0:00
0:00

0:00

Sejm w nocy 28 marca 2020 przyjął projekt tarczy antykryzysowej. Co zaproponowali rządzący?

  • pomysł pożyczki 5 tysięcy złotych dla małych firm,
  • zwolnienie mikroprzedsiębiorców i samozatrudnionych z płatności składek ZUS przez trzy miesiące,
  • na każdego pracownika, któremu zostanie pomniejszony etat (według szczegółowo opisanych zasad), pracodawca dostanie dofinansowanie połowy wynagrodzenia, ale do wysokości 40 proc. przeciętnego wynagrodzenia, czyli kwoty 2,5 tysiąca złotych.
  • Pracodawca otrzyma też dofinansowanie pensji pracowników, którzy nie pracują w ogóle. To połowa minimalnego wynagrodzenia oraz składek ZUS, w praktyce będzie to więc kwota 1533,09 złotych.

A co dla pracowników zatrudnionych na umowach śmieciowych – umowach o dzieło czy zleceniach? Dla nich rząd ma nieoskładkowane i nieopodatkowane świadczenie w wysokości 80 procent płacy minimalnej. W praktyce więc pracownik otrzyma jednorazowo 2080 zł.

Po poprawkach wprowadzonych przez Senat w poniedziałek 30 marca, tarcza wróciła do Sejmu, który zdecyduje o przyjęciu lub odrzuceniu poprawek dziś, we wtorek 31 marca, późnym wieczorem bądź w nocy.

Czy pierwotne propozycje rządowe to realna pomoc? Pytam przedsiębiorców i pracowników w największym barowo – restauracyjnym skupisku Polski, czyli ulicy Piotrkowskiej w Łodzi.

Odłożenie ZUS-u tylko dla najmniejszych

Dziś po ul. Piotrkowskiej w Łodzi hula wiatr. Przed epidemią był to główny deptak i centrum rozrywki w mieście. Postój po wprowadzeniu rządowych ograniczeń rzucił dziesiątki lokali na skraj bankructwa.

Klubokawiarnia Niebostan w dwanaście godzin przestawiła się na dowóz jedzenia. Firma przygotowała też vouchery do wykorzystania także po kryzysie. Rozwiązania na zasadzie „zapłaćcie dziś, skorzystacie później” stają się popularną strategią knajp nie tylko w Łodzi.

„To wszystko pokrywa raptem 10, góra 20 procent naszych wcześniejszych przychodów" – opowiada Maciej Stańczyk, współwłaściciel Niebostanu.

Firma zatrudnia 11 osób, wszystkie na umowę o pracę, niektóre na pół etatu. „Dziś walka toczy się o to, by utrzymać pełne zatrudnienie, zarobić na pensje dla wszystkich. Wraz ze wspólniczką obniżyliśmy sobie pensje o połowę. Bronimy się przed obcinaniem etatów. Mamy stałą ekipę sprawdzonych ludzi.

Zwolnienie ich to byłby dramat, bo w tej branży długo nikt nie będzie rekrutował"

– opowiada Maciej.

Inni restauratorzy, którzy zatrudniali pracowników na umowach śmieciowych, po prostu przestali wypłacać pensje. "Zawiesili działalność i podziękowali wszystkim z dnia na dzień. My wybraliśmy inną drogę".

Przeczytaj także:

Realną pomocą dla Macieja i jego wspólniczki jest opcja trzymiesięcznego umorzenia składek ZUS. "Jeśli będę musiał płacić ZUS za pracowników, to nie ma szans, żebym zarobił na biznes".

Niestety, to może nie być łatwe. W projekcie „tarczy” czytamy, że umorzenie ZUS przysługuje mikroprzedsiębiorcom. Zgodnie z definicją ustawy „prawo przedsiębiorców” mikroprzedsiębiorca zatrudnia do dziesięciu osób. Niebostan minimalnie przekracza tę liczbę.

Kolejna pomoc, po jaką może sięgnąć firma, to dopłaty do pensji. „Biorę w ciemno każdą dopłatę. Bez tego będzie bardzo trudno utrzymać pełen skład zatrudnienia” – komentuje Maciej. „Dla nas kluczowe byłoby rozłożenie VAT-u na raty, a o tym nie ma mowy”.

Propozycje rządowe przewidują odsunięcie w czasie składania jednolitego pliku kontrolnego VAT do 1 lipca 2020 roku. Nie ma tam jednak słowa o rozłożeniu płatności na raty.

