0:000:00

0:00

Prawa autorskie: Fot. Jacek Marczewski / Agencja Wyborcza.plFot. Jacek Marczewsk...

Sprawa wyszła na jaw podczas jednego ze streamów Mamy Ginekolog na Instagramie, gdzie obserwuje ją około 900 tys. osób. "To jest też sposób, żeby skrócić kolejki i dostęp po prostu do lekarza" - mówiła. Dodała również, że "każdy lekarz w każdej specjalizacji zajmuje się swoimi znajomymi, rodziną w swoim wolnym czasie".

"Ktoś pisze, że to nie jest normalne. Rozumiem, że możesz tak się czuć, bo nie masz w rodzinie lub znajomych lekarzy" - kontynuowała, przekonując, że to powszechna praktyka.

Lekarka, pracująca w Uniwersyteckim Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka WUM, uważa, że przyjmowanie swoich koleżanek podczas dyżuru w publicznym szpitalu nie powinno być żadnym zaskoczeniem.

"Nie ma lepszych i gorszych pacjentów"

W komentarzach na Instagramie broniła się:

"Jestem lekarzem z powołania. Tak to czuję. Każda moja pacjentka ma do mnie numer telefonu. W ginekologii, a w szczególności w położnictwie nie można przewidzieć, kiedy moja pomoc będzie potrzebna, dlatego bardzo często pacjentki zgłaszają się właśnie w ten sposób. Niezależnie czy prywatnie są moją koleżanką (rzadko), czy nie (bardzo często). Pacjent to pacjent. Nieważne, czy to moja mama, koleżanka, czy sąsiadka. Jeśli ktoś zgłasza mi problem zdrowotny, to pomagam, jak potrafię".

Przeczytaj także:

Jej wyznanie, w którym sama lekarka nie widzi przecież niczego kontrowersyjnego, wywołało szybką reakcję NFZ. "Nie ma zgody na przyjmowanie koleżanek i rodziny poza kolejnością w ramach kontraktu z NFZ. W trybie pilnym żądamy wyjaśnień od Uniwersyteckiego Centrum Zdrowia Kobiety i Noworodka (UCZKiN) WUM, gdzie przyjmuje Mama Ginekolog. Nie ma lepszych i gorszych pacjentów" - napisano w komunikacie.

W rozmowie z Wirtualną Polską Olga Rasińska, rzeczniczka Okręgowej Izby Lekarskiej w Warszawie wyjaśniała, że postępowanie Nicole Sochacki-Wójcickiej jest niezgodne z etyką lekarską. "Jeśli Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej stwierdzi, że zaistniały nieprawidłowości, skieruje do Okręgowego Sądu Lekarskiego wniosek o ukaranie lekarki" - dodała.

Sprawą zainteresował się również Zbigniew Gaciong, rektor Warszawskiego Uniwersytetu Medycznego, który nadzoruje UCZKiN. Jak podał rzecznik Uniwersytetu, Jarosław Kulczycki, rektor zwrócił się do władz szpitala o "wyjaśnienia dotyczące kroków, jakie zostaną podjęte w sprawie lek. Nicole Sochacki-Wójcickiej". Szpital deklaruje, że powoła specjalny zespół kontrolny, a wyniki analizy przekaże uczelni i NFZ.

"Dociera coraz wyraźniej do opinii publicznej, że oburzenie na lepszy dostęp do opieki z tytułu znajomości, sławy czy majątku jest nie tylko jakąś „zawiścią” wobec ludzi sukcesu. Jest piętnowaniem realnej systemowej niesprawiedliwości" - mówi OKO.press dr Michał Zabdyr-Jamróz z Instytutu Zdrowia Publicznego Collegium Medicum Uniwersytetu Jagiellońskiego. Cała rozmowa niżej.

Mama Ginekolog idzie do szpitala "na lewo"

Sprawa Mamy Ginekolog dotarła nawet do rządu. Podczas konferencji prasowej wiceminister klimatu i środowiska Jacek Ozdoba mówił: "Stajemy dziś w obronie środowiska lekarskiego, które jest oburzone tym, jak wygląda praktyka Mamy Ginekolog".

Nicole Sochacki-Wójcicka jest lekarką w trakcie specjalizacji. Jesienią 2021 roku wywołała kontrowersje, przyznając się do oblania egzaminu specjalizacyjnego z ginekologii i położnictwa (co nie przeszkodziło jej w zdobywaniu sławy jako właśnie Mama Ginekolog).

