W USA Mateusz Morawiecki reklamował Polskę jako jeden z najbardziej proamerykańskich krajów w Europie. Jak rzadko, nie pomylił się. Kult Stanów to w Polsce zjawisko powszechne, nie tylko na konserwatywnej prawicy. Ale USA - ze względu na ogromne nierówności i targające krajem kryzysy polityczne - powinny być dla nas raczej ostrzeżeniem niż inspiracją

„Polska jest jednym z najbardziej proamerykańskich krajów w Europie” – stwierdził Mateusz Morawiecki w wywiadzie w telewizji Fox News. W tej samej rozmowie przekonywał, że nasz kraj staje się Doliną Krzemową Europy. O ile to drugie twierdzenie jest – delikatnie mówiąc – odległe od prawdy (o czym pisaliśmy w OKO.press) to polska fascynacja Stanami jest faktem.

Jest jednak wiele powodów, by przestać traktować USA jako wzór, a zacząć patrzeć na ten kraj jako na ostrzeżenie. Jeśli już chcemy szukać gdzieś inspiracji, to istnieją o wiele lepsze kandydatury do tego miana niż USA – pisze dla OKO.press Tomasz Markiewka*.

Być jak USA

Fascynacja Stanami Zjednoczonymi to jedna ze stałych cech polskiej debaty politycznej. Tomasz Lis przyznał w jednym z tekstów, że marzeniem jego pokolenia było upodobnienie Polski do USA. Jest to powszechna i zrozumiała postawa wśród osób, które żyły w PRL i pragnęły wyzwolenia się od wpływów Związku Radzieckiego – Stany Zjednoczone jawiły się wtedy zarówno jako główny sojusznik, jak i ideał rozwojowy. Do dziś większość z nas podziela tę fascynację.

W badaniach ankietowych opublikowanych w zeszłym roku przez Pew Research Center aż 70 proc. Polaków miało życzliwe nastawienie do USA. Wyróżnia nas to na tle większości krajów europejskich – na przykład w Niemczech na USA przychylnie spogląda zaledwie 30 proc. osób, w Holandii 34 proc., we Francji 38 proc., w Szwecji zaś 44 proc.

W dziedzinie polityki nasz wyjątkowo pozytywny obraz USA zamieniał się często w niebezpieczny bezkrytycyzm. Najsmutniejszym przykładem tej postawy było zezwolenie Amerykanom na prowadzenie w Polsce tajnych więzień CIA, w których zdaniem Europejskiego Trybunału Praw Człowieka dochodziło do torturowania więźniów.

Amerykańskie symbole nowoczesności

Najbardziej długotrwałą i znaczącą konsekwencją naszego zachwytu nad Stanami było i jest przejmowanie amerykańskich wzorów polityki ekonomicznej. Nie chodzi tylko o to, że 30 lat temu przestawialiśmy polską gospodarkę na kapitalistyczne tory, kierując się wstępnym planem i podpowiedziami Jeffreya Sachsa, amerykańskiego ekonomisty, który w tamtych czasach – tak już duża część Amerykanów – był fundamentalistą rynkowym. Te podobieństwa widać także w tym, jak rozmawiamy o gospodarce. Traktowanie niskich podatków jako symbolu nowoczesności, nieustanne straszenie socjalizmem, bezkrytyczna wiara w rynek, lekceważenie problemu nierówności – to cechy charakterystyczne zarówno dla Polski, jak i USA ostatnich 30 lat.

Problem polega na tym, że USA to fatalny wzór, z czego coraz częściej zdają sobie sprawę sami Amerykanie. Stany Zjednoczone mogą być jedną z najsilniejszych gospodarek na świecie, ale większość mieszkańców kraju czerpie z tego coraz mniejsze korzyści. Jak wielokrotnie podkreślał Joseph Stiglitz, zdobywca Nagrody Banku Szwecji im. Alfreda Nobla, realne zarobki dużej części amerykańskiego społeczeństwa od kilkudziesięciu lat stoją w miejscu. Stany Zjednoczone mają też narastający problem z mobilnością społeczną – dzieciom coraz trudniej prześcigać własnych rodziców pod względem zarobków czy wykształcenia.

Na przykład prawdopodobieństwo wspięcia się wyżej na drabinie dochodów od swoich rodziców spadło z 90 proc. dla osób urodzonych w latach 40. XX wieku, do 50 proc. dla urodzonych w latach 80. To jest niedobra wiadomość szczególnie dla młodych ludzi pochodzących z biedniejszych rodzin – oznacza bowiem, że wzrasta ryzyko utknięcia w niższej klasie społecznej.

