko latem, w kontenerze nad Wisłą. Po roku bezowocnych starań znalezienia lokalu miejskiego z niższym czynszem, w lutym 2018 roku Jarmiła Rybicka wynajęła lokal przy ul. Wilczej za normalną, komercyjną cenę: „Wysłaliśmy wnioski do urzędów dzielnicy Mokotów, Ochota, Wola, Śródmieście, Mokotów. Szukaliśmy dzielnic, do których jest łatwy dojazd pociągami podmiejskimi – nasi pracownicy mieszkają pod Warszawą, nie stać ich na mieszkanie w mieście. Biuro Kultury Miasta Warszawa było zachwycone naszym wnioskiem, w którym opisywaliśmy nasze planowane działania. Następnie wniosek został przekazany dalej do urzędów dzielnic, i słuch po nim zaginął.

Nigdy nie dostaliśmy żadnej formalnej odpowiedzi albo uzasadnienia decyzji negatywnej. Teoretycznie urzędy mają 30 dni na odpowiedź. Udało nam się umówić na rozmowę z pełnomocniczką burmistrza Śródmieścia, która poinformowała nas, że miasto musi zarabiać pieniądze, w związku z tym nie stać go na wynajmowanie lokalów fundacjom.

Z Ochoty otrzymałyśmy informację, że mogłybyśmy przejąć lokal po solarium. Koszta remontu i przystosowaniu lokalu oszacowałyśmy na 150 tys. zł. Panie z urzędu powiedziała, że muszą usunąć sprzęt po solarium, co nie jest proste, i że odezwie się w przyszłości. Już nigdy się z nami nie skontaktowała.”

„Ze względu na misję społeczną nie mamy szans konkurować ze zwykłymi lokalami”

Dzisiaj w karcie: cytrynowy krem z soczewicy, mujaddara, czyli palestyński ryż z soczewicą z afgańskim sosem pomidorowym, pieczoną cukinią i czerwoną kapustą z sezamem i pomarańczami. A na deser firni na bazie ryżu i mleka z kardamonem, jabłkami i karmelem. Menu zmienia się codziennie, a przepisy pochodzą z rodzinnych krajów pracowników.

Jarmiła Rybicka: „Szukaliśmy sposobu, żeby wesprzeć cudzoziemców lokalnie. Chcieliśmy stworzyć oddolny projekt, który będzie działał codziennie i długofalowo, a nie skończy się po półrocznej dotacji. Chcieliśmy dać ludziom wędkę, a nie rybę, pomóc im się usamodzielnić, żeby nie musieli polegać na zasiłkach. Zaczęliśmy od foodtrucka, który działał w sezonie letnim, w lutym 2018 roku otworzyliśmy lokal przy ulicy Wilczej”.

Kuchnia Konfliktu to dwa oddzielne twory prawne: fundacja, oraz spółka – przedsiębiorstwo społeczne. Jarmiła Rybicka składała wnioski na wynajem lokalu w imieniu fundacji, ale w związku z tym, że lokalu nie dostała, jej pracownicy zatrudnieni są przez spółkę.

Jeśli działają jako spółka, czym w związku z tym różnią się od zwykłej restauracji? Jarmiła Rybicka tłumaczy: „Zatrudniamy tylko uchodźców i migrantów, czyli grupę społeczną, która jest wykluczona albo narażona na wykluczenie. To często są ludzie w bardzo trudnej sytuacji życiowej. Kluczem do zatrudnienia w tym miejscu nie są umiejętności gotowania, tylko potrzeba życiowa. Obecnie zatrudniamy około 10 osób. Kilka tygodni temu zatrudniliśmy bezdomną dziewczynę z Czeczenii. Pomagamy jej stanąć na nogi: wynająć łóżko w wieloosobowym pokoju w hostelu, zapisać się do lekarza, by mogła funkcjonować jako pełnoprawny członek społeczeństwa”. 

W związku z tym Kuchnia Konfliktu nie ma szans konkurować z normalnymi, komercyjnymi lokalami. Jarmiła Rybicka: „Naszym głównym celem nie jest maksymalizacja zysku, ale to, żeby nasi pracownicy mogli nabrać pewności siebie, podszkolić język polski, poznać Polaków. Często jesteśmy pierwszymi Polakami, z którymi się stykają. Chcemy, żeby później mogli lepiej funkcjonować na rynku pracy, a nie pobierać zasiłki. Stawiamy na legalne zatrudnienie i godziwe warunki pracy, co oznacza, że nie stawiamy na zmianie jednej osoby, która musi pracować za trzy, jak to najczęściej bywa w polskiej gastronomii. U nas rzeczywiście na zmianie pracują trzy osoby, które dzięki temu mogą czasem zrobić sobie przerwę. Fakt, że nasi pracownicy nie mówią dobrze po polsku również spowalnia naszą pracę – jesteśmy po prostu mniej wydajni”.

