Gdyby nie 1,5%, mogłoby nie być OKO.press

Twoja pomoc ma znaczenie

0:00
0:00

0:00

Prawa autorskie: (AP Photo/Thibault Camus, archiwum)(AP Photo/Thibault C...

Firma technologiczna Palantir opublikowała w minioną sobotę manifest – dwudziestodwupunktowe streszczenie książki The Technological Republic autorstwa prezesa Alexa Karpa (na zdjęciu u góry) i Nicholasa Zamiski, odpowiedzialnego w firmie za sprawy korporacyjne.

To dokument z jednej strony zdumiewający, z drugiej – aż nazbyt charakterystyczny dla obecnej fazy kapitalizmu cyfrowego. O wpływie Big Techu na politykę wiemy co najmniej od wybuchu afery Cambridge Analytica. Ale odkąd Musk kupił Twittera, zmieniło się jeszcze coś: szefowie tych firm coraz rzadziej kryją polityczne ambicje. Nie mają już ochoty udawać, że to tylko biznes – chętnie występują w roli obrońców i przewodników cywilizacji.

W obronie cywilizacji?

Co takiego znalazło się w tekście, który niektórzy złośliwie nazywają „manifestem technofaszyzmu”?

Dokument otwiera kilka deklaracji brzmiących jak obwieszczenia armii USA z czasów zimnej wojny. W punkcie 4 czytamy, że obnażone zostały granice miękkiej władzy: wolnym i demokratycznym społeczeństwom nie wystarczą już apele moralne – potrzebują twardej siły, a ta „w tym stuleciu będzie zbudowana na oprogramowaniu”. Punkt 5 idzie dalej: pytanie nie brzmi, czy powstanie broń oparta na AI, lecz kto ją zbuduje – a rywale, zapewniają autorzy, nie będą mieli skrupułów. Najbardziej zaskakujący jest jednak punkt 6: wezwanie do porzucenia armii ochotniczej i wprowadzenia powszechnej służby wojskowej.

Już te kilka punktów powinno uruchomić dzwonek alarmowy w głowach obywateli i – może przede wszystkim – polityków w różnych częściach świata. Firma, której model biznesowy opiera się na kontraktach z Pentagonem, ICE i izraelskimi siłami zbrojnymi, przekonuje, że kolejny konflikt jest scenariuszem, który należy brać poważnie – i że koszty takiej konfrontacji powinny być rozłożone znacznie szerzej niż w modelu armii ochotniczej.

Dodajmy, że Palantir publikuje swój tekst w czasie wojny USA z Iranem, a zarazem w momencie, gdy w Stanach Zjednoczonych toczy się dyskusja wokół Selective Service System – instytucji prowadzącej ewidencję mężczyzn w wieku poborowym, utrzymywanej od dekad na wypadek przywrócenia powszechnego poboru do wojska. Rozważane są zmiany polegające między innymi na automatycznej rejestracji obywateli objętych tym obowiązkiem. Nie jest to jeszcze równoznaczne z rozpoczęciem masowego poboru, ale sprawia, że wezwania do powszechnej służby wojskowej nabierają dodatkowego wydźwięku.

Przeczytaj także:

Całą tę militarną logikę domyka punkt 12: era atomowego odstraszania dobiega końca, zaczyna się era odstraszania opartego na AI.

Drugi wątek dotyczy kultury. Stany Zjednoczone – czytamy w punkcie 13 – to kraj, który bardziej niż jakikolwiek inny w historii promował wartości postępowe, nigdzie indziej ludzie spoza dziedzicznych elit nie mieli tylu szans.

Można by uznać to za zwyczajny ukłon w stronę patriotycznych odczuć Amerykanów. Ale kilka punktów dalej tekst skręca w stronę retoryki, której zachodni politycy unikają od zakończenia II wojny światowej. Niektóre kultury, głosi punkt 21, rodzą cywilizacyjne przełomy, inne pozostają dysfunkcyjne i regresywne.

Teza o równości kultur to złudzenie. Pluralizm? „Płytka pokusa”, której Zachód ulegał przez pół stulecia w imię inkluzywności.

Trzeci wątek dotyczy bezpieczeństwa wewnętrznego. Punkt 17 oskarża amerykańskich polityków o bezsilność wobec przestępczości i sugeruje, że technologia powinna wejść tam, gdzie zawiodło państwo. Politycy – czytamy – machnęli ręką na problem, bo bali się kosztów politycznych i reakcji darczyńców. To retoryka znajoma każdemu, kto śledził prywatyzację amerykańskiego więziennictwa albo ekspansję ICE: najpierw panika moralna wokół przestępczości, potem obietnica, że sprawą zajmą się twardziele z amerykańskiej prawicy i Doliny Krzemowej.