W jednym ze streamów opowiadała również, jak została przyjęta "na lewo" do szpitala, w którym pracuje, żeby mogła być przy swoim wcześniaku. "Byłam przyjęta, żeby się nim opiekować i dostałam go na salę. Natomiast to, że byłam lekarzem, pomagało, że wszyscy się na to zgodzili" - opowiadała. "Byłam przyjęta na jakieś zapalenie piersi czy coś w tym stylu. Nie, chyba jednak na to, że mam krwawienie z dróg rodnych" - wspominała ze śmiechem.

"Ewidentnie narasta poczucie, że tak nie powinno być. Dociera coraz wyraźniej do opinii publicznej, że oburzenie na lepszy dostęp do opieki z tytułu znajomości, sławy czy majątku jest nie tylko jakąś »zawiścią« wobec ludzi sukcesu. Jest piętnowaniem realnej systemowej niesprawiedliwości." - mówi w OKO.press dr Michał Zabdyr-Jamróz.

Katarzyna Kojzar, OKO.press: "To normalne" - mówi Mama Ginekolog, tłumacząc przyjmowanie swoich koleżanek poza kolejką w publicznym szpitalu. Pana takie tłumaczenie przekonuje?

Dr Michał Zabdyr-Jamróz, CM UJ: A jak rozumiemy słowo "normalne"? Jako powszechne czy jako zgodne z normami prawa, czy etosu zawodowego? Bo rzeczywiście, takie zjawisko jest powszechne. Taki element kontaktów towarzysko-rodzinnych to żadna nowość. Uprzywilejowanie w dostępie do lekarzy dzięki znajomościom to problem endemiczny istniejący jeszcze przed 1989 rokiem.

NFZ domaga się wyjaśnień, rektor apeluje o kontrolę w UCZKiN, wypowiadają się przedstawiciele Naczelnej Izby Lekarskiej. Skoro to taka powszechna i stara praktyka, to skąd zdziwienie tych organów?

Myślę, że to nie jest zaskakujące ani dla NFZ, ani dla Izby Lekarskiej. Problem polega bardziej na „znormalizowaniu” tego zjawiska. To znaczy na powszechności nieprzestrzegania reguł prawnych i etycznych, co generuje nawet pewne usprawiedliwianie czy sankcjonowanie takiego stanu.

Nikt takich sytuacji nie zgłasza, są traktowane jako coś nieszkodliwego, tolerowalnego.

Problem też w tym, że instytucjom publicznym, w tym NFZ, brakuje zasobów do weryfikacji i korygowania takich działań. Tak jak w innych obszarach, za mało pieniędzy przeznaczamy na mechanizmy kontrolne i inspekcyjne, więc siłą rzeczy takie zjawiska mogą się normalizować, bo nie są piętnowane i systemowo korygowane. Na zwalczanie pewnych naruszeń prawa po prostu brakuje środków. Ale te praktyki wcale nie muszą być nielegalne, a jedynie wątpliwe z perspektywy etosu zawodowego. No i tu mamy przykłady, kiedy klienci prywatnego biznesu – prywatnej praktyki lekarskiej czy innej działalności komercyjnej – uzyskują lepszą pozycję w kolejce w placówce działającej w systemie publicznym.

Mama Ginekolog to nie tylko lekarka, ale też influencerka. Sama podawała na Instagramie przykłady, kiedy przyjmowała poza kolejką nie tylko rodzinę i koleżanki-influencerki, ale też obserwatorki jej profilu.

Przywołuje to na myśl powszechną w naszym systemie praktykę określaną czasem sarkastycznie jako „partnerstwo prywatno-publiczne” i uznawaną za zalegalizowaną formę korupcji. Niezależnie od tego, o jakim prywatnym biznesie mówimy.

Najprostszy przykład: najpierw pacjent idzie do prywatnego gabinetu lekarza i płaci sowicie prosto z kieszeni. Potem ten sam lekarz jako ordynator w szpitalu publicznym umieszcza go wyżej w kolejce. To praktyka ogromnie wątpliwa etycznie i systemowo, ale niekoniecznie prawnie. Co do szczegółów tej konkretnej sprawy nie jestem w stanie się wypowiadać, dopóki nie poznamy wyników kontroli. Ale jedna rzecz zwraca uwagę. Lekarka, o której mówimy, tłumaczyła, że przyjmowała swoje znajome w "prywatnym czasie". Co to znaczy? Jeśli mielibyśmy do czynienia z sytuacją, że ktoś wydłużył sobie czas pracy w placówce, ale przyjmując pacjentki, korzystał ze sprzętu, z infrastruktury utrzymywanej z publicznych pieniędzy, angażując inny personel, a do tego świadczenie będzie rozliczone w ramach kontraktów z NFZ, to oznaczałoby, że przyjęcie pacjenta odbyło się właśnie za publiczne środki.

