Alexandria Ocasio-Cortez chce 70 proc. stawki podatkowej na dochody powyżej 10 mln dolarów rocznie. Elisabeth Warren ma zamiar opodatkować majątki superbogaczy. Amerykańscy Demokraci idą na wojnę z koszmarnymi nierównościami, które niszczą kraj i dają paliwo prawicowym demagogom. Ich pomysły popierają też wyborcy prawicy. Czy jest tu jakaś lekcja dla Polski?

Państwem rządzi demagog, który nieustannie mija się z prawdą, prowadzi podejrzane interesy biznesowe, słynie z ksenofobicznych wypowiedzi i dla wielu jest symbolem kryzysu demokracji. Do władzy doszedł, atakując elity polityczne i zapowiadając, że uczyni obywateli dumnymi ze swojego kraju. Co to za państwo? Stany Zjednoczone.

Problemy amerykańskiej opozycji są pod pewnymi względami podobne do tych, z którymi zmagają się Polacy. Donald Trump jest tam traktowany jako równie poważne zagrożenie dla demokracji co Jarosław Kaczyński w Polsce. Jego zwycięstwo w wyborach dla wielu było szokiem, a opozycja długo nie mogła dojść do siebie po porażce.

Wydaje się jednak, że politycy opozycyjnej Partii Demokratycznej znaleźli w końcu rozwiązanie, które przemawia do większości amerykańskich obywateli i budzi postrach wśród części wyborców Trumpa oraz polityków Partii Republikańskiej. Co to za rozwiązanie? Podatki.

Kto da więcej?

Zaczęło się od propozycji Alexandrii Ocasio-Cortez, popularnej – i najmłodszej w historii – amerykańskiej kongresmenki. Polityczka przedstawiła pomysł 70 proc. stawki podatkowej nałożonej na dochody powyżej 10 milionów dolarów rocznie. Na prawicy wywołało to paniczne reakcje. Grover Norquist, znany działacz społeczny współpracujący z Partią Republikańską, porównał podatek do niewolnictwa.

Propozycja spotkała się jednak z przychylnym odbiorem sporej grupy wyborców amerykańskich. Jeden z najnowszych sondaży pokazuje, że 45 proc. z nich popiera pomysł Ocasio-Cortez, 23 proc. nie ma zdania, a 35 proc. jest przeciw.

Jeszcze lepiej w tym samym sondażu wypadła propozycja Elizabeth Warren, senatorki z Partii Demokratycznej, która ogłosiła, że wystartuje w najbliższych wyborach prezydenckich. Jej pomysł dotyczy podatku majątkowego. Miałby on wynosić 2 proc. dla amerykańskich gospodarstw domowych, których wartość netto przekracza 50 milionów dolarów, z kolei dla gospodarstw wartych ponad miliard dolarów proponowana stawka to 3 proc.

Efekt? 61 proc. wyborców jest za, 19 proc. nie ma zdania, 20 proc. jest przeciw. Co ważne, propozycja Warren cieszy się uznaniem także wśród wyborców Partii Republikańskiej: 50 proc. jest za, 30 proc. przeciw.

Swój pomysł przedstawił także Bernie Sanders, który był sensacją w poprzednich wyborach prezydenckich i do końca walczył z Hilary Clinton o nominację Partii Demokratycznej. Jego propozycja dotyczy podatku spadkowego, zwanego złośliwie – szczególnie przez zwolenników Partii Republikańskiej – „podatkiem od śmierci”. Majątki warte powyżej miliarda dolarów miałyby zostać objęte 77-procentowym podatkiem.

Podatny grunt

Co ciekawe, pomysł Sandersa poparła nawet redakcja „Washington Post”, gazety niesłynącej z radykalizmu podatkowego. W tekście poświęconym propozycji Sandersa zwrócono uwagę na to, że podatek mógłby pomóc w zmniejszeniu długu publicznego, a także w wyrównywaniu szans między dziedzicami miliarderów i całą resztą społeczeństwa.

Reakcje amerykańskich wyborców i wyborczyń pokazują, że pomysły Demokratów trafiają na podatny grunt.

Wygląda na to, że podatki będą jednym z głównych tematów zbliżającej się kampanii prezydenckiej. I to one mają potencjał zatopienia Trumpa, który swoje rządy rozpoczął między innymi od obniżenia podatków dla korporacji oraz najbogatszych obywateli amerykańskich.

To może wydawać się dziwne, szczególnie z polskiej perspektywy. Wszak stemplem nowoczesności i postępowości stało się u nas mówienie o obniżaniu stawek podatkowych – propozycje ich podwyższenia są zaś często krytykowane jako przejaw populizmu i braku odpowiedzialności gospodarczej. Dlaczego więc propozycje wyższych stawek podatkowych cieszą się w Stanach Zjednoczonych taką popularnością?