W Polsce nie istnieje polityka integracyjna dla cudzoziemców. Tę lukę wypełnia m.in. Kuchnia Konfliktu

Polski rząd nie ma pomysłu na to, jak integrować cudzoziemców ze społeczeństwem. Rząd nie pomaga im w wynajmie mieszkania czy w odnalezieniu się na rynku pracy. Jarmiła Rybicka: „Nie ma żadnej strategii, kursów aktywizujących. Uchodźcy i migranci są pozostawieni sami sobie. Polski rząd  oczekuje, że cudzoziemcy sami nauczą się polskiego [oprócz lekcji języka polskiego w ośrodkach dla cudzoziemców jedyne darmowe kursy polskiego są organizowane przez organizacje pozarządowe, bez żadnego wsparcia rządowego – przyp. red]”.

W Polsce pomocą cudzoziemcom zajmują się niemal wyłącznie organizacje pozarządowe, które do tej pory finansowane były głównie ze środków europejskich. Od 2015 roku jednak rząd PiS blokuje wypłaty z tzw. FAMI, czyli Funduszu Azylu, Migracji i Integracji. Jak wynika z raportu Stowarzyszenia Interwencji Prawnej, organizacje muszą ograniczyć wsparcia prawne i działania integracyjne dla cudzoziemców, tracą ciągłość i stabilność działań, rozpadają się fachowe zespoły, składające się z prawników, adwokatów, psychologów i tłumaczy.

  • Przeczytaj, jak wygląda wsparcie integracyjne dla uchodźców w Polsce

    Urząd do Spraw Cudzoziemców odpowiada za etap pre-integracji, czyli czas oczekiwania na decyzję w sprawie złożonego wniosku o ochronę. Ten etap w teorii służy przygotowaniu cudzoziemców do samodzielności (np. nauka języka). Zdaniem NIK w praktyce etap ten w niewystarczającym stopniu spełnia swoją rolę, chociaż środki Urzędu na ten cel znacząco wzrosły (z 33,7 mln zł w 2012 roku do 45,4 mln zł w 2014 roku). Bardzo niski odsetek cudzoziemców na etapie pre-integracji uczy się języka polskiego (od 14 do 17 proc.), a intensywność nauki jest niska. Nie rozpoznaje się też potrzeb rynku pracy i nie prowadzi szkoleń ani kursów zawodowych. Działania na etapie perintegracji sprowadzają się głównie do pomocy socjalnej, która, co potwierdza NIK, udzielana jest prawidłowo. Ten etap może trwać nawet 14 miesięcy.

    Na czas oczekiwania na decyzję Urzędu ds. Cudzoziemców cudzoziemcy mogą zostać w ośrodku, gdzie wprawdzie są bezpieczni i dostają jedzenie, ale nie mają szans na interakcje z polskim społeczeństwem, nie mają dostępu do kursów aktywizujących (poza lekcjami języka, ale i te są w ograniczonym zakresie: jeden nauczyciel w tym samym czasie uczy obywateli np. Ukrainy i Konga). Mają dostęp do opieki psychologicznej, ale psycholog dyżuruje w ośrodku zaledwie kilka godzin w tygodniu. Podczas pobytu w ośrodku dostają 70 zł miesięcznie „kieszonkowego” na osobę, prawo do pracy dostają dopiero po sześciu miesiącach pobytu. Ale gdzie i jak mieliby szukać pracy, jeśli nie nauczą się języka w wystarczającym stopniu?

    Drugą opcją jest wyprowadzka z ośrodka i poszukiwanie mieszkania na własną rękę – wtedy cudzoziemiec dostaje 750 zł miesięcznie. Znalezienie pokoju/mieszkania w Polsce przez cudzoziemca, zwłaszcza innego koloru skóry, graniczy z cudem, nie mówiąc o tym, że 750 zł na to nie wystarczy (do czynszu dochodzi jeszcze kaucja).

    Następujący później proces właściwej integracji, za który odpowiada Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, a którego zasadniczym elementem powinny być 12-miesięczne IPI, sprowadza się głównie do dalszej pomocy finansowej. Środki z budżetu państwa pokrywają tylko świadczenia i ubezpieczenie zdrowotne na czas trwania programów integracyjnych. Choć świadczenia w ramach IPI są względnie wysokie (w porównaniu do zasiłków socjalnych wypłacanych w Polsce), statusu materialnego uchodźców nie można porównać do statusu korzystających z pomocy społecznej obywateli polskich, gdyż ich potrzeby znacznie się różnią. Różnice te wynikają nie tylko z różnic w zakresie kompetencji kulturowej i językowej uchodźców i Polaków, ale też dysponowania siecią wsparcia społecznego, która w odniesieniu do uchodźców jest znacząco ograniczona. Program integracyjny przysługuje tylko i wyłącznie osobom, które otrzymają status uchodźcy – to najniższy odsetek wśród osób otrzymujących ochronę w Polsce. Większość osób otrzymuje inny rodzaj ochrony i wtedy nie przysługuje im żadne wsparcie.

