Prawa autorskie: Arnold MillerArnold Miller
23 października 2022

Międzykontynentalny obciach: w australijskiej konstytucji ciągle nie ma Aborygenów. Będzie referendum?

Uznanie Aborygenów za pierwszych właścicieli ziemi zrodziłoby pytanie o legalność całej Australii. Czy australijski rząd zdecyduje się na referendum i wpisze Pierwsze Narody do konstytucji? - z australijskiego Outbacku pisze Agnieszka Burton

Na zdjęciu powyżej Meisha McAvoy, uczestniczka protestu na ziemi ludów Wangan i Jagalingou zabranej im przez kopalnię węgla Adani.

Pierwszych Narodów, czyli jak mówiono do niedawna Aborygenów, nie ma w australijskiej konstytucji. W kanadyjskiej i norweskiej są na przykład od lat 80. Ale w Oz, jak za czasów rasistowskiej polityki Białej Australii, nadal ich nie ma.

W tym najważniejszym akcie prawnym nie przyznano im miejsca w historii kraju, a są przecież na tym kontynencie od ponad 65 tysięcy lat. Nie zapewniono im ochrony przed dyskryminacją ze względu na rasę.

Jak podaje Australijska Komisja Praw Człowieka: „Australijska konstytucja nie gwarantuje żadnych zabezpieczeń przed dyskryminacją rasową, a parlament może zawiesić istniejące ustawowe zabezpieczenia. Ochrona na mocy Ustawy o Dyskryminacji Rasowej z 1975 roku – ustawodawstwa federalnego, mającego na celu zapewnienie równego traktowania wszystkich ludzi bez względu na ich rasę, została usunięta trzykrotnie: za każdym razem, gdy dotyczyła kwestii Aborygenów i Wyspiarzy Cieśniny Torresa”.

To międzykontynentalny obciach, więc nowy rząd - socjaldemokratyczna Australijska Partia Pracy proponuje referendum: „Czy popierasz zmiany konstytucji, które dadzą Głos Aborygenom i Wyspiarzom Cieśniny Torresa?”.

Rząd chce dodać do konstytucji trzy punkty, aby wreszcie uznać Aborygenów i Wyspiarzy Cieśniny Torresa za pierwsze ludy Australii i żeby powstało w parlamencie „ciało": Głos Aborygenów i Wyspiarzy Cieśniny Torresa, w skrócie nazywany Głosem w Parlamencie.

Jak twierdzi premier Anthony Albanese, Głos dałby Pierwszym Narodom możliwość wpływania na prawa i politykę, ich życie i społeczności.

Na razie to tylko plany. Zmienić australijską konstytucję nie jest łatwo. Odkąd została zapisana w 1901 roku, odbyły się 44 referenda, z których jedynie osiem zakończyło się sukcesem.

Sprawa poddana referendum musi zdobyć większość głosów w większości stanów. Jest sześć stanów, trzy terytoria wewnętrzne i siedem terytoriów zewnętrznych. Wszelkie referenda i wybory federalne są obowiązkowe dla obywateli Australii, którzy skończyli 18 lat. Nie głosujesz - płacisz karę od 20 dolarów australijskich, niezapłacona kwota rośnie i grozi sprawa w sądzie.

Dopiero w 1962 roku Rdzenni Australijczycy otrzymali prawo do głosowania, a w 1967 roku odbyło się referendum. Ponad 90 procent wyborców uznało, że najwyższy czas zmienić konstytucję, aby „black fellows”, potocznie „czarni koledzy”, mogli być ujęci w spisie ludności. Wcześniej nawet w spisie ich nie było. Traktowano ich jak florę i faunę, podludzi.

Dzisiejsze badania pokazują, że jeśli referendum w sprawie Głosu dojdzie do skutku, to 75 proc. Australijczyków zagłosuje na tak. Coraz więcej Australijczyków, szczególnie młodych, chce oficjalnego uznania Pierwszych Narodów i większych praw dla nich. Ale nawet daty owego referendum jeszcze nie ma.

Okazuje się też, że nie wszyscy przedstawiciele Pierwszych Narodów chcą tych zmian. Trochę to skomplikowane, jak pradawny system Pokrewieństwa Skóry albo historie Czasów Śnienia. Ruszam więc na daleki Outback i pytam Pierwsze Narody, dlaczego?

