Prawa autorskie: Krzysztof Hadrian / Agencja GazetaKrzysztof Hadrian / Agencja Gazeta
23 października 2020

Kwarantanny o 30 proc. w dwa dni. Czy wpłynie to na gospodarkę? Czy czeka nas lockdown? [ROZMOWA]

Już prawie 400 tys. osób siedzi w Polsce na kwarantannie, a kolejne tysiące są poza systemem. Ilu to pracowników? Jak wpłynie to na gospodarkę? O kwarantannach i rozważanych przez ekonomistów scenariuszach na najbliższe tygodnie rozmawiamy z dr. Jakubem Borowskim

Codziennie śledzimy epidemiczne statystyki i słusznie patrzymy na nie z coraz większym niepokojem. Liczba nowych odnotowanych zakażeń, zajętych łóżek szpitalnych i osób pod respiratorami to jednak nie wszystko. Od kilku dni ostro podskoczył wskaźnik osób na kwarantannie. Oficjalnie jest ich już 378 tys. Jeszcze dwa dni temu – 289 tys. To wzrost o 30 proc. w ciągu dwóch dni. Epidemia zapełnia nie tylko szpitale, ale też zamyka ludzi w mieszkaniach, części z nich – uniemożliwia pracę.

Publiczne zdrowie jest najważniejsze i rządzący powinni podejmować kolejne decyzje, myśląc przede wszystkim o nim. Ale razem z problemami w służbie zdrowia, wzrastają problemy w gospodarce. Czy kolejne dziesiątki tysięcy osób na kwarantannie mogą negatywnie wpłynąć na polską gospodarkę, a w konsekwencji na portfele Polaków? Jakie scenariusze rozważają dziś ekonomiści? Rozmawiamy o tym z dr. Jakubem Borowskim, głównym ekonomistą banku Credit Agricole i wykładowcą w Szkole Głównej Handlowej.

Jakub Szymczak, OKO.press: Ile osób na kwarantannie to pracownicy?

dr Jakub Borowski: Nie mamy precyzyjnych danych. Oczywiście na kwarantannie są dzieci, emeryci, są pracownicy, którzy mogą pracować z domu i tacy, którzy tak pracować nie mogą. Tylko część to osoby, które muszą przerwać pracę.

Z badania GUS przeprowadzonego w pierwszej dekadzie października wynika, że w sektorze przedsiębiorstw problem braku pracowników w związku z pobytem na kwarantannie lub innymi przyczynami (z wyłączeniem pracy zdalnej oraz nieplanowanej nieobecności z tytułu urlopów, opieki nad dziećmi i członkami rodziny) wahał się - w zależności od branży - od 1,3 proc. do 4,0 proc.

Zakładając, że poza sektorem badanych przedsiębiorstw odsetek ten jest zbliżony, możemy tu mówić o zauważalnym, negatywnym wpływie kwarantanny na konsumpcję poprzez dwa kanały. Pierwszy z nich to niższe dochody - osoby te przechodzą na zwolnienie i otrzymują 80 proc. wynagrodzenia. Mniejszy jest wówczas fundusz płac i konsumpcja.

Tu trzeba zaznaczyć, że mamy do czynienia z niepewnością dotyczącą faktycznej liczby osób, która w tej chwili rzeczywiście jest na kwarantannie. Osoby przebywające na kwarantannie sygnalizują, że sanepid nie nadąża z rejestrowaniem tych osób. Nie podejmuję się szacowania, jak duża jest to grupa, ale warto o tym pamiętać. Ponadto, gdyby nie wprowadzane stopniowe obostrzenia, osób na kwarantannie byłoby więcej. Można zatem powiedzieć, że w jakimś sensie substytuujemy kwarantannę obostrzeniami, które również mają negatywny wpływ na aktywność gospodarczą.

Co jest drugim kanałem?

Kwarantanna ma negatywny wpływ na nastroje konsumenckie. Jeśli rośnie prawdopodobieństwo, że na taką kwarantannę trafimy, a nasza sytuacja materialna może się pogorszyć w najbliższym czasie, to ograniczamy wydatki konsumpcyjne.

W najbliższych miesiącach zakres pandemii w Polsce pozostanie wysoki. Dlatego trzeba się liczyć z tym, że kwarantanna nie będzie tylko jednorazowym epizodem – można na nią trafić kolejny raz.

To wszystko razem oddziałuje niekorzystnie na nastroje konsumenckie. I to widać już w danych GUS, gdzie mamy do czynienia z wyraźnym pogorszeniem tych nastrojów. W październiku bieżący wskaźnik ufności konsumenckiej spadł do poziomu najniższego od maja. Do pogorszenia nastrojów przyczyniły się głównie wprowadzane w związku z pandemią obostrzenia, ale kwarantanna dołożyła swoje. Spodziewam się, że będziemy szli dalej w dół, szczególnie jeśli chodzi o inny wskaźnik, który obrazuje skłonność do realizowania ważnych zakupów.

Czy w takim razie czeka nas poziom z kwietnia?