    Pamiętając o wynikach badań wskazujących na relatywnie wysoką liczbę osób w Polsce (nawet w miejscowościach takich jak Łomża), gdzie znajdują się ośrodki dla osób ubiegających się o ochronę międzynarodową, które nigdy nie spotkały imigranta, i charakteryzujące te osoby obawy, że cudzoziemcy stanowią zagrożenie dla porządku publicznego, to trudności w znalezieniu mieszkania i zatrudnienia stają się zrozumiałe.

Potwierdza to raport Polskiej Akademii Nauk z lutego 2018 roku. Według autorów raportu uchodźcy w Polsce są wykluczani z życia społecznego: doświadczają dyskryminacji, mają systemowo utrudniony dostęp do zatrudnienia i zakwaterowania. Są za to wykorzystywani do zbijania kapitału politycznego i tworzenia klimatu paniki moralnej. Autorzy krytykują też brak rządowej polityki integracyjnej: „procesy integracji w społeczeństwie polskim (…) nie są przedmiotem wsparcia ze strony państwa polskiego, nie prowadzi się ich monitoringu ani pogłębionych badań na ten temat”.

Jarmiła Rybicka: „Staramy się zatrudniać osoby, które najbardziej tej pracy potrzebują, bo trudno im odnaleźć się na tradycyjnym rynku pracy. Jedną z naszych pracowniczek jest 60-letnia kobieta z Iraku, nie mówi za bardzo ani po polsku, ani po angielsku. Ma problemy zdrowotne, boryka się z przemocą domową. Nie ma żadnych przyjaciół w Polsce, jest sama i może liczyć właściwie tylko na naszą pomoc. Zatrudniamy też osoby, które mają wielodzietne rodziny i bardzo trudno im godzić pracę zawodową z opieką nad dziećmi. Dostosowujemy zmiany w pracy do godzin lekcji polskiego naszych pracowników. Pomagamy w wypełnianiu wszystkich wniosków, typu 500 plus i PIT. Pomagamy im zapisać się do lekarza – okazuje się, że większość naszych pracowników nigdy nie była u lekarza w ramach NFZ-u i zupełnie nie wiedzą, jak to zorganizować. Wszystkim pomagamy znaleźć mieszkanie – szukaliśmy na przykład mieszkania dla Lizy i jej męża. Dosłownie kilka dni temu po raz kolejny okazało się, że ogłoszenie o wynajmie jest nieaktualne, kiedy Liza przyszła oglądać mieszkanie w chuście”.

Dochodzi do tego ogrom pracy, którą Jarmiła i pracownicy Kuchni Konfliktu wykonują wolontariacko: darmowe warsztaty, wydarzenia kulturalne i edukacyjne, na które zaproszeni są warszawiacy i społeczność lokalna – którą też współtworzą migranci.

Miasto się chwali, ale nie pomaga

Jarmiła Rybicka: „Miasto nominowało nas do nagrody w Konkursie S3KTOR za najlepszy projekt aktywizujący, ale my nie chcemy nagrody – chcemy tylko traktowania na równi z innymi organizacjami pozarządowymi. Na naszej ulicy [Wilcza – przyp. red.] działa inna fundacja, Kooperatywa Dobrze, która też ma działalność komercyjną, wynajmuje lokal za czynsz preferencyjny – 20 zł za metr kwadratowy. My za metr płacimy ponad 100 zł. Z Kooperatywą Dobrze się bardzo lubimy i nawzajem wspieramy, ale chcę tylko pokazać na ich przykładzie, że jednak czasem miasto stać na wynajęcie lokalu fundacji.

Jestem na skraju wyczerpania psychicznego i fizycznego, nie mam już siły walczyć. Ja sama sobie nie wypłacam pensji od dawna, kończą mi się oszczędności, ale to nie jest głównym problemem. Co miesiąc stresuję się, że nie starczy mi na czynsz, na opłacenie rachunków i wypłacenie pensji pracownikom”.