Nawet jeśli knajpie uda się przetrwać zamknięcie, ciężko będzie wyjść na prostą. „Boimy się recesji i spadku konsumpcji. Jeśli wiele osób straci pracę, nie będą wydawać pieniędzy po knajpach".

ZAiKS z ludzką twarzą

Lokal opierający się na sprzedaży alkoholu nie może dorabiać sobie na dowozach produktów. Tak jak bar „O To Chodzi”, który został zamknięty na cztery spusty.

„Zatrudnialiśmy dwie osoby na umowy zlecenie. Jedna z nich, studentka, wróciła do rodziców. Szczęście w nieszczęściu nasz barman chwilę przed kryzysem rozchorował się i trafił na L4. Opłacam mu więc koszty zwolnienia lekarskiego. Obiecałem mu, że tak czy inaczej jakieś pieniądze w kwietniu się znajdą” – opowiada Karol Nowacki, współwłaściciel „O To Chodzi”. On i jego wspólnik pozbawieni są wszelkich dochodów.

Karol swoje stałe, miesięczne koszty utrzymania lokalu jest w stanie pokryć przez miesiąc. Jeśli zamknięcie będzie trwało dłużej, pojawią się problemy. Zwolnienie z płatności ZUS przyniosłyby mu oszczędności rzędu 15 procent miesięcznych wydatków. Bardzo liczy też na możliwość dopłat do pensji w wypadku postojowego – tym bardziej że dopłaty mają dotyczyć pracowników bez względu na formę zatrudnienia. Oba pomysły Karol ocenia bardzo dobrze, ale czeka na konkrety.

„Co miesiąc musimy też płacić składki do ZAiKS -u i STOART-u za muzykę w lokalu. Obie organizacje same z siebie zawiesiły umowy, nie pobierają opłat. To duże ułatwienie” – mówi Karol.

Ma nadzieję, że w kwestii czynszu uda mu się dogadać z właścicielem kamienicy, w której działa „O To Chodzi”. Jest jednak opłata, która uderzy bary po kieszeni. To umowa koncesyjna na sprzedaż alkoholu. Do końca maja Karol musi zapłacić kilka tysięcy złotych. Rząd nie ma jednak żadnych planów co do koncesji. Nie mówią o tym również samorządy.

„Jesteśmy przerażeni. Nie wiemy, co będzie dalej" – opowiada Iza, szefowa baru The Eclipse Inn. Lokal miał kilkoro pracowników na umowie zleceniu, obecnie nie ponosi więc kosztów pracowniczych. „Praca w barze nie była ich głównym źródłem utrzymania. Jesteśmy z nimi w kontakcie. Mamy nadzieję, że wrócimy do pracy w pełnym składzie".

Szefowie wciąż ponoszą jednak koszty najmu, podatek VAT, kredyty i leasingi. „W 15 nalewakach mamy piwa craftowe. Wszystko pójdzie do wylania. To już oznacza dla nas 10 tysięcy zł straty w towarze. Być może uda nam się obniżyć czynsz, ale na pewno nie anulować. Kiedy minie pandemia, wrócimy do pracy z wielkimi długami".

Iza denerwuje się na projekt pożyczki w wysokości pięciu tysięcy złotych. „To kropla w morzu potrzeb” – mówi. Konkretną propozycją jest za to umorzenie płatności ZUS. Uważa jednak, że okres umorzenia powinien być dłuższy, co najmniej na sześć miesięcy. A najlepszym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie dobrowolnych składek ZUS.

Sytuację ratują rodzice

O ile właściciele lokali przeżywają trudne chwile, o tyle sytuacja pracowników jest po prostu dramatyczna.

Kasia pracowała w knajpie przy Piotrkowskiej jako kelnerka, zatrudniona na umowę zlecenie. „Szefostwo odesłało nas do domów. Oczywiście nie płacą"– opowiada.

Została bez żadnych zarobków. Żyje z oszczędności. „Mogę zapomnieć o kursie na prawo jazdy” – mówi. „Po zapłaceniu 700 złotych czynszu nie będzie wesoło. Jeszcze miesiąc temu, gdyby brakowało mi pieniędzy, pojechałabym na winobranie do Francji lub do pracy w Szkocji. Teraz wszystkie te dochody zniknęły".

Na razie znalazła dorywczą pracę w Piekarni, gdzie w parę dni zarobiła 400 złotych. Rozważała też powrót do rodziców. Tak zrobiło wielu jej znajomych, których kryzys pozbawił jakichkolwiek zarobków. Co do jedzenia – przerzuciła się na freeganizm. Wraz ze znajomymi przeczesuje śmietniki knajp i restauracji, które dowożą jedzenie. "Znajduję dania, na które normalnie w życiu nie byłoby mnie stać".

