Oprócz ciężkiej torby z listami i ulotkami noszą jeszcze znicze czy czekoladki. „I sprzedają starszym paniom, które tak nas lubią, że nawet deskorolkę by kupiły, żeby pomóc”. Mają dość niskich płac, nieopłaconych nadgodzin, mobbingu i wymuszania sprzedaży towarów. Biorą L4 w ramach strajku, ale są tak przemęczeni, że nawet nie muszą symulować choroby

W poniedziałek 28 stycznia 2019 listonosze rozpoczęli protest i zaczęli brać zwolnienia lekarskie. Tzw. grypa pocztowych gołębi jest oddolną inicjatywą, do której przyłączają się kolejni pracownicy Urzędów Pocztowych. Listonosze są kolejną grupą zawodową, która sięga po L4 jako narzędzie presji pracowniczej. Dołączają do pielęgniarek, policjantów, pracowników sądów, nauczycieli.

Na zwolnienia poszła już część pracowników Poczty w co najmniej 20 miejscowościach, między innymi w Częstochowie, Szczecinie, Zielonej Górze czy Słupsku.

Czego mają dość listonosze?

  • niskich płac (aktualnie zarabiają 1800 zł na rękę, dopiero po 3 latach zaczynają otrzymywać „stażowe” równe ilości przepracowanych lat: 3 lata to 3 proc. od podstawy wynagrodzenia, 4 – 4 proc… aż do 20 proc.);
  • niedoboru pracowników;
  • braku rezerwy chorobowo-urlopowej (po powrocie z urlopu muszą nadrabiać zaległości lub ich praca spada na innych pracowników);
  • mobbingu;
  • nieprawidłowej ewidencji nadgodzin;
  • wymuszania sprzedaży/kupna sprzedawanych przez pocztę towarów.

To właściwie ciąg przyczynowo skutkowy. Nowy listonosz dostaje na rękę 1800 zł. „Ludzie przychodzą i odchodzą, za takie pieniądze nikt nie chce tak pracować. Jedna dziewczyna po przeszkoleniu zeszła na sale gdzie dzielimy listy, zobaczyła ten chaos i zrezygnowała od razu” – mówi W., listonosz z Warszawy z 6-letnim stażem.

Zamiast przyciągać nowych pracowników, zobowiązuje się listonoszy do pracowania na większym obszarze. Poza przeciążonymi reklamami torbami często dźwigają towary sprzedawane przez pocztę, które wciskają im naczelnicy. Na urlopie nie ma ich kto zastąpić, bo brakuje rezerw. Listy zalegają, pracownicy nie dają rady, robią nadgodziny. A potem boją się je ewidencjonować.

Strajkujący wystosowali list z 14 postulatami zaadresowany do Przemysława Sypniewskiego, prezesa Poczty Polskiej SA. Zobacz: List pracowników z pełną listą postulatów

„Jeśli Zarząd Poczty Polskiej nie podejmie stosownych rozmów i działań zmierzających do realizacji naszych postulatów, pracownicy podejmą bardziej radykalne kroki w celu zadbania o swoje zdrowie” – kończą list z postulatami pracownicy.

Zły rejon

Według listonosza z Warszawy pracownicy mimo złych warunków pracy boją się wyrażać głośno sprzeciw. Obawiają się na przykład, że zostaną przydzieleni do tzw. złego rejonu.

Dobry rejon to taki, w którym mało się chodzi. Są tam na przykład same wieżowce, jakaś kamienica i trzy sklepiki. Da się to szybko ogarnąć. Zły rejon to 20 bloków i 60 domków jednorodzinnych i kilkanaście sklepów.

„W dobrym rejonie kończysz pracę szybko, a w złym nie dajesz rady nawet zmieścić się w 8 godzinach pracy. Rejony są zwykle za duże, a każdy stara się pracować jak najlepiej i donieść wszystkie listy. Wiemy przecież, że ludzie czekają” – mówi W.

Pracownicy robią więc nadgodziny. Ale często ich nie ewidencjonują.

„W spółce panuje mobbing. Choć w umowach mamy 8-godzinny dzień pracy, pracujemy po 10-11 godzin, a miałem taki okres, że pracowałem po 14. Gdy poszedłem do kontroli po zeszyt nadgodzin, zostałem wyśmiany” – mówił w 2017 Rafał Czerski.

Po protestach dostał wypowiedzenie.

„Jeśli ekipa jest zgrana i solidarna, to udaje się egzekwować nadgodziny. Ale w wielu Urzędach to nie działa. Jest na przykład kilku starych pracowników, którzy trzymają się dobrze z naczelnikiem — mają dobre rejony, czyli łatwiejszą pracę. I boją się to stracić. Inni są zastraszani i wolą się poświęcić. Pracują za darmo, a potem nie wytrzymują i uciekają, zostawiając kolejny wakat. A listy leżą – mówi W”.

Odebrać osobiście

Jakie konsekwencje dla obywateli ma kryzys Poczty Polskiej?

M., doradca podatkowy z Warszawy mówi OKO.press, że aby zablokować egzekucję podatkową jednej ze swoich klientek musiał sam pojechać do Piaseczna i osobiście dostarczyć wniosek o umorzenie do Urzędu Skarbowego. Priorytet spóźniał się ponad tydzień (Poczta po reklamacji oddała mu 1,60 zł za znaczek).