Poziom z kwietnia byłby możliwy, gdybyśmy zdecydowali się na dłuższy lockdown. Dzisiaj mamy dwa scenariusze. Pierwszy, to długotrwałe przeciążenie służby zdrowia. Nie wprowadzamy lockdownu, a zamiast tego mamy różne obostrzenia i systematycznie zwiększamy liczbę łóżek covidowych, przy jednoczesnym pogorszeniu jakości obsługi w szpitalach. To dla rządu bardzo ryzykowny scenariusz, również w sensie wizerunkowym. W tym scenariuszu mamy też wydarzenie takie jak dzień Wszystkich Świętych, który najprawdopodobniej przyczyni się do zwiększenia transmisji wirusa. Mówiąc krótko, najbliższe tygodnie pozostają ekstremalnie trudne dla służby zdrowia.

Jak wygląda drugi scenariusz?

Dajemy w nim duży oddech służbie zdrowia i wprowadzamy ostry i krótkotrwały lockdown. Dla scenariusza tego ukuto już nawet nazwę: „przerywacz obwodu”. Tak jak wyłączamy bezpiecznik w obwodzie elektrycznym, tak przerywamy transmisję wirusa na dwa-trzy tygodnie. W tym scenariuszu mamy bardzo duże ograniczenie mobilności, zamknięcie części firm, część może działać w trybie, który wyklucza kontakt. Tutaj nastroje konsumenckie rzeczywiście mogą zbliżyć się poziomu kwietniowego.

W tym wariancie bardzo ważne jest precyzyjne komunikowanie tego scenariusza przez władze. Rząd może powiedzieć, że w te dwa-trzy tygodnie musimy się, mówiąc kolokwialnie, spiąć. Jeśli dostaniemy jasny przekaz, proste zasady i solidarnie podejdziemy do ograniczeń, wówczas nastroje konsumenckie mogą pogorszyć się mniej niż wiosną. Wtedy nie wiedzieliśmy, co nas czeka za tydzień, miesiąc, bardzo mało wiedzieliśmy na temat wirusa, tego jak się rozprzestrzenia i jak leczyć COVID. Obawy związane z pandemią były bardzo duże.

To z pewnością będzie decyzja niepopularna, czy rząd odważy się znów zamknąć gospodarkę?

22 października minister Niedzielski pierwszy raz powiedział na głos, że taki scenariusz jest realny. Powiedział wręcz, że dwu-trzytygodniowy okres ostrych obostrzeń byłby prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem. Ta idea w rządzie dojrzewa. I to bardziej prawdopodobny wariant niż scenariusz powolnego wykrwawiania się służby zdrowia.

Jesteśmy w stanie oszacować, ile taki lockdown będzie kosztował gospodarkę?

Taki reset może nas kosztować około dwa proc. PKB w skali kwartału, ostatecznie około 0,6 proc. w skali roku. Izrael to zrobił, robi to teraz Walia. Kolejne kraje przyznają, że nie ma innego wyjścia. To sposób, żeby odciążyć służbę zdrowia i ograniczyć transmisję wirusa. Potem wracamy do względnej normalności. Ale trzeba się wówczas liczyć z tym, że konieczna może być powtórka np. w lutym. Wówczas koszty gospodarcze będą podobne.

W dwa dni przybyło prawie 90 tys. osób na kwarantannie. Co, jeśli będzie na niej pół miliona osób albo więcej? To potencjalnie setki tysięcy niepracujących.

Pół miliona osób na kwarantannie nie będzie. Zbliżamy się do maksimum. Napływ osób do kwarantanny jest obecnie wyższy niż odpływ, bo liczba nowych zakażeń rośnie. W warunkach obostrzeń, które mamy teraz, jeśli wypłaszczymy krzywą nawet na poziomie 10 tys. nowych zakażeń dziennie, to liczba osób na kwarantannie się ustabilizuje.

Pół miliona osób na kwarantannie oznacza, że liczba nowych zakażeń dalej rośnie lawinowo, a trudno oczekiwać, że rząd będzie patrzył na to bezczynnie.

Jak w wymienionych przez Pana scenariuszach jesienna fala epidemii wpływa na prognozy makrogospodarcze – wzrost PKB w tym i kolejnym roku?

Wciąż liczymy. Trzeba uwzględnić wiele czynników. Trzeci kwartał był lepszy, niż się spodziewaliśmy, i trzeba go będzie podciągnąć w górę. Czwarty będzie z kolei gorszy, bo spodziewamy się przecież ostrzejszych obostrzeń niż dotychczasowe. Na razie rząd przyjął strategię dawkowania.

Wszystko - łącznie ze słowami ministra zdrowia - wskazuje jednak na to, że taki mały lockdown jest nieunikniony. Ale rząd zwleka.

Wydaje mi się, że głównym problemem jest to, że po drodze mamy uroczystość Wszystkich Świętych. Myślę, że gdyby tego nie było, prawdopodobieństwo, że rząd szybciej zdecydowałby się na dwa tygodnie ostrych ograniczeń, byłoby większe. Logika dotychczasowych ograniczeń sugeruje natomiast, że rząd chce dotrwać do Wszystkich Świętych. A to kontrowersyjna strategia, która może przynieść silny wzrost zakażeń w połowie listopada. Rząd stoi przed trudną politycznie decyzją.

Udostępnij:

Jakub Szymczak

Dziennikarz OKO.press. Autor książki "Ja łebków nie dawałem. Procesy przed Żydowskim Sądem Społecznym" (Czarne, 2022). W OKO.press pisze o gospodarce i polityce społecznej.

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne