0:00
0:00

0:00

„Wspólne działanie lub wspólne wymieranie” - pod takim hasłem przejdą demonstracje Młodzieżowego Strajku Klimatycznego (MSK). Na ulice wyjdą w większości nastolatki, uczniowie podstawówek i liceów. Chcą w ten sposób zawalczyć o swoją przyszłość – bo to oni będą musieli zmagać się ze skutkami postępującego kryzysu klimatycznego. Ocieplanie się atmosfery wpłynie na to, w jakim świecie będą żyli jako dorośli.

W Polsce młodzież protestuje od ponad dwóch lat. Pierwsze demonstracje odbyły się w marcu 2019 roku. Stało się to w ramach globalnej mobilizacji ruchu Fridays for Future, którego częścią jest MSK. Młodych do wyjścia na ulice zainspirowała Greta Thunberg – szwedzka aktywistka, która jako 15-latka zaczęła przychodzić przed parlament w Sztokholmie. O copiątkowych, często samotnych protestach z tabliczką „Skolstrejk för klimatet” (pol. szkolny strajk dla klimatu) zaczęły pisać media. Dziś Greta ma 18 lat i jest rozpoznawana na całym świecie. Jej twarz trafia na okładki czasopism (ostatnio był to nordycki “Vogue”), a w kinach można zobaczyć film dokumentalny o jej życiu i aktywizmie.

Polska nie ma jednej Grety – choć media od czasu do czasu starają się szukać kandydatów i kandydatek do tego miana. Jest za to aż 57 miejscowości, gdzie działają jednostki MSK. Obok Warszawy czy Krakowa na ich liście można znaleźć Wieluń, Włodawę czy Oleśnicę.

W piątek w 21 z nich wielu młodych ludzi nie pójdzie do szkoły. Zamiast tego wyjdą na ulice, by zaapelować o działania do rządzących. Chcą im przekazać, że czas ucieka. “Jesteśmy o krok od przekroczenia punktów krytycznych, które sprawiają, że kryzys klimatyczny zacznie napędzać sam siebie, a my będziemy mogły i mogli jedynie patrzeć, jak na naszych oczach tracimy wszystko to, co kochamy” - czytamy na facebookowej stronie poświęconej jutrzejszym wydarzenia. Czy takiemu scenariuszowi można jeszcze zapobiec?

O tym w wywiadzie z OKO.press mówi Łucja Kudła, licealistka, członkini warszawskiego MSK i rzeczniczka prasowa ruchu.

Marcel Wandas, OKO.press: Jak to jest być nastolatką, kiedy świat się kończy?

Łucja Kudła, MSK: Często słyszę pytanie o to, jak sobie z tym radzę. Odpowiadam, że antidotum jest działanie. Co prawda towarzyszy mi lęk klimatyczny i depresja klimatyczna. Jest tak od kiedy dowiedziałam się o skutkach zmiany klimatu. To jest miażdżąca, przytłaczająca ilość trudnych do przyjęcia informacji. Wiem, że świata w pojedynkę nie zmienię. Musimy działać kolektywnie, masowo, wywierać presję. Jako młode obywatelki i obywatele tylko to jesteśmy w stanie zrobić. Nie mamy przecież prawa wyborczego. Ja mam 16 lat, więc poczekam jeszcze dwa lata na możliwość oddania głosu. Ale w Młodzieżowym Strajku Klimatycznym jest mnóstwo młodszych ode mnie osób. Są nawet trzynastolatki.

A ty kiedy dołączyłaś?

Miałam 14 lat.

Wtedy skończyło się takie beztroskie dzieciństwo? Przygniotła cię rzeczywistość? Po dołączeniu do MSK myślałam trochę o tym, co właściwie robię. Przecież powinnam dostać swobodę rozwijania się, poczucie bezpieczeństwa. A poczułam, że losy zostały wyciągnięte, zanim się urodziłam. To wtedy ludzie wypuszczali do atmosfery tony gazów cieplarnianych, niszczyli środowisko, w ogóle nie kwestionując swoich działań. Jak można było mieć tak mało wyobraźni?