Przypływ, który zalał większość łodzi

Przede wszystkim należy pamiętać, że podatki w USA były kiedyś jeszcze wyższe niż proponują obecnie Demokraci. Po II wojnie światowej najwyższy próg podatku dochodowego od osób fizycznych wynosił 91 proc., w latach 60. obniżono go najpierw do 77 proc., a potem do 70 proc. W kolejnych dekadach obniżki przyspieszyły, w końcu – głównie za sprawą Ronalda Reagana i obu Bushów – najwyższa stawka podatku dochodowego spadła do 35 proc. (za prezydentury Baracka Obamy wzrosła ona na moment do 39,6 proc., lecz Donald Trump znów ją obniżył; w tej chwili wynosi 37 proc. od dochodu powyżej pół miliona dolarów – przyp. red.)

Jednym z argumentów przemawiających za tymi obniżkami była tzw. teoria skapywania. Jej założenia są proste: obniżmy podatki najbogatszym, w ich kieszeniach zostanie więcej pieniędzy, wydadzą je na inwestycje, te zaś rozruszają gospodarkę i stworzą nowe miejsca pracy. Innymi słowy – jak lubili powtarzać zwolennicy takiej polityki – „przypływ podniesie wszystkie łodzie” i każdy skorzysta na wzroście gospodarczym wygenerowanym przez pieniądze najbogatszych obywateli.

Niestety po kilkudziesięciu latach kolejnych obniżek podatkowych okazało się, że rzeczywistość jest bardziej skomplikowana niż założenia teoretyczne.

Jak podsumował Joseph Stiglitz, laureat ekonomicznego odpowiednika Nagrody Nobla: z teorii skapywania sprawdziła się jedna rzecz – bogaci rzeczywiście stali się jeszcze bogatsi.

Dla całej reszty Amerykanów i Amerykanek historia gospodarcza USA ostatnich kilkudziesięciu lat nie wyglądała już tak wesoło. Wspomniany Stiglitz ostrzegał w Cenie nierówności, że choć PKB na głowę wzrosło w Stanach Zjednoczonych o jedną trzecią między 1980 a 2010 rokiem, to realne dochody dużej części obywateli stanęły w miejscu. W przypadku pełnoetatowych pracowników płci męskiej realne dochody wręcz spadły. Podobnie alarmujące dane wyłaniają się z innych badań. Okazuje się na przykład, że w latach 1990-2000 spadła przeciętna długość życia ubogich kobiet amerykańskich.

Fakty są brutalne: pomimo nieustannego wzrostu produktywności gospodarki, pomimo całego postępu technologicznego i medycznego, warunki życia części mieszkańców Stanów Zjednoczonych ulegają pogorszeniu. Niedawno rozgłosu nabrały problemy amerykańskich pracowników Amazona: cześć z nich była tak słabo opłacana, iż musiała korzystać z państwowych bonów żywieniowych.

Amerykanom coraz bardziej doskwierają powiększające się nierówności społeczne. Także dlatego, że ich efektem było zablokowanie ścieżek awansu społecznego i wzrost wpływów politycznych najbogatszych obywateli, których stać nie tylko na polityczny lobbing, ale też na własne media, a nawet sponsorowanie ruchów społecznych, jak choćby Tea Party, skrajnie konserwatywną organizację sprzyjającą interesom miliarderów i wielkich korporacji.

„Nobliści” z ekonomii: podnieść podatki najbogatszym!

Nie dziwi zatem, że społeczeństwo amerykańskie z coraz większą sympatią spogląda na pomysły podwyższenia podatków dla najbogatszych. Tym bardziej, że popierają je czołowi ekonomiści.

Za wyższą progresją podatkową opowiada się nie tylko Stiglitz, ale także między innymi Paul Krugman, Peter Diamond – obaj również są laureatami Nagrody Banku Szwedzkiego im. Alfreda Nobla – czy Robert Reich, były sekretarz pracy za rządów Billa Clintona. Wszyscy podkreślają, że zmiany podatkowe pomogą zasypać potężne nierówności społeczne, które zagrażają rozwojowi gospodarczemu i stabilności politycznej Stanów Zjednoczonych.

„Spójrzmy prawdzie w oczy: jedynym sposobem, dzięki któremu Sany Zjednoczone mogą w dłuższej perspektywie zredukować swój deficyt budżetowy, utrzymać niezbędne służby, ochronić programy świadczeń społecznych oraz Medicare, inwestować więcej w edukację i infrastrukturę, bez podnoszenia podatków dla pracującej klasy średniej jest wyższe opodatkowanie najbogatszych” – pisze Reich.