„NIEDZIELA CIĘ ZASKOCZY” to cykl OKO.press na najspokojniejszy dzień tygodnia. Chcemy zaoferować naszym Czytelniczkom i Czytelnikom „pożywienie dla myśli” – analizy, wywiady, reportaże i multimedia, które pokazują znane tematy z innej strony, wytrącają nasze myślenie z utartych ścieżek, zaskakują właśnie.

portret Aborygena
Coedie McAvoy: Rząd Australii nie może wpisać wolnych ludzi w konstytucję bez ich zgody. A ponieważ nadal nie podpisano z nami traktatu, jesteśmy w stanie niewypowiedzianej wojny. 

Niewypowiedziana wojna trwa. Czy będzie bitwa?

Coedie McAvoy ma 36 lat, jego totemem jest orzeł australijski: rozpiętość skrzydeł do dwóch i pół metra, waga ponad pięć kilo. Taki czarny orzeł siedzący na pustej autostradzie nad kangurzym ścierwem, wygląda z daleka jak skulone dziecko, zagubione w ogromnej przestrzeni Outbacku.

Orzeł to w języku Wangan i Jagalingou gurridyula: – Jestem gurridyula, one są mną – tłumaczy Coedie.

Pierwsze Narody są ściśle związane z przyrodą. Kraj, rośliny, zwierzęta, góry, kamienie, rzeki, billabongi (starorzecza) i ludzie - to nierozerwalna jedność. Kraj to woda, niebo, ziemia i wszystko to, co się w niej ukrywa. Ludzie rodzili się tylko po to, by opiekować się swoim krajem. Ludzie należeli do kraju, nie kraj do ludzi.

„Naszą misją rząd jest wkurwiony, uderzę znów, to będę sądzony. Adrenalina kopie, idzie policja. Porozmawiamy jak dżentelmeni o naszych prawach do ziemi? Czy będzie bitwa?” – rapuje Coedie, wymalowany na biało, jak na corroboree, a w każdym jego słowie słychać gniew i żal.

Od ponad roku Coedie, jego rodzina i przyjaciele palą na ziemi Wangan i Jagalingou niegasnący, święty ogień Bora. Został przywieziony z Aborygeńskiej Ambasady Namiotowej – jak nazywa się najdłuższy na świecie protest o rdzenne prawa do ziemi, założony przed australijskim parlamentem w Canberra w 1972 roku i trwający do dziś.

A wiec Wangan i Jagalingou koczują na swojej ziemi zabranej przez kopalnię węgla Adani. To najgłośniejszy, najbardziej komentowany protest w Australii, podczas którego „czarny kolega” tylko siedzi, władze i policja wyrzucić go nie mogą, bo chroni go Akt Praw Człowieka Stanu Queensland (2019 rok, sekcja 28), zezwalający Pierwszym Narodom na kultywowanie swoich tradycji, języka i ochronę środowiska.

Ale to nie tylko walka przeciwko kopalni, za którą Coedie otrzymał właśnie od Boba Browna, australijskiego ekologa-aktywisty, tytuł „Obrońcy Środowiska 2022 Roku”. Ten bunt ma głębokie korzenie polityczne. Coedie ma bowiem nadzieję, że to dopiero początek cichej rewolucji, że inne narody, przede wszystkim te z ogromnego stanu Queensland pójdą za jego przykładem, i bez użycia agresji, przy pomocy Aktu Praw Człowieka odzyskają swoje ziemie.

Oto malutka grupa ludzi na dalekim Outbacku zatrzymuje giganta - wielomilionową kopalnię i wkurza rząd wielkiego, bogatego kraju. Ale to grupka ludzi z tradycjami sięgającymi dziesiątek tysięcy lat!

– Dlaczego Pierwsze Narody nadal nie są wpisane do australijskiej konstytucji? – pytam Orła, kiedy z obozowiska wyjechali już ekolodzy i aktywiści pomagający Wangan i Jagalingou świętować rocznicę powrotu na swoje ziemie. Nocą jest tu bardzo zimno, w ciągu dnia gorąco i muchy włażą do nosa i oczu. To kraina sucha i pylista, gdzie horyzont nie ma końca, ani początku. Wydawałoby się, patrząc na rzadkie, niskie rośliny, że to kraj ubogi, do którego trudno się dostać. Ale dla nich to centrum wszechświata, znają tu każdą jadalną roślinę, święte źródła i święte drzewa.