Teoretycznie Kasi przysługuje jednorazowa zapomoga w wysokości dwóch tysięcy złotych. Nie będzie składała wniosku do ZUS osobiście. W jej imieniu zrobić ma to pracodawca. Pieniądze dostanie pod warunkiem, że jej firma nie skorzysta z innej formy dopłaty do pensji.

Kasia nie jest jednak chętna do sięgania po rządowe pieniądze. „Nigdy tego nie robiłam i nie mam zaufania do państwowych struktur. A dwa tysiące to bardzo niewiele. Pomoże mi tylko na chwilę. Na dłuższą metę to niczego nie rozwiązuje".

Z rządowymi przepisami jest jeszcze jeden problem. Utracone dochody należy wykazać w postaci umowy zlecenia lub o dzieło podpisanej przed 1 marca 2020 roku.

Jednak, jak wskazuje Ogólnopolski Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza, pracodawcy wolą podpisywać umowy śmieciowe dopiero w trakcie lub po wykonaniu zlecenia.

„Taka praktyka, choć niezgodna z prawem, jest powszechna i utarta na polskim rynku pracy, co powoduje, że większość osób pracujących na umowy cywilnoprawne nie ma żadnych dowodów, że straciło możliwości zarobkowania w marcu 2020 roku” - dowodzą przedstawiciele związku. Nie mówiąc o tym, że wiele lokali na Piotrkowskiej nie podpisywało z pracownikami żadnych umów.

Rządowa pomoc jak zbawienie

Nową rzeczywistość na własnej skórze odczuwa Kuba, do niedawna barman w łódzkich klubach. W jednym lokalu zatrudniony na pół etatu na umowie o pracę, w dwóch kolejnych miał umowy zlecenia. „Pracowałem siedem dni w tygodniu na trzy zmiany, teraz cały czas siedzę w domu. Jedyny mój dochód to pieniądze z tej połówki etatu" – mówi. W kieszeni Kuby zostaje więc 1000 złotych miesięcznie. Zarobki z umów zleceń przepadły. Zabrakło też ważnego źródła zysków u barmana, czyli napiwków. Dzięki nim Kuba był w stanie zarabiać miesięcznie blisko pięć tysięcy złotych. Żeby ratować domowy budżet, zatrudnił się w warsztacie samochodowym u brata.

Ponieważ w jednym lokalu miał etat, nie może liczyć na rządową zapomogę 2000 złotych. Za to jego szef będzie mógł skorzystać z dopłat do pensji pracowników. Zapewne to zrobi. Obiecuje Kubie, że nie przewiduje żadnych cięć, a jak tylko skończą się obostrzenia, wszyscy pracownicy mają wrócić na pokład.

Kuba: "Mam nadzieję, że lokale, w których pracowałem, przetrwają ten trudny czas. Na razie muszę sobie radzić. W najgorszym wypadku zmienię branżę".

Hubert, który pracował jako kelner, nie jest pewien swojej knajpy. Restauracja działa dzięki dowozom jedzenia na wynos, ale szefowie martwią się o majowe komunie. Klienci jeszcze ich nie odwoływali, ale nie wiadomo, jak będzie rozwijała się sytuacja. Hubert jest zatrudniony na etacie, wciąż dostaje wypłatę. Brak napiwków obciął jego dochody o 50 procent.

„W naszej knajpie tylko ja miałem etat. Pracowała ze mną jeszcze dwójka studentów na umowie-zleceniu. Z tego co wiem, to wrócili do rodziców, jakoś sobie poradzą. W razie czego ja też wrócę do rodziców na wieś. Studiowałem finanse i rachunkowość, mógłbym iść w tym kierunku, ale boję się, że firmy nie będą teraz zatrudniać".

;
Bartosz Józefiak

Absolwent Polskiej Szkoły Reportażu. Współpracuje m.in. z „Dużym Formatem”, portalem weekend.gazeta.pl i Superwizjerem TVN. Specjalizuje się w reportażach wcieleniowych. Nominowany m.in. do Nagrody Grand Press i Nagrody „Newsweeka” im. Teresy Torańskiej. Współautor (razem z Wojciechem Góreckim) książki „Łódź. Miasto po przejściach.” Współautor (razem z Agnieszką Bombą i Piotrem Stefańskim) audioserialu reporterskiego „Wietnamski dług.” W czerwcu nakładem wydawnictwa Czarne ukaże się jego książka „Wszyscy tak jeżdżą.”

Komentarze