Potwierdzają to dane OECD, które wskazują na to, że Stany Zjednoczone wypadają wyjątkowo źle, jeśli idzie o szanse na to, że dzieci rodziców wykonujących proste prace fizyczne znajdą lepiej płatny zawód menedżerski. USA są też w czołówce krajów mających problem z rosnącymi nierównościami w wynagrodzeniach. Również jeśli chodzi o procent ludzi żyjących w biedzie, Stany Zjednoczone należą do niechlubnej czołówki wśród państw rozwiniętych – prześcigają takie kraje, jak Dania czy Finlandia o ponad 10 punktów procentowych.

Kim się inspirować?

Może zatem pora przestać traktować USA jako wzór, a zacząć patrzeć na ten kraj jako na ostrzeżenie? Jeśli już chcemy szukać gdzieś inspiracji, to istnieją o wiele lepsze kandydatury do tego miana niż USA.

Gdy spojrzymy na rankingi szczęścia, demokracji czy praworządności, to szybko dostrzeżemy, że w czołówce powtarza się grupa tych samych państw. Finlandia, Dania i Norwegia to pierwsza trójka w najnowszym rankingu szczęścia. W rankingu demokracji zajmują one odpowiednio miejsca numer 8, 5 i 1. Podobnie wygląda czołówka rankingu praworządności: na czele jest Dania, za nią plasują się Norwegia i Finlandia. We wszystkich tych rankingach wysoko znajduje się też Szwecja.

Państwa skandynawskie wydają się więc o wiele lepszym punktem odniesienie niż USA.

Co moglibyśmy od nich podpatrzeć? Na najbardziej podstawowym poziomie ich podejście do państwa. W Polsce popularne są dwa sposoby myślenia o zadaniach instytucji państwowych. Wedle pierwszego z nich najlepsze, co może zrobić państwo w większości sytuacji, to usunąć się w cień. To idea „taniego państwa”, które często jest redukowane do nadzorcy kolejnych etapów prywatyzowania, deregulowania i oddawania pola siłom wolnego rynku. Wśród części polityków i komentatorów istnieje silne przekonanie, że państwo ma po prostu nie przeszkadzać, bo tak buduje się silną gospodarkę. Wedle drugiego sposobu myślenia państwo służy do pielęgnowania tożsamości narodowej: do promowania „tradycyjnej wizji rodziny”, do propagowania określonej wizji polskości w szkołach i instytucjach państwowych, do kształtowania postaw patriotycznych.

Państwo, które dba o obywateli

Kraje skandynawskie wybierają inną drogą: państwo nie jest tam ani od tego, żeby się schować, ani od tego, żeby trzymać się na siłę narodowościowej tradycji. Jego zadaniem jest aktywny udział w budowaniu ogólnego dobrobytu. Przykładem doskonale obrazującym tę szerszą tendencję jest stosunek Finów de edukacji. Finlandia słynie z tego, że jej szkolnictwo stoi na wysokim poziomie. Jak się to udało? Finowie nie dokonali tego ani przez oddawanie szkoły na żywioł sił rynkowych, ani przez debatowanie o tym, ile godzin lekcji historii trzeba jeszcze dodać do programów, żeby zbudować w dzieciach postawy patriotyczne. Zamiast tego zadbali o dwa fundamenty całego systemu, czyli o uczniów i nauczycieli.

Jeśli chodzi o tych pierwszych, to państwo troszczy się nie tylko o zapewnienie im darmowej edukacji na wysokim poziomie, ale finansuje dodatkowo posiłki i dojazdy do szkół. Tak, aby każde dziecko miało możliwie równe szanse rozwijania swojego potencjału.

Jeśli chodzi o nauczycieli, to zadbano, żeby ich zawód należał do jednych z najbardziej cenionych w kraju. Odpowiednie reformy zaczęto wprowadzać już w latach 70. XX wieku. W ich wyniku kształcenie przyszłych nauczycieli przeniesiono na uniwersytety, a od wszystkich kandydatów do pracy dydaktycznej w szkole zaczęto wymagać dyplomu magistra, podnosząc jednocześnie wymagania związane z ukończeniem studiów pedagogicznych. Dodatkowo w pierwszym okresie wprowadzania reform zobligowano zatrudnionych już nauczycieli do przejścia dodatkowych kursów.

Jednocześnie stopniowo dawano nauczycielom coraz większą wolność w decydowaniu, jak ma wyglądać nauka w ich klasach. Nauczyciele w Finlandii są też znacznie lepiej opłacani niż w Polsce, nawet jeśli weźmiemy pod uwagę to, że Finlandia jest droższym krajem. Także ogólne wydatki państwowe na edukację – liczone jako procent PKB danego kraju – są wyższe w Finlandii niż w Polsce.