Szkoła może uczyć o klimacie. Ale nie musi

A w jaki sposób dowiedziałaś się o kryzysie klimatycznym? To chyba nie jest wiedza dostępna „od ręki”, niewiele mówi się o tym w szkole.

Dwa lata temu przeżyłam szał zdobywania informacji o tym, jaka jest relacja człowieka z naturą. Akurat odbywała się pierwsza polska demonstracja Młodzieżowego Strajku Klimatycznego w ramach mobilizacji ruchu Fridays For Future. Nie mogłam na niej być, byłam chora, dlatego przeglądałam informacje na temat klimatu i środowiska. Wcześniej wiedziałam tyle, ile usłyszałam na lekcjach przyrody w podstawówce.

Przeczytaj także:

Czyli niewiele? Orientowałam się, że są strefy klimatyczne, że się czymś charakteryzują. Ale nie wiedziałam, że klimat to tak wielka sieć naczyń połączonych, który wpływa na działanie globalnego ekosystemu. Im więcej do mnie docierało, tym bardziej czułam się przytłoczona.

Szkoła nie pomogła w uporaniu się z tym tematem?

Na szczęście poszłam do liceum, gdzie mamy edukację klimatyczną. Jesteśmy też zachęcani do wychodzenia z inicjatywą. Tylko że ja jestem na uprzywilejowanej pozycji. Żadna szkoła nie ma obowiązku wprowadzenia tematyki klimatu do nauczania. Ta wiedza nie jest powszechna, a powinna być. To zresztą jeden z postulatów MSK. Na szczęście jesteśmy bliżej jego spełnienia. Rozmawialiśmy wprowadzeniu lekcji o klimacie z ministrem Czarnkiem.

Udało się tam coś ugrać? Na spotkaniu w połowie lipca minister zgodził się z nami, że trzeba edukację klimatyczną wprowadzić. Powiedział, że widzi na to szansę w 2023 roku. Ale to stanowczo za późno. Taka edukacja powinna być w szkołach od lat. Obecnie nasze przedstawicielki i przedstawiciele biorą udział w obradach okrągłego stołu dla edukacji klimatycznej. Są przy nim również naukowcy, samorządowcy, posłowie i posłanki oraz przedstawiciele rządu. Do 22 kwietnia 2022 roku uczestnicy i uczestniczki stołu mają opracować jasny, konkretny i gotowy do wdrożenia plan reformy szkolnictwa, uzupełniający polski system nauczania o rzetelną edukację klimatyczną.

Nie tylko Warszawa, nie tylko duże miasta

Mówisz, że sama jesteś w lepszej pozycji, niż większość twoich rówieśników. Myślisz, że informacje o kryzysie klimatycznym dotarły już do nastolatków z Przemyśla albo Podhala? Tam przecież wpływ otoczenia, rodziny, szkoły może być zupełnie inny. Nie każdy jest zachęcany do działania i zdobywania wiedzy.

W piątek strajkować będzie między innymi Poznań, Łódź, Rzeszów, Nowy Sącz, Zakopane, ale też 14-tysięczny Człuchów. A oddziałów MSK jest o wiele więcej. Niektóre stwierdziły, że w trakcie demonstracji się połączą: na przykład Opole z Wrocławiem. Sporo osób mamy też w okolicach aglomeracji śląskiej, Częstochowie. One działają na swoje otoczenie, swoich znajomych. Oczywiście, jesteśmy w stolicy w bańce, w której wiele rzeczy dzieje się bardziej dynamicznie. Mamy łatwiejszy dostęp do instytucji, polityków. A co mogą zrobić członkowie MSK z mniejszych miast?

Naszą siłą jest to, że każde miasto wywiera presję zarówno na swoje lokalne samorządy jak i na władze w Warszawie. Każda grupa lokalna stara się wychodzić do jak największej liczby odbiorców. Mamy też formularz, za pomocą którego można się z nami skontaktować i poprosić o pomoc w zorganizowaniu edukacji klimatycznej w szkole. Na nasze media społecznościowe często wpływają wiadomości z prośbami o wywiady do gazetek szkolnych. To sprawia, że coraz więcej osób może o nas usłyszeć. Społeczności uczniowskie widzą w nas swoich rówieśników, a zarazem przedstawicieli. W ten sposób chcemy budzić świadomość edukując.