– Rząd nie może wpisać wolnych ludzi w konstytucję bez ich zgody, przecież nigdy nie pozbyliśmy się naszej suwerenności, nigdy nie podpisano z nami traktatu pokojowego. Są trzy ścieżki zawładnięcia cudzym krajem – wylicza Orzeł. – Terra nullius, czyli ziemia niczyja, wojna albo podpisanie traktatu. Anglicy zagrabili Australię na podstawie Terra nullius, ale w latach 90. XX wieku Eddie Mabo, Wyspiarz z Cieśniny Torresa, udowodnił w sądzie najwyższym, że ten kraj nie był bezludny i Terra nullius wygasła. Ponieważ nadal nie podpisano z nami traktatu, jesteśmy w stanie niewypowiedzianej wojny – wkurza się Coedie.

Australia pozostaje dziś jedynym krajem Wspólnoty Narodów, który nigdy nie podpisał traktatu z rdzenną ludnością. Podczas gdy podobne traktaty zostały ustanowione wcześniej w innych brytyjskich dominiach, takich jak Nowa Zelandia, Kanada.

W 1840 roku urzędnicy kolonialni w Nowej Zelandii zasiadali z Maorysami do podpisania traktatu z Waitangi. W tym samym czasie w Australii Pierwsze Narody były ścigane, rozstrzeliwane, porywane, gwałcone, wytruwane i zarzynane jak zwierzęta.

W wydanej niedawno książce „Atlas of Indigenous Australia” Bill Arthur i Frances Morphy przypominają, że:

„Ewidentnym przykładem wykluczenia Pierwszych Narodów z mechanizmów władzy, była konstytucja Australii z 1901 roku. Rdzenni Australijczycy nie byli włączeni w procesy ustanawiające konstytucję".

W rezultacie dokument ten zawierał dwa punkty, wykluczające Rdzennych. Artykuł 127: Przy szacowaniu liczby ludności Wspólnoty Australijskiej, czy stanowej, aborygeńscy tubylcy nie mogą być wliczani. Artykuł 51: Uważa się za konieczne ustanawianie specjalnych przepisów regulujących ludzi ras kolorowych, i rasy aborygeńskiej.

Co z tego, że w 1992 roku australijski rząd przyznał w słynnej przemowie premiera Paula Keatinga, że tradycyjni właściciele, byli brutalnie i morderczo wywłaszczani? Co z tego, że rok później dzięki walce Eddie'go Mabo wprowadzono akt Native Title i Terra nullius przestała istnieć? Co z tego, że w 2008 roku premier Kevin Rudd publicznie przeprosił Rdzennych za cierpienia?

Dziś 43 procent powierzchni kraju objęta jest aktem Native Title. Ale te prawa nie przekładają się na własność gruntów. A żeby otrzymać Native Title, Pierwsze Narody muszą dokonać niezwykłego: w sali sądowej, gdzie sędzią jest zawsze biały mężczyzna, są zmuszeni udowodnić podczas toczącej się latami rozprawy, że są tym, kim są, że z pokolenia na pokolenie byli i są właścicielami tej ziemi.

A czy prawa do ziemi nie są tu skonstruowane tak, by wygrywały firmy kopalniane?

Od kilku lat przed zgromadzeniami publicznymi, koncertami, przedstawieniami, wiecami, a także w TV, w książkach trzeba wyklepać formułkę, że wyraża się „uznanie dla tradycyjnych właścicieli kraju”. Np. piszę ten artykuł na ziemi ludu Boon Wurrung, więc chce wyrazić uznanie tradycyjnym właścicielom tej ziemi, Starszyźnie klanowej, wszystkim, którzy byli i będą.

Ale co z tego, że kolejny raz wypowiemy te słowa, które nic tak naprawdę nie zmieniają?

tańczący Aborygeni
Wangan i Jagalingou podczas corroboree. Fot. Agnieszka Burton

Wangan i Jagalingou 20 lat temu wystąpili o Native Title i do tej pory nie oddano im ziemi. A kiedy rozmawiam z Coedie, z oddalonej o półtora kilometra ogromnej, pracującej 24 godziny na dobę kopalni Adani dochodzi głuche dudnienie. Jeden z najbardziej dołujących dźwięków tego świata.