Trump i jego współpracownicy atakują propozycje podwyższenia podatków dla najbogatszych, strasząc socjalizmem, „drugą Wenezuelą” i zniszczeniem amerykańskich wartości. Wygląda jednak na to, że dla dużej części Amerykanów ten argument jest coraz mniej przekonujący. Z ich perspektywy wspaniały kapitalistyczny sen zaczął bowiem przypominać koszmar biedy i braku perspektyw.

Jak zauważył ostatnio Seth Meyers, popularny amerykański komik, większość mieszkańców USA nie dba o to, czy wyższe podatki będą nazywane „socjalizmem”, „kapitalizmem”, czy jakkolwiek inaczej. Liczą się dla nich porządna opieka zdrowotna, godne pensje i poczucie bezpieczeństwa, a nie etykietki. Istnieje zatem szansa, że Donald Trump – niczym Al Capone – zostanie pokonany przez podatki.

Lekcja dla Polski?

Czy polska opozycja może wyciągnąć jakieś wnioski z tego, co dzieje się w USA? Nie ulega wątpliwości, że nasza sytuacja jest pod wieloma względami inna. Nie mamy klasy miliarderów, którzy tak jawnie wpływają na politykę naszego kraju przez lobbing, finansowanie partii lub własne media. Polskie nierówności społeczne nie kłują w oczy tak bardzo, jak amerykańskie. Ponadto kluczową reformą obecnego rządu był program społeczny 500 plus, a nie obniżka podatków dla najbogatszych.

Niemniej jednak sytuacja w USA powinna dawać polskiej opozycji do myślenia. To prawda, nasze nierówności nie są na poziomie amerykańskich, ale z niedawnych badań przeprowadzonych przez Pawła Bukowskiego i Filipa Novokmeta wynika, że są większe niż sądziliśmy do tej pory i nadal rosną.

U nas także spora część społeczeństwa ma poczucie, że wzrost gospodarczy i wychwalane korzyści wolnego rynku nie wpływają na podniesienie ich poziomu życia. PiS – tak samo jak Trump – wykorzystał te frustracje i gniew na elity. Nierówności wpływają na decyzje polityczne społeczeństwa i warto mieć tego świadomość.

Amerykańscy Demokraci zrozumieli też, że narzekanie na Trumpa to za mało – trzeba mieć ofertę dla ludzi, którzy do tej pory nie chcieli na nich głosować, ponieważ czuli się zawiedzeni dotychczasową polityką. Pomysł zasypywania narastającej przepaści dochodowej i majątkowej bez wątpienia jest taką ofertą.

Kres fundamentalizmu?

Co więcej, zmiany w Stanach Zjednoczonych mogą symbolizować poważniejsze przesunięcie w światowej polityce.

To właśnie ze Stanów rozprzestrzenił się na cały świat fundamentalizm wolnorynkowy, czyli przekonanie, że zawsze – im mniej państwa, regulacji i podatków, tym lepiej.

Pogląd ten był szalenie popularny akurat na przełomie lat 80. i 90. XX wieku, czyli wtedy, gdy Polska stawała się państwem kapitalistycznym i demokratycznym. To stąd w naszej świadomości zakorzeniło się przekonanie, że fundamentalizm wolnorynkowy jest ściśle powiązany z demokracją. Pod tym względem zawsze odstawaliśmy od większości krajów zachodnioeuropejskich.

Choć i one znalazły się pod wpływem fundamentalizmu wolnorynkowego, to – na przykład – nigdy nie zapałały aż takim entuzjazmem do pomysłu niskich podatków dla najbogatszych. Świadczy o tym choćby fakt, że w większości z nich górna stawka podatku dochodowego od osób fizycznych utrzymuje się w okolicach 50 proc. Również porównania do socjalizmu, komunizmu czy – obecnie – Wenezueli, nie są we Francji, Niemczech, Hiszpanii czy Skandynawii tak skutecznym straszakiem politycznym, jak w Polsce czy w Stanach Zjednoczonych.

Jeśli Partia Demokratyczna wytrwa przy swoich pomysłach podatkowych, to Donald Trump i jego poplecznicy staną się ostatnią poważną ostoją dogmatów z lat 80. i 90. XX wieku w państwach zachodnich.

Tymczasem na polskiej opozycji nie brakuje polityków, którzy straszenie „socjalizmem” i interwencjonizmem państwowym wciąż uznają za atrakcyjną strategię wyborczą i dobry pomysł na państwo. Być może powinni zrewidować swój pogląd – Donald Trump nie jest bowiem najciekawszym towarzystwem dla zwolenników demokracji.


Dr. Tomasz S. Markiewka – filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.

 

OKO pisze o polskiej gospodarce.
Wesprzesz nasze finanse?

Filozof, autor książki „Język Neoliberalizmu” (Wydawnictwo Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, 2017), współpracuje m.in. z „Nowym Obywatelem” i „Magazynem Kontakt”.


Masz cynk?