To absolutnie jest wepchanie się w kolejkę – ewidentne nadużycie przywileju i praktyka nieakceptowalna.

Wtedy to, że ktoś będzie obsłużony poza godziną normalnego dyżurowania, wcale nie oznacza, że „zwolnił miejsce w kolejce”. NFZ ma limity na wiele procedur. Kolejki do świadczeń biorą się z ograniczeń finansowych i są formą racjonowania zasobów. Zużycie tych zasobów publicznych „poza kolejką” i tak oznacza, że ktoś inny będzie musiał dłużej czekać na odnowienie się limitu.

Sprawa Mamy Ginekolog rozpoczęła debatę, która powinna się przetoczyć już dawno temu?

Ta debata się toczy cały czas i powraca. Mieliśmy przecież sytuację, kiedy szczepionki na COVID-19 były rozdawane z preferencją dla celebrytów. Ewidentnie jednak narasta poczucie, że tak nie powinno być. Dociera coraz wyraźniej do opinii publicznej, że oburzenie na lepszy dostęp do opieki z tytułu znajomości, sławy czy majątku jest nie tylko jakąś „zawiścią” wobec ludzi sukcesu. Jest piętnowaniem realnej systemowej niesprawiedliwości.

Ale jest też druga strona tego zjawiska normalizacji szukania pomocy lekarskiej „po znajomości”. Także ze strony "zwykłych" ludzi. Kiedy system jest chronicznie niedofinansowany – i przez to kolejki do świadczeń są przerażająco długie, a kontakt z administracją systemu jest wycieńczający czy nawet upokarzający, trudno się dziwić, że ludzie szukają i wykorzystują „znajomości”. Powstaje wrażenie, że tylko tak można zapewnić sobie nie tylko skuteczne leczenie. A nawet zwyczajnie godne traktowanie.

Posiadanie w spisie telefonu do znajomego lekarza – ten kapitał znajomości – staje się aspiracją. Dlatego tak trudno walczyć z tym procederem, bo to poza-systemowa proteza kulawego, zabiedzonego systemu.

Dlatego tak łatwo to usprawiedliwiać i „normalizować”. Tyle że w takich realiach nie dziwota, że celebryci i ich przyjaciele będą uprzywilejowani. Ale właśnie ich przypadki obnażają głęboką niesprawiedliwość takiego układu i słusznie prowokują oburzenie.

Czym to skutkuje?

Efektem jest brak zaufania społecznego do lekarzy i całego systemu. Bo poczucie sprawiedliwości to absolutnie nieodłączny aspekt zaufania i satysfakcji z usług publicznych. No i rzecz w tym, że problem jest znacznie głębszy niż tylko celebryci, którzy wpychają się w kolejkę.

Ta normalizacja korupcji bierze się ze zwyczajnego dążenia do bycia godnie traktowanym w procesie leczenia.

I żeby to naprawić, potrzeba nie tylko dokręcić śrubę w ściganiu naruszeń. Należy też dbać o prewencję takich patologii. Gdyby ludzie mieli oparte na realnych doświadczeniach poczucie, że nie ma potrzeby „załatwiać czegoś po znajomości” - gdyby system nie był tak bardzo niedofinansowany, gdyby pacjenci byli w nim dobrze prowadzeni i czas oczekiwania na leczenie był rozsądny – to ufaliby, że ich pozycja w kolejce jest oparta na sprawiedliwej ocenie ich stanu zdrowia.

Nie uznawaliby wówczas, że „normalnym” jest wykorzystywanie tych znajomości.

Udostępnij:

Katarzyna Kojzar

Absolwentka Uniwersytetu Jagiellońskiego i Polskiej Szkoły Reportażu. W OKO.press zajmuje się przede wszystkim tematami dotyczącymi ochrony środowiska, praw zwierząt, zmiany klimatu i energetyki.

Przeczytaj także:

Komentarze