– Czy traktat dałby wam więcej, niż proponowany przez rząd Głos w Parlamencie? – pytam.

– To zależy – wyjaśnia Coedie. – Czy Głos będzie dawał nam prawo veta, żeby wpływać na ustawodawstwo? Czy traktat będzie wspierał naszą autonomię i odda nam ziemię?

– Jesteś tu od ponad roku, czego nauczyła cię twoja kraina?

– Że wszystko dzieje się we właściwym czasie, sezonowo. Jest pora, kiedy pojawia się fala robaków, za nimi przychodzą zwierzęta i ptaki, które się nimi żywią. Jest czas kwitnięcia różnych roślin i czas dzikich owoców. Gwiazdy przesuwają się ze wschodu na zachód, z północy na południe. Im dłużej tu jestem, tym więcej widzę. Czasem wsiadamy z moim kuzynem na motory terenowe i jedziemy odkrywać święte miejsca. Znaleźliśmy wiele „drzew-urodzinowych”, w których korę wkładano łożysko po urodzeniu dziecka. Wiele jest też „drzew-pogrzebowych”, w których dziuple wkładano zmarłych, a kiedy pozostawały tylko kości, grzebano je pod korzeniami.

Tam, gdzie kopie dziś Adani, było ważne miejsce, przez tysiące lat nasza Starszyzna uczyła młodych, jak uderzając kamieniem o kamień tworzyć noże, ostrza, groty. Ale kopalniana koparka wywiozła te skarby dalej w głąb lądu. Pojechaliśmy tam, ukarano nas grzywną za włamanie. Takich miejsc jest tu więcej.

Deklaracja od serca spod Uluru

Skradziona ziemia, skradzione pokolenia, skradzione kości przodków, skradzione zdrowie, języki, wypłaty, intelektualne prawa własności do tradycyjnej wiedzy o bush tucker, jadalnych, dzikich roślinach Australii, wykorzystywanych na całym świecie.

– Skradzione zasoby: węgiel, ropa, gaz i minerały – dodaje Coedie. – Skradziona kultura i woda. I jeszcze nam za nic nie zapłacili.

– To ludobójstwo było zamierzone, by całkowicie zniszczyć naszą rasę. W Australii istniały różne języki, więc zabierali naszych ludzi daleko od rodzin na chrześcijańskie misje. Łamali ich duchy, tępili nasze wierzenia, kulturę i języki. Dlatego dziś nasi ludzie wciąż odczuwają skutki inwazji.

Na Outback, pod kopalnię Adani, przyjechała też z daleka Ciocia Josie Alec. Ciociu, Wujku, mówi się wśród Pierwszych Narodów na plemienną Starszyznę.

Ciocia Josie przedstawia się tak: – Jestem opiekunką Kuruma Marthedunera ze stanu Australia Zachodnia, regionu Pilbara. Razem z ludźmi klanu Ngarluma i Marthedunera próbujemy ochronić święte skały Murujuga, szczególne miejsce duchowe, ze starożytną sztuką. I półwysep Burrup - miejsce Ścieżek Pieśni, po których wędrowali Przodkowie. Naszym wrogiem jest firma wydobycia gazu Woodside's Scarborough, wraz z ogromną infrastrukturą oraz planowana fabryka chemikaliów i nawozów Perdaman.

Ciocia Josie opowiada dźwięcznym, spokojnym głosem, że kilka lat temu rząd zgodził się na wydobywanie gazu w tej przyrodniczo i kulturalnie cennej okolicy. Podpisano nawet pakt ze Starszyzną plemienną, ale Starszyzna nie umiała czytać ani pisać. W październiku tego roku ma ruszyć wydobycie gazu techniką szczelinowania, która truje gleby, wodę i ludzi.

Jak wiadomo, wojna Putina z Ukrainą oznacza nacisk na Australię, żeby dostarczała większe ilości gazu i węgla do Europy. Bo tak jak w wierzeniach Pierwszych Narodów – wszystko jest ze sobą powiązane. Tymczasem Ciocia Josie i inni wolontariusze pracują bez ustanku i bez pieniędzy, żeby ochronić swoją krainę.