Niczym „monolog superzłoczyńcy”

Trudno się dziwić, że reakcją była mieszanka konsternacji i kpin. Nie tylko w USA, ale też w Wielkiej Brytanii, gdzie firma Karpa podpisała umowę z Ministerstwem Obrony. „Manifest Palantira brzmi jak monolog superzłoczyńcy” – skomentowała Victoria Collins, posłanka brytyjskich Liberalnych Demokratów.

Posłanka Partii Pracy Rachael Maskell zauważyła, że Palantir próbuje się mieścić „w samym sercu obronnej rewolucji epoki technologicznej” i jest „czymś o wiele więcej niż firmą oferującą rozwiązania technologiczne, skoro próbuje wpływać na politykę, decyzje rządów i kierunki inwestycji”.

Jeszcze ostrzej zareagował belgijski filozof technologii Mark Coeckelbergh. Przypomina, że Palantir nie jest think tankiem, partią polityczną ani żadną instytucją odpowiedzialną przed opinią publiczną. Jednocześnie manifest firmy brzmi, jakby uważała się właśnie za tego rodzaju organizację, a wygłaszanie postulatów politycznych było dla niej czymś naturalnym. Powinno to szczególnie niepokoić w przypadku firmy powiązanej z instytucjami wojskowymi i inwigilacyjnymi.

„Niebezpieczeństwo nie polega wyłącznie na jawnych represjach i podżeganiu do wojny, lecz także na subtelniejszej przemianie: normalizacji nadzoru, przekazywaniu osądu nieprzejrzystym systemom oraz cichej koncentracji władzy w rękach nielicznych aktorów, którzy projektują i kontrolują te infrastruktury, a przy tym wywierają globalny wpływ” – pisze Coeckelbergh.

Ma sporo racji. Absurdalny ton tego tekstu łatwo wyśmiać – a przez to zbanalizować cały problem. Tymczasem zagrożenia są całkiem realne. To nie pojedynczy wyskok, lecz jeden z kilku coraz wyraźniej krystalizujących się wariantów ideologii promowanej przez bossów z Doliny Krzemowej. Spójnej wizji świata, która przez ostatnie dwa lata przedostała się ze wpisów na X i podcastów do oficjalnej retoryki Białego Domu – a także do realnych działań politycznych, o czym świadczy coraz ściślejsza współpraca między administracją USA a firmami takimi jak Palantir.

Autorytarny impuls

Wystarczy przypomnieć głośną wypowiedź Elona Muska, który w podcaście Joego Rogana obwieścił, że „fundamentalną słabością zachodniej cywilizacji jest empatia” – empatia, która działa niczym „błąd w oprogramowaniu” i którą przeciwnicy Zachodu potrafią jego zdaniem cynicznie wykorzystywać.

Niedługo potem, w styczniu 2025 roku, wiceprezydent J.D. Vance wygłosił w wywiadzie dla Fox News krótki wykład na temat chrześcijańskiego ordo amoris: najpierw kochasz rodzinę, potem sąsiadów, potem wspólnotę lokalną, potem współobywateli, a dopiero na końcu – jeśli wystarczy czasu i zasobów – resztę świata.

Warto pamiętać, kto wprowadził Vance’a do polityki. Jego wieloletnim mentorem, pierwszym pracodawcą w świecie venture capital i głównym sponsorem kampanii senackiej – piętnaście milionów dolarów, rekord w historii wyścigów do Senatu – jest Peter Thiel, ten sam Peter Thiel, który w 2003 roku współzakładał Palantira i do dziś pozostaje jego udziałowcem.

Pojedyncze wypowiedzi łatwo byłoby zbyć: Musk lubi szokować, Vance buduje własny profil polityczny. Ale zestawione z tekstem Palantira przestają wyglądać jak osobne ekscesy. Układają się w spójną wizję świata: naturalny porządek opiera się na bezwzględnej konkurencji, solidarność to słabość, a równość – fantazja nieodpowiedzialnych aktywistów. W takiej wizji świata regulowanie korporacyjnych gigantów schodzi na dalszy plan, a jego miejsce zajmuje presja, by wszystkim obywatelom narzucić konserwatywny porządek moralny.

Dodajmy, że Alex Karp bywał przez lata przedstawiany jako mniej jednoznacznie prawicowa twarz Doliny Krzemowej – w przeciwieństwie do Thiela. Manifest pokazuje, jak niewiele to ostatecznie znaczy.