Zdążył. Takiego szczęścia nie miała kobieta, którą zaskoczył w domu komornik. Nakaz zapłaty nie dotarł do niej w ciągu 14 dni przewidzianych na dostarczenie listu ani w ciągu kolejnych 14 przewidzianych na apelację. List nie wrócił też do nadawcy, bo zaginął — uznano go więc za doręczony.

„Wiem ze stempli potwierdzających odbiór, że sam Urząd Skarbowy w Piasecznie zrezygnował już z czekania na listonosza i jeden z pracowników chodzi po listy na pocztę” – mówi M. „Jak tylko list dociera do Urzędu Pocztowego, wystawiane jest awizo. Potem pojawia się informacja — odebrano osobiście”.

Brakuje jeszcze kebaba

Pośród postulatów pracowników poczty obok podwyżki 1000 zł brutto pojawia się również taki: „usunięcie z zakresu obowiązków w umowie o pracę sprzedaży artykułów handlowych i zaprzestania wywierania presji na pracownikach w celu zakupu towarów z własnych pieniędzy”.

O co chodzi? „Poczta Polska zamieniła się w bazar. Jest tam już wszystko. Czekoladki, książki typu: gotuj z zakonnicą Bernardettą… Tylko kebaba brakuje” – mówi zirytowany W.

A co jeśli produkty nie schodzą? Do sprzedaży zobowiązuje się listonoszy. W zamian za premię 50 zł.

„Mnie jest wstyd. Ja się postawiłem. Wielu daje się w to jednak wpakować. Chodzą potem do tych starszych pań, które tak nas lubią, bo co miesiąc przynosimy im rentę i chwilę pogadamy. Z tej sympatii nawet deskorolkę by kupiły, żeby pomóc” – opowiada W.

Co roznoszą listonosze? Poza reklamami bez adresata, za które nie dostają ani grosza, różne towary – czekoladki, znicze, pościele…

„A nasze torby i tak są już za ciężkie. Ograniczenie wagowe to 30 kg dla mężczyzny i 12 kg dla kobiet, ale nikt tego nie kontroluje, a nacisk jest na to, żeby nosić, ile się da. Potem zaczynają się problemy z kręgosłupem. Jeśli dodamy do tego fakt, że listonosz chodzi w każdą pogodę i jest przemęczony, to biorąc chorobowe, nie musimy nawet udawać” – mówi W.

„Zdarza się, że listonosze sami są obligowani do wykupienia nadmiaru towaru. Żeby pracownicy dostali premię, poczta musi wyrobić 100 proc. zaplanowanej sprzedaży. Jak brakuje, to kupują, żeby chociaż tę premię dostać. A czasem nawet premii z tego nie ma i kupują dla świętego spokoju” — opowiada.

Przywrócić zwolnionych

Dlaczego listonosze zdecydowali się na oddolny protest? „Mamy ponad 70 związków zawodowych, ale nie czujemy, żeby reprezentowały nasze interesy. Pokazywały niejednokrotnie, że nie walczą o nasze prawa” – mówi W.

Kiedy pracownicy organizowali oddolną demonstrację w Warszawie w 2017 roku, „Solidarność” tego samego dnia organizuje pielgrzymkę do Częstochowy.

Zarząd Poczty Polskiej uznał protest za nielegalny. „Zgodnie z przepisami prawa interesy pracowników są reprezentowane przez związki zawodowe” – powiedział rzecznik prasowy Poczty Polskiej.

Po protestach dyscyplinarnie zwolniono m.in. Klaudiusza Wieczorka, listonosza z Piekar Śląskich z 14-letnim stażem.

„Nikt nie kiwnął palcem, żeby go bronić” – mówi W. „Sami zbieraliśmy pieniądze na pomoc prawną dla niego. Udało mu się w sądzie wywalczyć zadośćuczynienie. Teraz walczymy o Zbyszka i Rafała”.

Jak nie przywrócą Zbyszka, odchodzę

Jednym z żądań listonoszy jest właśnie przywrócenie do pracy Rafała Czerskiego z Wołomina i Zbigniewa Trochimiaka z Wrocławia. Zwolniono ich dyscyplinarnie za udział w protestach w 2017 roku.

„Utrata zaufania” do pracownika przez jego negatywne wypowiedzi o warunkach pracy i płacy na Poczcie Polskiej oraz… publiczne krytykowanie pocztowej „Solidarności”.

„Ten zarzut często pojawia się w pozwach” – mówi OKO.press Jakub Żaczek ze Związku Syndykalistów Polski. „Okazuje się, że związki reprezentują zarząd, a nie pracowników”. Jak twierdzi, żaden z 71 związków zawodowych działających na Poczcie Polskiej nie wstawił się za Trochimiakiem. Zrobili to związkowcy ze Związku Syndykalistów Polski, organizując zbiórkę pieniędzy na pomoc prawną.

„Na razie nie ma ze strony dyrekcji żadnej inicjatywy, nie traktują pracowników poważnie. Prowadzą rozmowy ze związkami, które ich nie reprezentują. Na list Listonoszy Polska nikt jeszcze nie odpowiedział” – mówi Żaczek.

 

 

Podchodzimy najbliżej barierek. Dla Was.
Wesprzyj OKO, byśmy mogli działać dalej.

Absolwentka MISH na UAM, ukończyła latynoamerykanistykę w ramach programu Master Internacional en Estudios Latinoamericanos. 3 lata mieszkała w Ameryce Łacińskiej. Polka z urodzenia, Brazylijka z powołania. W OKO.press pisze o zdrowiu, migrantach i pograniczach więziennictwa (ośrodek w Gostyninie).


Lubisz nas?

Dołącz do społeczności OKO.press