Pytam Ciocię, co myśli o "Deklaracji od serca spod Uluru"? To głośny w Australii dokument zawiązany w 2017 roku przez delegatów Pierwszych Narodów, pod świętą górą Uluru (przez kolonistów nazywana Ayers Rock). W tej deklaracji po raz pierwszy wystąpiono o konstytucyjne uznanie Rdzennych Australijczyków i Głos w Parlamencie. Jednak niektórzy przedstawiciele Pierwszych Narodów, jak na przykład senatorka partii Zielonych Lidia Thorpe, odmówili podpisania deklaracji, uważając, że to kolejny symbol kolonialnego świata i wydawanie pieniędzy podatnika.

- Rząd użył do zdobycia wyborczych głosów najważniejszego miejsca w tym kraju – mówi strażniczka skały Murujuga, Josie Alec. - A przecież my Aborygeni mamy od początku świata naszą własną konstytucję i prawa, przekazywane przez Starszyznę podczas ceremonii.

- A co z Głosem w Parlamencie i traktatem?

- Głos to dobry początek – uważa Ciocia - ale najpierw powinna być prawda o naszej historii i obecnej sytuacji Pierwszych Narodów. No i potrzebujemy nie jednego, ale wielu traktatów, bo każdy naród, a jest ich wiele, ma różne tradycje, język, obyczaje i prawa.

tańczący Aborygen z niemowlęciem w ramionach
Nowe pokolenie Wangan i Jagalingou. Fot Agnieszka Burton.

Ten ogień jest święty? O, to nie możemy was ruszyć

Czym były prawa Pierwszych Narodów, wyśpiewywane w pieśniach i tańczone podczas corroboree, malowane ochrą na nagich ciałach? Och, były ich tysiące, o wielu my biali nie wiemy, bo okrywa je klanowa tajemnica. Były prawa dla całych plemion, a także tylko dla kobiet „womens business” i tylko dla mężczyzn „mens business”.

Wszystkie jednak dotyczyły opieki nad przyrodą, krajem. Od praw dotyczących rozrodu, tak aby ludzi nie było zbyt wiele, po techniki wypalania buszu, aby polować i uprawiać rośliny w sposób głęboko zrównoważony, po trudny do pojęcia dla nas, „white fellows”, system totemiczny i Pokrewieństwa Skóry. W skrócie, polegał na tym, że ludzie spokrewnieni ze sobą nie mogli się żenić, była to pradawna „zrównoważona genetyka”, w której wystarczyły cztery kobiety i czterech mężczyzn, z czterech różnych grup „Skóry”, by odnowić całe plemię wymarłe podczas jakiejś katastrofy.

I kto tu powinien uczyć, jak mamy ratować planetę przed nachodzącym samozniszczeniem?

Tymczasem kopalnia Adani miała być największą kopalnią węgla na świecie. W ciągu 60 lat miała eksportować 2,3 biliony ton węgla i produkować 4,7 bilionów ton gazów cieplarnianych. Powiększanie portu w Bowen, aby wysyłać węgiel w świat, miałoby dewastujący efekt na pobliską Wielką Rafę Koralową. Dzięki protestom Wangan i Jagalingou oraz grup ekologicznych z finasowania tego projektu wycofały się duże australijskie banki i Adani nie rozrosła się tak, jak planowała.

Nie może też kopać ziemi, na której kultywuje tradycje Coedie z przyjaciółmi. Kiedy Wangan i ekolodzy zablokowali drogę do kopalni, przyjechało 40 policjantów. Znana z brutalności wobec Aborygenów policja stanu Queesland, tym razem zachowała się cywilizowanie. Kiedy Wangan i Jagalingou rozpalili ognisko, żeby się ogrzać, policjanci zapytali: „To święty ogień?”. „Tak” – rzucił poważnie Coedie. „O, to nie możemy was ruszyć”. I odjechali.

Kiedy jadę do Rockhampton, siedem godzin od Adani, żeby złapać samolot do Melbourne, mijamy kopalniane maszyny, jeden z górników pokazuje nam środkowy palec. Prowadzę samochód terenowy należący do jednego z białych aktywistów obozu Wangan, bo ekolodzy, wiadomo, promują podwózki, szczególnie na dystansach, gdzie najbliższe miasteczko to ponad trzy godziny drogi.