Sama ta retoryka jest oczywiście starsza niż Dolina Krzemowa. Luke Kemp z Centre for the Study of Existential Risk w Cambridge opisuje ją w książce Goliath’s Curse jako „autorytarny impuls”: w chwilach zagrożenia ludzie łatwiej akceptują twardą hierarchię, garną się do silnych przywódców i godzą się na to, co w spokojniejszych czasach uznaliby za nie do przyjęcia. Dokument Palantira brzmi jak próba świadomego uruchomienia właśnie takiego mechanizmu. Twarda siła zamiast moralnej perswazji, kolejna wojna na horyzoncie, rywale bez skrupułów, kultury uznane za regresywne, pluralizm przedstawiony jako słabość, technologia wchodząca tam, gdzie zawiodło państwo.

Kto tu rządzi?

Dave Karpf, wykładowca w George Washington University School of Media & Public Affairs, podsumował to krótko: „Oto największa innowacja Palantira: znaczna część Doliny Krzemowej doszła do wniosku, że na amerykańskim autorytaryzmie da się zarobić. Palantir zrobił to pierwszy – i jego kierownictwo nie chce, by ktokolwiek o tym zapomniał”.

Dodajmy, że coraz częściej wygląda to już nie tylko na próbę zarabiania dzięki utrzymywaniu dobrych relacji z administracją Trumpa, ale na gotowość do dostarczania narzędzi, które mogą autorytarne tendencje wzmacniać.

Części miliarderów technologicznych ewidentnie zaczął przeszkadzać równościowy trend w polityce.

Marc Andreessen – współtwórca Netscape’a, jedna z najbardziej wpływowych postaci venture capital ostatniego ćwierćwiecza – mówił o tym wprost w rozmowie z Rossem Douthatem dla „New York Timesa”. Jego zdaniem amerykańskie firmy technologiczne zostały w drugiej połowie minionej dekady „przejęte” przez falę radykalnego marksizmu i obyczajowej rewolucji. „Pracownicy wariują” – oznajmił. Znane mu firmy miały w pierwszej kadencji Trumpa znaleźć się niemal o krok od otwartego buntu kadr.

Brzmi to jak tęsknota za epoką, w której pracownik cyfrowej korporacji nie zadawał zarządowi zbyt wielu niewygodnych pytań.

Andreessen ma niewątpliwie rację w jednej kwestii. Pracownicy rzeczywiście mieli coraz więcej pytań do szefów firm technologicznych. Jeden z najgłośniejszych przypadków to moment, w którym Google pod presją własnych pracowników wycofał się z „Project Maven” – pentagonowskiego kontraktu na analizę nagrań z dronów bojowych przy użyciu sztucznej inteligencji. Mniej więcej w tym samym czasie, również z inicjatywy pracowników, koncern porzucił „Dragonfly”, cenzurowaną wyszukiwarkę przygotowywaną dla chińskiego rynku.

Politycy z Doliny Krzemowej

Kupno Twittera przez Muska było odwiertem próbnym – testem, jak wiele można powiedzieć i zrobić, bez poważniejszych kosztów. Manifest Palantira idzie krok dalej: wprost formułuje program polityczny.

Najbardziej niepokojące jest nie to, że część bossów Doliny Krzemowej mówi językiem coraz bardziej autorytarnych fantazji, lecz to, że dysponuje środkami, by nadawać tym fantazjom materialny kształt. Mają kontrakty, narzędzia i dostęp do państwowej infrastruktury. Granica między podcastową i twitterową retoryką a państwową infrastrukturą staje się coraz cieńsza.

Skoro jednak miliarderzy przestają udawać, że są tylko przedsiębiorcami „odpowiadającymi na potrzeby konsumentów”, i coraz otwarciej występują jako aktorzy polityczni, którzy chcą urządzać społeczeństwo na nowo, wypada zadać pytanie: kto ich do tego upoważnił? Jakie są granice ich władzy? I co właściwie mogą zrobić obywatele, gdy ta władza zaczyna wymykać się spod demokratycznej kontroli?

Politycy – ale także media – muszą wreszcie przestać udawać, że da się budować demokratyczne społeczeństwa, a jednocześnie godzić się na tak ogromną koncentrację władzy w rękach garstki miliarderów.

To jedno z największych zaniedbań państw demokratycznych ostatnich dekad: przyzwyczajenie się do sytuacji, w której prywatna potęga ekonomiczna stopniowo zamienia się w potęgę polityczną, kulturową i infrastrukturalną, nie napotykając adekwatnych ograniczeń. Tego napięcia nie da się już dłużej maskować. Jeśli demokracja ma być czymś więcej niż instrumentalnie traktowanym hasłem wyborczym, musi w końcu zmierzyć się z tym problemem.

Tomasz Markiewka

Filozof, publicysta, tłumacz. Wykłada na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor książek "Język neoliberalizmu" (2017), "Gniew" (2020), "Zmienić świat raz jeszcze. Jak wygrać walkę o klimat" (2021) oraz "Nic się nie działo. Historia życia mojej babki" (2022).

Komentarze