Dużą rolę odgrywają w tym również media. Mamy zresztą taki ładnie sformułowany postulat: "Wzywamy do priorytetyzacji tematu katastrofy klimatycznej w przekazie medialnym oraz posługiwania się językiem odzwierciedlającym wagę problemu." Bo my jesteśmy przecież tylko dzieciakami. Edukujemy się, by móc lepiej o tym mówić, żeby trafiać do ludzi, ale samym nam się nie uda. Media także muszą słuchać głosu nauki.

Media rzadziej cieszą się z upału w grudniu

Trochę mi wstyd za moją grupę zawodową, kiedy w stacjach informacyjnych słyszę, że fajnie, bo jest 15 stopni w grudniu.

O klimacie najczęściej słychać, kiedy wychodzimy na ulice. A on załamuje się każdego dnia. Idziemy w kierunku ocieplenia na poziomie znacznie przekraczającym bezpieczną granicę 1,5 stopnia Celsjusza. Według środowiska naukowego najlepiej, by zahamowało ono poniżej tej granicy. A byłoby najlepiej dla nas wszystkich, gdybyśmy nigdy do takiego stanu rzeczy nie doprowadzili.

Jako dziennikarze coraz częściej dźwigamy odpowiedzialność? Może jest coraz mniej klimatycznych wtop w mediach?

Mam wrażenie, że w ciągu ostatnich dwóch, trzech lat, również dzięki MSK pojęcie kryzysu klimatycznego jest tam trochę bardziej obecne. Ale to nadal za mało, to powinien być jeden z najważniejszych tematów. Może trzeba wprowadzić osobny segment cotygodniowych informacji klimatycznych? Tak, żeby odbiorcy dowiedzieli się, co przez ostatni tydzień zdarzyło się w związku z ocieplaniem się klimatu, jakie są powody i rozwiązania tych sytuacji. Media powinny też zwracać uwagę na społeczną warstwę tego problemu, na niesprawiedliwość, która wiąże się z kryzysem klimatycznym. Na przykład na to, dlaczego w biedniejszych krajach nie ma środków na odbudowę po katastrofach naturalnych.

Zmiana systemu, nie zmiana klimatu

Czuję, że za chwilę zaczniemy rozmawiać o tym, dlaczego to kapitalizm niszczy planetę. Coraz częściej słyszę, że młodzi ludzie są wobec niego raczej krytyczni.

Sama lubię kwestionować stasus quo. W MSK nie mamy jednak takiego oficjalnego stanowiska. Działając wyrażamy swój sprzeciw wobec bierności polityków w sytuacji kryzysu klimatycznego. Nie jesteśmy jednak ekspertami. Nie potrafimy opracować planów odejścia od węgla, reformy gospodarki. Znów powtórzę, że jesteśmy tylko dzieciakami. Mamy obowiązek edukacji i prawo realizacji marzeń, które nie powinny być przesłonione przez to, w jakim stanie jest świat. Transformacja gospodarki jest jednak konieczna, bo dążenie ludzi do niekończącego się wzrostu gospodarczego wywołało kryzys klimatyczny. Przecież nasza planeta ma ograniczone zasoby. A drapieżny kapitalizm nie tylko wykańcza planetę, ale i ludzi. Sprawia, że trudne jest osiągnięcie sprawiedliwości klimatycznej - czyli stanu, w którym wszyscy ludzie mogą żyć godnie w warunkach, które na to pozwalają.

Czyli na razie nie powiesz, że trzeba ograniczać ludziom możliwość latania samolotem, albo zatrzymać sprzedaż nowych samochodów? To są takie symbole kapitalizmu, konsumpcji.

Oczywiście ważne są też takie zmiany indywidualne, ograniczanie się w niektórych dziedzinach życia. One są istotne, ale działają mocniej, jeśli wspierają zmianę systemu.