Auta są tu wielkie i mają metalowe pręty na masce, zwane bull bars, które chronią przed zderzeniami z przyrodą. Ogromną przestrzeń przykrywa noc, nagle na drogę wybiega dzika świnia. Dziki, jelenie, azjatyckie bawoły, wielbłądy, konie, króliki, ropuchy cane toad, to w Australii plagi, które się masowo wybija. Także karpie, które niszczą tu dna rzek – Australijczycy uważają za obrzydliwe. Kiedy mówię, że to nasze danie świąteczne, śmieją się.

Na szczęście dzik uciekł, nic mu się nie stało ani nam. Przy takim kontakcie nawet bull bars nie pomogą: – Jakby wyskoczył kangur, to go wal, broń boże nie staraj się ominąć, bo skończymy na drzewie! – krzyczy kolega, który wychował się na Outbacku, zwierzęta nazywa „bestiami” i jest wprawiony w dobijaniu metalowym prętem kangurów potrąconych przez auta.

Co jakiś czas mijamy oświetlone tory kolejowe i stojące tam pociągi pełne węgla. To rejon górniczy, pod którym rozlewa się Wielki Basen Artezyjski.

Australia jest tak ogromna, że niestety nawet najbardziej hardkorowi „zieloni” latają samolotami. Kiedy po wielu godzinach podróży z przesiadkami ląduję w Melbourne, za oknem rozciąga się świetlna, migająca mapa wielkiego miasta. To po Outbacku szok dla oczu i głowy.

W mieście mogę jednak porozmawiać z naukowcami, dowiedzieć się jak wygląda druga strona medalu planowanych zmian konstytucji i Głosu w Parlamencie.

Michael Dodson jest profesorem prawa, pochodzi z ludu Yawuru okolic Broom, stan Australia Zachodnia. W 2009 roku otrzymał honorowy tytuł „Australijczyka Roku”.

– Myślę, że powinniśmy mieć jakiś głos na szczeblu krajowym, bo w tej chwili jesteśmy pozbawieni głosu – mówi profesor wolno i tubalnie. – Głos w Parlamencie da możliwość zabezpieczenia się przed ingerencją polityczną i demontażem ze strony wrogich rządów. Będzie to organ doradczy, będzie rekomendować kurs jaki rząd powinien obrać w sprawach prawnych i politycznych, które będą miały bezpośredni wpływ na Aborygenów i Wyspiarzy Cieśniny Torresa.

– Ale co jest ważniejsze? Głos, czy traktat? – chcę zrozumieć różnicę.

– Inwazja na kraj i wprowadzenie obcych kultur były katastrofalne dla Rdzennych Australijczyków. Musimy to ponownie zbadać, pogodzić się z tym i zaakceptować prawdy historii. To część procesu dochodzenia do traktatu lub traktatów. A uznanie konstytucyjne jest częścią tego pakietu. Myślę, że Głos powinien zrobić dwie rzeczy: negocjować traktat i negocjować zmiany konstytucyjne, a nie na odwrót. Więc jeśli uda się skłonić naród do uzgodnienia, jakie słowa trafią do konstytucji, to będzie świetny początek.

mężczyzna w kapeluszu
Prof. Michael Dodson z ludu Yawuru: Głos powinien zrobić dwie rzeczy - negocjować traktat i negocjować zmiany konstytucyjne, a nie na odwrót.  Jeśli uda się skłonić naród do uzgodnienia, jakie słowa trafią do konstytucji, to będzie świetny początek.

3 procent społeczeństwa, 30 procent więźniów

Jak podaje Australijskie Biuro Statystyczne: Pierwsze Narody stanowią trzy procenty australijskiej populacji.

Dlaczego? Bo byli masowo zabijani podczas Wojny Granicznej, kiedy osadnicy zagrabiali ich ziemie. I wymierali od przywleczonych z Europy chorób.

Dziś żyją o wiele krócej, niż reszta społeczeństwa, średnia wieku to 61 lat. Najczęstszą przyczyną śmierci są choroby krążenia.

Samobójstwa wśród Pierwszych Narodów są dwukrotnie częstsze, niż w przypadku osób nie-rdzennych. W ciągu ostatnich pięciu lat zanotowano najwyższą liczbę samobójstw wśród Rdzennych mężczyzn. Samobójstwa są najczęstszą przyczyną śmierci wśród Rdzennych dzieci.