Sprawiedliwe podatki

Fiński system edukacji to tylko jeden z wielu przykładów. Równie dobrze moglibyśmy poddać analizie, jak myśli się o podatkach w Polsce, a jak w państwach skandynawskich. W naszym kraju nadal popularne jest przekonanie, że im niższe podatki dla osób dobrze zarabiających, tym lepsze. Bo podatki to państwo, a państwo to zło – im mniej podatków i im niższe one są, tym mniej państwa, a więcej rynku i możliwości dla ludzi zaradnych. Kraje skandynawskie poszły w przeciwną stronę i od lat konsekwentnie stosują rozwiązania progresywne, co sprawia, że najwyższe stawki podatków dochodowych wynoszą tam mniej więcej 50-60 proc., a nie 32 proc. jak w Polsce.

Nasze podejście – niska górna stawka podatku dochodowego, niska kwota wolna od podatku, łatwość w fikcyjnym przechodzeniu na samozatrudnienie oraz relatywnie wysoki VAT – prowadzi do paradoksalnej sytuacji, w której polski system podatkowy jest regresywny, to znaczy, bardziej obciąża osoby ubogie niż bogate. Rozwiązania skandynawskie poskutkowały zaś tym, że tamtejsze kraje znajdują się w ścisłej czołówce państw z najmniejszymi nierównościami społecznymi na świecie.

To o tyle ważne, że jak dowodzą Richard Wilkinson i Kate Pickett, niski stopień nierówności jest istotną składową ogólnego dobrobytu społecznego. Do pewnego poziomu liczy się po prostu bogactwo danego kraju. Na przykład długość życia albo poczucie szczęścia będą większe w krajach bogatych, a mniejsze w biednych. Nie ma w tym niczego zaskakującego.

Gdy jednak dany kraj należy już do grona państw zamożnych, na dobrobyt jego mieszkańców coraz silniej wpływają nierówności społeczne. Im mniejsze, tym lepiej.

W książce „Duchu równości” na podstawie analizy setek danych statystycznych Wilkinson i Pickett pokazują, że poziom nierówności jest skorelowany między innymi z poziomem zaufania, zaburzeniami psychicznymi, długością życia, otyłością, wynikami nauczania dzieci, mobilnością społeczną oraz liczbą więźniów.

Istnieją zatem wyraźne korzyści z dbania o to, aby nierówności społeczne nie były zbyt duże. Nie można sobie jednak poradzić z nierównościami, wierząc bezkrytycznie w mechanizmy wolnorynkowe i obniżając podatki dla najbogatszych tak bardzo, że ostatecznie to uboższa część społeczeństwa ponosi największy ciężar podatkowy.

Polska to nie Skandynawia… tylko co z tego?

Pomysł, aby wzorować się na państwach skandynawskich zamiast na USA, nie jest nowy. Do jego zwolenników od lat należy na przykład filozof i krytyk neoliberalizmu prof. Andrzej Szahaj. Najczęściej jednak ta propozycja jest zbywana machnięciem ręki, połączonym z bezrefleksyjnie powtarzanym hasłem, że Polska to nie Skandynawia i nie można do nas przenieść tamtejszych rozwiązań.

Jeśli wzorowanie się na jakiejś grupie państw ma oznaczać mechaniczne kopiowanie ich prawa i regulacji gospodarczych, to oczywiście jest to niemożliwe. Nie ma dwóch identycznych krajów, dotyczy to zresztą także krajów skandynawskich – Dania i Finlandia nie są dokładnie takie same. Ale to banalne spostrzeżenie nijak ma się do propozycji, aby wykorzystać kraje skandynawskie jako inspirację do wprowadzenia wybranych rozwiązań – jako drogowskaz, w jakim kierunku powinniśmy zmierzać.

Część osób uważa, że istnieje tu poważny problem kulturowy. Polskie społeczeństwo jest zupełnie odmienne od społeczeństw skandynawskich i to, co zadziałało na północy Europy, u nas nie ma szans na realizację – mówią. Bez wątpienia takie różnice istnieją. Na przykład państwa skandynawskie wypadają zdecydowanie lepiej niż my w kategorii zaufania społecznego. Pytanie brzmi jednak, na ile te różnice społeczno-kulturowe są na tak głębokie, że nic nie da się z nimi zrobić i skazują Polskę na zupełnie odmienne rozwiązania.