W jaki sposób?

Można próbować docierać do informacji na temat klimatu i dzięki temu dołączać do ruchów zajmujących się środowiskiem, naciskających na rządzących. Dzięki otwartości na wiedzę zarządzający dużymi firmami mogą też zmieniać sposób ich działania, dążyć do ograniczania emisji, zrównoważonego rozwoju. To są przykłady zmiany indywidualnej, która może wpływać na coś więcej. Nie będę ludziom zakazywać latania samolotami, nie mam zamiaru na siłę wpychać im bambusowych szczoteczek do zębów. Jeśli ktoś to robi, to oczywiście dobrze.

Ale by zatrzymać ocieplenie potrzebujemy o wiele, wiele więcej - na przykład wpłynąć na działanie tych stu firm, które odpowiadają za ponad 70 proc. obecnego ocieplenia.

To oczywiście w większości spółki zajmujące się paliwami kopalnymi - ropą, węglem, gazem. Tutaj muszę powiedzieć, że tak, gaz też odpowiada za ocieplenie klimatu. Jeśli dalej przy nim zostaniemy, to odejście od węgla nic nie da.

Piłka po stronie polityków

Jak będzie, zależy w dużej mierze od polityków. Może uspokaja Cię to, że na szczycie ONZ prezydent Duda mówił o odpowiedzialności ludzi za klimat? To jednak jakaś zmiana nastawienia.

Było takie hasło na strajku 29 listopada 2019 roku: "Dosyć słów, teraz czyny". Skończył się czas na puste obietnice i deklaracje. Musimy prowadzić odpowiedzialną politykę klimatyczną i radykalnie ścinać emisje. Nie chcę za 10 lat obudzić się w rzeczywistości, w której moje poświęcenie - to, że nie dosypiam, próbuję dopiąć różne sprawy przed strajkiem - w zasadzie nie miało sensu. No bo przecież wszystko zależy od polityków, którzy na razie tylko deklarują, że coś zrobią. Nie można więc zadowalać się obietnicami prezydenta Dudy czy Bidena. Rządzący muszą też zauważyć, jak globalna północ rozwija się kosztem globalnego południa. My jesteśmy na globalnej północy - w gronie państw uprzywilejowanych. Globalne południe kiedyś nazywano "krajami trzeciego świata". One emitują mniej, a często cierpią bardziej.

My na razie mamy względny spokój, kiedy tam dzieją się katastrofy naturalne?

I tak, i nie. Nawet w Europie nawiedzają anomalie pogodowe o bezprecedensowej skali, jednak jest to nieporównywalne do sytuacji w krajach mniej uprzywilejowanych. Dlatego politycy muszą brać pod uwagę to, jak czują się ludzie z globalnego południa, którzy muszą opuszczać swoje domy przez powodzie - mimo że mieszkają tam, gdzie one nigdy wcześniej nie występowały lub nie były tak poważne, na przykład w Bangladeszu. Albo osoby z rdzennych społeczności Australii, które tracą swoje tereny przez pożary, które sięgają coraz dalej. Bardzo frustruje mnie to, że politycy próbują nam wcisnąć bajki o swoim działaniu - tak jak w Polsce, która jako jedyny kraj w UE nie ogłosiła nawet jeszcze daty osiągnięcia neutralności klimatycznej. Albo to, że nasz premier nie chciał się przyznać, że Polska może płacić gigantyczne kary za dalsze działanie kopalni w Turowie.

Światu nadal bardzo, bardzo brakuje wyobraźni – aż czasem chciałabym zaśmiać się przez łzy. Ale wolę strajkować. Wspólnie działamy albo wspólnie wymieramy. Wybierz, po której jesteś stronie.
;

Udostępnij:

Marcel Wandas

Reporter, autor tekstów dotyczących klimatu i gospodarki. Absolwent UMCS w Lublinie, wcześniej pracował między innymi w Radiu Eska i Radiu Kraków, publikował też w Magazynie WP.pl i na Wyborcza.pl.

Komentarze