Pierwsze Narody stanowią jedynie trzy procent społeczeństwa Australii, ale aż 30 proc. wszystkich więźniów! Nastolatkowie są około 18 razy częściej, niż nie-rdzenni, narażeni na aresztowanie. Młodzi z Outbacku sześć razy częściej lądują pod nadzorem, niż młodzi z dużych miast.

W odległych zakątkach Australii jest wiele miasteczek, gdzie Pierwsze Narody żyją w slumsach, a ich dzieci chodzą głodne, nie potrafią czytać i pisać. Jeden na czterech Rdzennych uczniów w klasach starszych szkoły podstawowej oraz jeden na pięciu w klasach młodszych, jest poniżej krajowych minimalnych standardów czytania. 19 proc. Rdzennych uczniów jest poniżej krajowych minimalnych standardów dodawania i odejmowania.

portret profesora Pascoe
Prof. Bruce Pascoe: Uznanie Aborygenów za pierwszych właścicieli ziemi, zrodziłoby pytanie o legalność kolonii, całej Australii.

Nie ma nas w konstytucji, bo jest kolonializm

Profesor Bruce Pascoe zajmuje się na Uniwersytecie w Melbourne rdzennym rolnictwem. Pochodzi z narodu Koori i jest autorem bestsellerowej książki „Czarny Emu. Czarne Nasiona. Rolnictwo, czy przypadek?”, w której dowodzi, że tradycyjni Aborygeni i mieszkańcy Cieśniny Torresa od pradawnych czasów zajmowali się rolnictwem, inżynierią i budownictwem stałym, a ich praktyki dostarczają modeli przyszłego zrównoważonego rozwoju w Australii. Tym samy prof. Pascoe sprzeciwia się poglądom, jakie przez ponad 200 lat wygłaszali biali zaborcy, że tubylcze narody były jedynie zbieraczami-myśliwymi, plasowały się najniżej na drabinie ewolucji i nie znały zasad rolnictwa. Można więc było tym „dzikim” ich „bezużyteczną” ziemię zabrać.

– Nie ma nas w konstytucji, bo w Australii nadal jest kolonializm – twierdzi profesor Pascoe. – Uznanie Aborygenów za pierwszych właścicieli ziemi, zrodziłoby pytanie o legalność kolonii, całej Australii.

– A dlaczego wielu ma problemy z zaakceptowaniem „Deklaracji od serca spod Uluru”, zmian w konstytucji i Głosu w Parlamencie?

– Rozumiem i szanuję, że niektórzy uważają, że traktat dałby większe prawa. Ale jestem przekonany, że "Deklaracja od serca" będzie ważnym krokiem w Australii, przyczyni się do rozwiązania kwestii konstytucji. No i przecież możemy mieć jedno i drugie: Głos w Parlamencie i traktat – podsumowuje profesor.

Zastanawiam się, czy wtedy do Pierwszych Narodów powrócą prawa opieki nad własną ziemią? Czy rozwiązana zostanie sprawa kopalni Adani, wydobycia gazu metodami szczelinowania i innych rodzajów gwałtów na przyrodzie i jej ludziach?

Tymczasem hinduski magnat Gautam Adani jest jednym z najbogatszych ludzi na świecie. Australia jest największym eksporterem węgla i chętnie wykorzystuje sytuację niedoborów energii, spowodowaną wojną w Ukrainie. Tymczasem mój kraj, Polska, jest w europejskiej czołówce importu węgla, bo nie zrobiono tego co potrzeba z energią odnawialną i teraz nadchodzi ciężka, mroźna zima.

Jak podaje Australijskie Biuro Statystyczne, za węgiel Polska zapłaciła Australii w maju około 190 milionów dolarów australijskich, w czerwcu 130 milionów, w lipcu ponad 30 milionów AUD.

– Współczuję Wam, Polakom – dodaje profesor Pascoe. – Ta wojna tuż obok musi być dla was niesamowicie destrukcyjna i demoralizująca.

Udostępnij:

Agnieszka Burton

Reporterka, dziennikarka, absolwentka Polskiej Szkoły Reportażu, publikowała w: Dużym Formacie, Przekroju, magazynie Znak, Newsweek.pl. Pracuje nad reporterską książką o Australii, gdzie mieszkała 16 lat.  

Komentarze

Komentarze będą wkrótce dostępne