Niepracowity jak Japończyk

Znany koreański ekonomista Ha-Joon Chang, wykładowca ekonomii rozwoju na Uniwersytecie w Cambridge, wskazuje, że ludzie mają tendencję do przeceniania wpływów tradycji, a niedoceniania wpływu reform politycznych. W książce Źli Samarytanie przytacza kilka opinii z początku XX wieku na temat Koreańczyków i Japończyków. Okazuje się, że jednych i drugich oceniano wtedy jako ludzi leniwych oraz niezdyscyplinowanych, niezdolnych do zbudowania sprawnej gospodarki i społeczeństwa. „Jeśli chodzi o waszą tanią siłę roboczą, to szybko straciłem złudzenia, gdy zobaczyłem jak ludzie pracują” – pisał w 1915 roku na temat Japończyków jeden z australijskich menadżerów. „Widząc waszych ludzi przy pracy, poczułem, że jesteście bardzo zadowoloną i żyjącą na luzie rasą, dla której nie liczy się czas. Gdy rozmawiałem z niektórymi menadżerami, powiedzieli mi, że nie dało się zmienić nawyków związanych z dziedzictwem narodowym”.

Po serii reform politycznych w drugiej połowie XX wieku, które rozpoczęły okres dynamicznego rozwoju krajów azjatyckich, ten stereotyp uległ odwróceniu. Japończycy i Koreańczycy uchodzą dziś za ludzi przedsiębiorczych i pracowitych. Co zabawne, w obu przypadkach – i kilkadziesiąt lat temu, i teraz – podawano to samo wytłumaczenie: konfucjanizm. Gdy uważano Japończyków i Koreańczyków za narody nienadające się do pracy, konfucjanizm był oskarżany o zniechęcanie do kreatywności i przedsiębiorczości. Dziś wielu uważa, że to właśnie tradycja konfucjanizmu stoi za przedsiębiorczością Japończyków i Koreańczyków.

„Ten sam kulturowy element można interpretować jako mający pozytywne lub negatywne implikacje, w zależności od tego, jaki skutek chce się osiągnąć” – pisze Chang.

„Niektórzy myślą, że to nacisk na lojalność sprawia, że japońska odmiana konfucjanizmu jest bardziej odpowiednia niż inne dla rozwoju gospodarczego. Inni z kolei sądzą, że to właśnie nacisk na lojalność jest w konfucjanizmie nie w porządku, bo tłamsi niezależność myślenia, a zatem innowację”.

Nie chodzi o to, że kultura i tradycje danego społeczeństwa są bez znaczenia. Rzecz w tym, że zbyt łatwo posługujemy się nimi jako wymówką – jako pozornie uniwersalnym wytłumaczeniem sukcesów i porażek danych państw. Nawyki społeczne się zmieniają. Obserwujemy to także w Polsce. Na przykład w ostatnich latach całkiem szybko zmieniamy stosunek do praw kobiet i osób LGBT, co regularnie pokazują sondaże Ipsos dla OKO.press.

Mamy 2019, a nie 1989

A co z równie popularnym argumentem „Polski nie stać na takie rozwiązania jak w państwach skandynawskich”? Byłby on może przekonujący, gdyby takie kraje jak Finlandia, Dania czy Szwecja prowadziły politykę socjalną od kilku, kilkunastu lat. W rzeczywistości jednak zaczęły ją wprowadzać niemal wiek temu, w czasach, gdy wcale nie były takie bogate.Szwecja pierwsze reformy socjalne przeprowadziła jeszcze przed I wojną światową. Finlandia niewiele później i to mimo tego, że po II wojnie światowej musiała włożyć wiele pracy w to, aby doszlusować do grona najprężniejszych gospodarek światowych.

Poza tym warto pamiętać, że mamy rok 2019, a nie 1989. Choć Polska nie należy do najbogatszych państw na świecie, to nie jest też szczególnie biedna. Program 500 plus wbrew czarnym zapowiedziom nie zrujnował finansów państwa, a nasz dług publiczny – mimo dramatycznych apeli fundamentalistów rynkowych – wcale nie należy do szczególnie wysokich na tle innych krajów europejskich. Co oczywiście nie znaczy, że nie musimy się nim przejmować, po prostu nasza sytuacja pod tym względem nie jest dramatyczna i nie znajdujemy się na krawędzi przepaści.

Większa część dzisiejszej opozycji przegapiła moment, w którym Polska mogła sobie pozwolić na odważniejszą politykę społeczną. Mówiła językiem sprzed kilkudziesięciu lat, przywiązana do amerykańskich mitów wolnorynkowych z przełomu lat 80. i 90.

XX wieku. Teraz błądzi pomiędzy kopiowaniem rozwiązań PiS-u (proponując własne modele 500 plus) a krytykowaniem ich za pomocą starych dogmatów fundamentalizmu rynkowego.

Istnieje dla Polski inna droga. Nie trzeba ani niewolniczo naśladować PiS-u, ani mówić coraz śmieszniejszym językiem amerykańskich fanatyków rynkowych – można zamiast tego zacząć czerpać inspiracje z tych państw, w których ludziom żyje się najlepiej.


*Dr. Tomasz S. Markiewka – filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.

Filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press