Rozwiązaniem pewnie byłoby podniesienie cen, ale Jarmiła nie chce tego robić: „Chodziło o to, żeby ceny były przystępne, żeby mogli tu przychodzić lokalni mieszkańcy, a nie tylko warszawka. I to się udało – przychodzą rodziny, rodzice tłumaczą dzieciom, co to jest migracja, dlaczego czasem ludzie muszą wyjechać ze swojego kraju, mimo że wcale tego nie chcą. Rozmawiają z naszymi pracownikami, obie strony są ciekawe siebie nawzajem”.

Jarmiła wypisuje na tablicy menu, które zmienia się codziennie – w zależności od tego, kto danego dnia gotuje i z jakiego pochodzi kraju

Kiedy Urząd Miasta organizował w Teatrze Nowym spotkanie z władzami miejskimi ze Szwecji, bardzo zależało im na tym, żeby pracownicy Kuchni Konfliktu przygotowali kilka dań.

Jarmiła Rybicka: „Bardzo chcieli pokazać, że są otwarci na uchodźców. Kiedy miasto organizowało koncert dla Syrii, to też zamówili u nas catering i obiecywali, że na pewno nam pomogą, bo jesteśmy taką super inicjatywą. Władze miejskie, na czele z prezydent Hanną Gronkiewicz-Waltz lubią opowiadać, jak bardzo wspierają uchodźcom, ile pieniędzy wydali na kampanię społeczną Warszawa nie boi się uchodźców – super, ale konkretów nie widać”.

Jeżeli nic się nie zmieni, to ja będę musiała Kuchnię Konfliktu zamknąć. Nie jestem w stanie pracować po 12-17 godzin dziennie, bez dnia przerwy, bez wynagrodzenia, bez wsparcia jakiejkolwiek instytucji. Jeśli ktoś chce przejąć moją funkcje, serdecznie zapraszam.

„Cholernie szkoda, gdyby to się miało skończyć”

Jarmiła walczy o Kuchnię Konfliktu, bo efekty przerosły jej oczekiwania: „Kuchnia Konfliktu naprawdę działa jako koło zamachowe w integracji cudzoziemców w Polsce. Ludzie, którzy u nas pracują, nabierają pewności siebie, odczuwają przynależność do tego miejsca. Przychodzą wcześniej do pracy, żeby ugotować coś od siebie. Wraca im poczucie godności, sprawczość, są dumni z tego, że ich jedzenie smakują ludziom, a przepisy przywiezione z ich krajów mają jakąś wartość. Za każdym razem, jak zamykałyśmy Kuchnię Konfliktu po wakacjach [przed wynajęciem lokalu Kuchnia Konfliktu prowadziła w sezonie letnim foodtruck – przyp. Red.], to nasi pracownicy do nas dzwonili, pytali, kiedy otworzymy coś na stałe. Im naprawdę na tym zależy, czują się częścią Kuchni Konfliktu, zależy im, żeby to najlepiej działało.

„Osoby, które z nami pracowały w wakacje, teraz świetnie sobie radzą. Okazało się, że naprawdę niewiele trzeba. Hamza z Iraku przed rozpoczęciem pracy u nas prosił mnie, żebym poszła z nim na rozmowę o pracę! Teraz jest samodzielny, pracuje jako tłumacz arabskiego. Nastia z Donbasu powiedziała mi, że w pierwszych miesiącach przyjazdu do Polski Kuchnia Konfliktu była dla niej bardzo ważną siecią wsparcia. A teraz świetnie sobie radzi, pracuje w biurze pośrednictwa pracy, jesteśmy z nią w stałym kontakcie”.

„Dzięki temu, że zarabiają na siebie, pracują w przyjaznym otoczeniu, mają kontakt z Polakami – dostają niesamowitego kopa, przypływ pewności siebie, wraca im poczucie sprawczości i odpowiedzialności za swoje życie. Praca w miejscu, do którego chcą przychodzić ludzie, które się im podoba, przywraca poczucie własnej wartości i podmiotowości. Cholerna szkoda, gdyby to się miało skończyć.”

OKO.press wysłało prośbę o wyjaśnienie tego, co się stało z wnioskami Kuchni Konfliktu do urzędów dzielnic: Mokotów, Śródmieście, Praga, Wola i Ochota.

Kuchnia Konfliktu działa przy ul. Wilczej 60 od wtorku do soboty w godz. 13-20, w niedziele od 9 do 20. 

Absolwentka studiów europejskich na King’s College w Londynie i stosunków międzynarodowych na Sciences Po w Paryżu. Współzałożycielka inicjatywy Dobrowolki, pomagającej uchodźcom na Bałkanach i Refugees Welcome, programu integracyjnego dla uchodźców w Polsce.
W OKO.press pisze o służbie zdrowia, uchodźcach i sytuacji Polski w Unii Europejskiej.


Powiązane:

Lubisz nas?

Powiedz o tym innym